Transmetropolitan Okładka

Moje rozmijanie się z kultowymi klasykami zakrawa już na jakiś absurd. Dotyczy to wszystkich aspektów kultury, a im bardziej mnie jakiś temat kręci, tym bardziej olewam w jego zakresie pozycje teoretycznie obowiązkowe. Przykładów mógłbym dać dziesiątki. Wielbię sludge metal, a nigdy nie przesłuchałem w całości żadnego albumu Neurosis; horror to mój ulubiony gatunek filmowy, a nie widziałem nawet fragmentu Dziecka Rosemary; ciężko w to uwierzyć, ale dopiero niedawno skończyłem czytać Kaznodzieję. Teraz zaczynam te zaległości nadrabiać i muszę przyznać, że czasami to prawdziwa droga przez mękę.

Okazuje się, że siedząc twardo mentalnymi pośladkami w 2018 roku ciężko z buta wparować w formy, które swoją popularność zawdzięczają często innowacyjności postrzeganej przez pryzmat czasów, w których powstały. Kamienie milowe widziane z daleka okazują się być archaiczne, mało przystępne, wręcz ubogie. Oczywiście trafiają się wyjątki, jak wspomniany już Kaznodzieja, który z impetem wsadził mi w łeb prawdziwe zrozumienie ogromu trendów amerykańskiej popkultury XXI wieku. Do wydawanego oryginalnie w podobnym okresie Transmetropolitana usiadłem z wielką nadzieją, ale też i obawami dodatkowo pobudzonymi przez pozytywne, podnoszące oczekiwania opinie zalewające moje internetowe nisze. Na początku naprawdę nie było łatwo.

Niesprecyzowana, stosunkowo bliska na osi czasu, ale społecznie bardzo odległa przyszłość. Kolorowe, oświetlone telebimami i neonowymi reklamami miasto swoim dystopijnym pulsem usypia tradycjonalne człowieczeństwo. W zastępstwie oferuje radosną, masowo produkowaną sodomię dla zmysłów. Ludzie, zatraceni w skrajnym konsumpcjonizmie, porzuciwszy resztki moralności i zdrowego rozsądku oddają się hedonizmowi napędzanemu nowoczesną technologią. Nie ma żadnych świętości – eksperymentalne dragi pochłania się tu jak Cheetosy, za odpowiednią gotówkę zjeść lub zbałamucić można każde stworzenie, które kiedykolwiek kroczyło na ziemi, a modyfikacje ciała już dawno przekroczyły granicę transhumanizmu. Przemoc, wyzysk i korupcja stały się powszechnie przyjętymi dogmatami, stając w rzędzie obok setek powstających codziennie religii. Cel tego wszystkiego jest jeden: oddalić społeczeństwo od niewygodnej prawdy.

Transmetropolitan Skan1

Właśnie w imię tej Prawdy (nieprzypadkowo z wielkiej litery) walczył Pająk Jeruzalem, a w ramach zapłaty miasto obdarzyło go destrukcyjną w skutkach sławą. To zmotywowało go do zapuszczenia gęstej sierści a’la Alan Moore i porzucenia trwającej w zapomnieniu cywilizacji. Na samym początku historii z sielskiego, narkotycznego egzystowania w górskiej pustelni sympatycznego dzikusa wyrywa mocno zaległy kontrakt na napisanie dwóch książek. Nie strzępiąc języka, z wariackim monologiem na ustach wraca do miasta, ogarnia robotę reportera i wprowadza się do nowego, skrajnie obskurnego mieszkania. Wszystko, co następuje potem to osobne sprawy, które do bystrej, naćpanej główki protagonisty naleją trącające nawozem paliwo. Zaczynając od pisanego i transmitowanego na żywo reportażu z zamieszek w dzielnicy zajętej przez zmarginalizowanych “przekształconych”, czyli ludzi z DNA pożyczonym od stereotypowych ufoludów, rusza niepowstrzymana i wulgarna machina. Jej celem jest tylko i wyłącznie prawda, odarta z wszelkich upiększeń. Ostatecznie, jak to często bywa, z luźno związanych spraw wyniknie również wątek bezpośrednio dotyczący zaplutej przeszłości gniewnego reportera.

Początek jest ciężki, wkrada się ten wspomniany lekki archaizm formy. Świat wykreowany przez Warrena Ellisa i Daricka Robertsona żyje własnym życiem. Niby fajnie, ale miejscami wydaje się zbyt przesadzony i nierealny. Nie mogłem od razu przejąć się implikacjami niebezpiecznego postępu nauki, gdyż większość futurystycznych udogodnień wydała mi się zbyt oderwana od rzeczywistości, całkowicie różna od tego, co oferuje nam dzisiejsze sci-fi. Chwilę zajęło mi odnalezienie spójnej oryginalności w tonach szmelcu wyraźnie stworzonego na potrzeby historii, wbrew wszelkiej logice. Podobny problem sprawiła mi narracja – niby komiks zaczął wychodzić pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ale dotknęła go typowa dla starszych wydań sztywność dialogów, chociaż to może też być wina recyklingu starego tłumaczenia. Obserwowanie i ocena wydarzeń oczami Pająka nie sprawiały przez to wielkiej przyjemności. Przeintelektualizowane i wypełnione lingwistycznym obornikiem monologi zaburzały pływ narracyjny, tak bardzo potrzebny do pełnego nasiąknięcia odmiennym światem. Irytowała mnie też ta oklepana, przerysowana krawędziowość głównego bohatera. Może wtedy rzucanie jednym z (aktualnie) najpopularniejszych na świecie, polskich słów na lewo i prawo robiło jakieś wrażenie, teraz przywodzi na myśl potrzebę kontrowersji na poziomie szpanerskiego gimnazjalisty, bluzgającego jedynie z powodu całkowitego zidiocenia.

Kiedy miałem już za sobą przemęczone mniej więcej trzydzieści procent tomu, zdałem sobie sprawę, że chyba robię coś źle. Odrzuciłem przyzwyczajenie do komiksowego easy mode, wyłączyłem muzykę i grający u mnie non-stop telewizor, rozsiadłem się wygodnie w fotelu i zacząłem od nowa. Czytając Transmetropolitana tak, jak czytałem komiksy, zanim jeszcze nauczyłem się wiązać buty, zacząłem dostrzegać drugie dno we wszystkim, co wydawało mi się wcześniej zatęchłe i nieciekawe. Tania wulgarność protagonisty szybko odsłoniła wizerunek człowieka skrajnie wrażliwego, który za doskonałe zdolności krytyczne i obserwacyjne płaci w szalonym społeczeństwie najwyższą cenę. Zaczynałem coraz lepiej go rozumieć, sympatyzować z jego problemami. Dosłownie wpadłem do tego szamba. Śledzenie wątków stało się uzależniająco absorbujące i ostatnią stronę przewróciłem nie zauważając upływu czasu. Właśnie ten przegięty, ozdobiony dziesiątkami inwektyw styl okazał się najbardziej adekwatny do opisania równie poronionej rzeczywistości. Fragmenty reportaży stały się furtką do zrozumienia i podsumowaniem większości spraw. Ich teksty oferowały spostrzeżenia bezpośrednie i prawdziwe, nieskażone udawanym obiektywizmem, plastikową moralnością i usilną pogonią za poprawnością. Wszystko zgodnie z reporterskim stylem gonzo, rozpoczętym przez Huntera S. Thompsona, czyli pierwowzoru Pająka Jeruzalem. Na koniec zrozumiałem, że moje pierwsze wrażenie odnośnie powszechności tak wulgarnych przekazów jest wynikiem normalizacji coraz większych skrajności, przed którą tak wyraźnie w tym komiksie przestrzega Warren Ellis. To wszystko powinno być odległe, niewyobrażalne i karykaturalne, a staje się coraz bliższe rzeczywistości. Zanim się obejrzałem, z tych gorzkich refleksji wyrosło paradoksalnie ogromne zadowolenie, porzuciłem resztki nadziei na bunt przeciwko kultowości tego tytułu.

Transmetropolitan Skan2

Oprawę graficzną też można ocenić powierzchownie i potem opowiadać, jak to brakuje jej ogłady, jednolitości, a i architektura kadrów tyłka nie urywa. Naszkicowane przez Robertsona plansze są jednak doskonałym partnerem dystopijnego przesytu. Na każdej stronie można doszukać się drobnych, najczęściej gorzkich, smaczków i spaskudzeń wspomagających scenarzystę w wytykaniu wszystkiego, co w wykreowanym świecie się wykoleiło. Najlepsze jednak są projekty postaci, wliczając randomowych statystów. Patrząc na ich sylwetki i rysy twarzy od razu można stwierdzić, jakie miejsce zajmują w społeczeństwie, co im się w łbach poodklejało i jaki badziew sobie tam wsadzili w zamian. Wisienką na tym śmierdzącym, oślepiająco kolorowym torcie odpadów jest mimika twarzy. Chyba w żadnym komiksie nie widziałem potoku gęb tak niebezpiecznie zbliżających się do granicy pokraczności, a jednak pozostających w normach pozwalających na potraktowanie całości z odpowiednią powagą. Bo o to właśnie chodzi w Transmetropolitanie, żeby pomimo tej rewii barw (świetna robota Nathana Eyringa) i sporej dawki humoru dojrzeć rzadką kupę na ekranie wyświetlającym obsceniczną kreskówkę o wąglikowym kocie i zrozumieć, jak wiele sensu ukryte jest w takim pozornie przypadkowym zestawieniu.

Nie mogę polecić tego tytułu każdemu, bo niewiele brakowało, a sam bym przez niego nie przebrnął. Ludzie lubią, jak coś przychodzi łatwo, nie ma w tym nic złego, ale Transmetropolitan to najlepszy przykład dzieła, któremu trzeba poświęcić trochę uwagi i skupienia. Odpłaca się zapadającą w pamięć historią butnie wytykającą przywary zapatrzonego w siebie społeczeństwa; odkrywa wiele uniwersalnych prawd o ludzkiej naturze, przez co niektórym lektura może pozostawić lekki niesmak niechcianej refleksji. Pozostaje wąska grupa (dorosłych!) zapaleńców, obyta z tą formą przekazu i na tyle zdystansowana do własnych grzeszków i zakłamanej przyzwoitości, że nie poczuje się urażona po przeczytaniu pierwszych 10 stron. Przecież do faktów czasami trzeba dotrzeć w mękach; jak powiedział sam Pająk Jeruzalem: “Prawda […] leży pod warstwą gówna w miejscu, w które nawet nie zaglądacie.” Ja zajrzałem, ubrudziłem się i już zabieram się za drugi tom.

ZOBACZ W SKLEPACH

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Transmetropolitan. Tom 1
Wydawnictwo: Vertigo / Egmont
Autorzy: Warren Ellis, Darick Robertson, Rodney Ramos, Nathan Eyring
Typ: komiks
Data premiery: 18.04.2018
Liczba stron: 288

Dodaj komentarz

avatar