Waleczni Okładka

Chwaliłem się już, że od jakiegoś czasu myślę o założeniu niewielkiego wydawnictwa komiksowego? Nie? No to się chwalę, chociaż w sumie nie ma czym – chyba każdy pasjonat ulega w pewnym momencie złudnemu wrażeniu, że przy odrobinie starań można osiągnąć wszystko. Sam bym sobie dał robotę tłumacza i wreszcie spełniłoby się jedno z wielu marzeń, ach! Nawet miałem konkretny, genialny wręcz pomysł: postaram się dogadać z Valiant Comics! Przecież mają tyle tytułów, takich fajnych superbohaterów, niedługo nawet jeden dostanie blockbusterowe filmidło. Tak sobie dumałem, już słyszałem brzęk monet, a tu nagle KBOOM! W sensie, że pojawiło się Wydawnictwo KBOOM, skradło mi marzenia i… w sumie nie mam pretensji.

Waleczni (w oryginale właśnie Valiant), czyli pierwszy album wypuszczony przez wschodzące gwiazdy rodzimego rynku, to tak naprawdę przedstawienie nowej twarzy istniejącego od 1989 roku uniwersum. Barwna plejada raczej mniej znanych superludzi dostaje na jego potrzeby wspólnego wroga – paskudnika, który od zarania dziejów ma tylko jeden cel, a mianowicie rozbebeszenie aktualnie urzędującego Geomanty, od wieków strzeżonego przez Nieśmiertelnego Wojownika. Pomimo epickiego pseudonimu ten ostatni raczej kiepsko radził sobie ze swoim zadaniem, właściwie to jeszcze nigdy go nie wypełnił. Tym razem jednak w boju przeciwko przedwiecznemu, ucieleśniającemu największe lęki złu nie będzie on w sam! Ramię w ramię, w obronie początkującej Geomantki staną praktycznie wszyscy dziwacznie ubrani posiadacze najbardziej niedorzecznych ksyw. Czy wygrają? Zaryzykuję mały spoiler – kojarzycie sytuację, w której grając wylewacie siódme poty w walce z jakimś bossem tylko po to, żeby ostatecznie przekonać się, że ta arcytrudna walka była tylko wstępem do czegoś przerastającego wasze pierwotne oczekiwania? Tak to mniej więcej wygląda w tym przypadku.

Waleczni 1

Bardzo różnie można ten tytuł oceniać. Jeżeli skupimy się na walorach samej fabuły, to czapki z głów raczej masowo spadać nie będą. Podlany mistycyzmem i grozą trykociarski, naciągany bełkot nadal jest trykociarskim, naciąganym bełkotem. Historia jest prosta, zaskakująco wygodnie wprowadza zupełnie niezwiązane ze sobą postacie i na dodatek sięga po tak sztampowe rozwiązania jak podróże w czasie, ot, deus ex machina w najbardziej spandeksowym wydaniu. Jest jednak jedna różnica – scenarzyści. Chociaż Matt Kindt też zasługuje na pochwałę, to muszę potraktować go trochę po macoszemu w obliczu mojego absolutnego ulubieńca, Jeffa Lemire. Ten człowiek byłby w stanie napisać pozbawiony sensu paździerz i sprzedać mi go jako arcydzieło godne nagrody Eisnera. Autor takich perełek jak Czarny Młot, Descender czy run Moon Knighta z 2016 roku, potrafi wziąć nawet najbardziej bezsensowne wątki i naznaczyć je swoim talentem. Wczuwa się zarówno w postacie, jak i w ogólny setting, wykazuje ogromne zrozumienie jednego i drugiego, a następnie zaczyna to wszystko przekazywać czytelnikowi w łatwy do przyjęcia sposób. Dzięki temu wizygocki wojownik w futurystycznej zbroi i uniwersalny, napędzany nanitami żołnierz stają się osobistościami interesującymi, zrzucają piętno absurdu i po prostu funkcjonują tak, że można o nich czytać bez większej żenady. To samo tyczy się samego świata. Z wielu luźnych, egzystujących obok siebie elementów wyeksponowany został ten wspomniany już, trącający Mignolą sumeryjski mistycyzm, który okazuje się być bardzo dobrym spoiwem dla chaotycznych bzdur tolerowanych przez autorów chyba tylko z powodu nacisków zarządu snującego dalekosiężne plany dla uniwersum.

Waleczni 2

Mignolę czuć też w rysunkach. Wizualnie Walecznych osadziłbym gdzieś pośrodku między Hellboyem i typowym, porządnie narysowanym superhero. Wielokrotnie nagradzany Paolo Rivera w rozważnej architekturze kadrów i realistycznej mimice twarzy zamyka wiele małych, zapadających w pamięć kompozycji. Pomiędzy ilustracjami zwyczajnie dobrymi często przemykają wybitne, a design przywoływanych przez antagonistę koszmarów (jak i form, jakie on sam przybiera) zasługuje na miejsce na piedestale podszytego niepokojem zachwytu. Tak samo jak scenarzyści, artysta robi coś z niczego, przekuwając teoretycznie klasyczną, zapożyczoną z mitologii twarz grozy w coś nowego, wypaczonego delikatnie i z turpistyczną klasą. Po podsyceniu tego klimatu szczodrze lanymi cieniami i barwami trzymającymi się zawsze ściśle określonych tonacji można chwilami zapomnieć, że mamy do czynienia z komiksem superbohaterskim. Zupełnie różne od wspomnianego mroku fragmenty, których stylistyka nawiązuje (na przykład) do książek dla dzieci, są tylko wisienką na tym szaroburym torcie.

Waleczni 3

Nawet nie wiem, czy doceniłbym tak bardzo warstwę graficzną, gdyby jednym z dodatków (poza galerią okładek) nie było piętnaście stron prezentujących komiks na różnych etapach produkcji – od szkicu do koloru. Uwielbiam takie rzeczy. Opatrzenie rysunków komentarzami autorów pozwoliło w prosty sposób, na krótką chwilę, retrospekcyjnie dołączyć do nich podczas procesu twórczego. Jakby banalnie to nie brzmiało, to właśnie dzięki takim szczegółom niektóre wydania wyjątkowo u mnie plusują. Skoro o tym mowa, to pora trochę ponarzekać. Zboczenie zawodowe każe mi się czepić – tłumaczenie mogłoby być lepsze. Chociaż ogół jest poprawny, a konkretnych byków zbyt wiele nie ma (pamiętam jeden, raczej gramatyczne przeoczenie), to mocno wybiła mnie z rytmu jedna, nieszczęsna, leniwie przełożona rymowanka. Do tego stopnia leniwie, że często ledwo się rymuje. Można było spokojnie zrezygnować ze zbędnej dosłowności na rzecz luźniejszej, lepiej brzmiącej adaptacji. Wątpliwie współgrających z atmosferą przekładów jest nieco więcej, ale nie rażą aż tak bardzo. Jakość druku i samego papieru są wzorowe, ale przyćmił je nieprzyjemny fakt, że po otworzeniu mojego egzemplarza częściowo rozkleiła mi się od razu pierwsza kartka. Pozostaje mieć nadzieję, że nie pociągnie za sobą reszty.

Waleczni 4

Mankamenty na bok, ja daję ludziom z KBOOM kredyt zaufania. Widać, że sporo tutaj jeszcze musi się dotrzeć i z kilku błędów trzeba będzie wyciągnąć wnioski, ale ich ciężar absolutnie nie jawi się jako przytłaczający i nieprzekraczalny. Sam komiks warto mieć na półce, zwłaszcza gdy lubicie superbohaterów, ale reprezentanci Marvela i DC Comics zaczęli was już troszeczkę nudzić. Waleczni mówią w tym momencie wyraźne “Jesteśmy tu!”. Doceniam, że oddychają powietrzem późnych lat dziewięćdziesiątych, wybierając z nowszej ery tylko to, co nie godzi w integralność konsekwentnie budowanego świata. Jako wstęp do wędrówki po nim – ten komiks to pozycja obowiązkowa. Niezainteresowanych tematem również zachęcam do zakupu, choćby po to, aby wesprzeć rodzimych debiutantów i zmotywować ich do doskonalenia wydawniczego warsztatu.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Waleczni
Wydawnictwo: Valiant Comics / KBOOM
Autorzy: Jeff Lemire, Matt Kindt, Paolo Rivera, Joe Rivera
Typ: komiks
Data premiery: 09.2018
Liczba stron: 124

Dodaj komentarz

avatar