Recenzja komiksu Warcrtaft: Bonds of Brotherhood

1

Chociaż Warcraft: Początek osiągnął, powiedzmy, umiarkowany sukces, na rynku nadal pojawiają się kolejne produkty związane z blizzardowskim uniwersum. Tym razem mamy do czynienia z oficjalnym prequelem filmu w postaci powieści graficznej. Na ile to pozycja, po którą warto sięgnąć, a na ile odcinanie kuponów? Przekonacie się po lekturze.

Zacznijmy od kreski Warcraft: Bonds of Brotherhood. Po przeczytaniu całości nie mogę oprzeć się wrażeniu, że na początku Matowi Broome’owi starczało czasu i zapału, a pod koniec zdał sobie sprawę, jak bardzo goni go termin oraz zupełnie odechciało mu się rysować. Dlaczego? Przez kilkanaście pierwszych kart powieści da się to jeszcze oglądać. Tło ma odpowiednią ilość szczegółów, nie jest przesadnie ubogie, ale też nie odrywa uwagi od głównej akcji. Również bohaterowie jako tako wyglądają, nie są przesadnie ładnie narysowani i można odnieść wrażenie, że są do siebie trochę za bardzo podobni, ale dają radę…

2

…a potem zaczyna się piekło. Trudno powiedzieć kiedy, ale kreska staje się niesamowicie uproszczona. Przez sporą część komiksu miałam problem z rozróżnieniem bohaterów. Wyglądali niemal identycznie, różniąc się od siebie zaledwie kolorem włosów. Miejscami musiałam wracać do poprzednich kadrów, żeby upewnić się, że to na pewno Medivh, nie Lothar wypowiada daną kwestię. A, jeszcze jedno – postaci trolli to w tym komiksie copy-pasta. Wszystkie wyglądają tak samo.

Słaby jest również scenariusz komiksu. Paul Cornell i Chris Metzen zdecydowanie się nie popisali, tworząc jednowymiarowe postaci, które jak bezmózgie kukły wyrzucają z siebie kolejne dialogi. Bohaterom brakuje jakichkolwiek motywacji do podejmowania konkretnych działań. Poruszają się więc na zasadzie „zróbmy to i to, bo właściwie czemu nie”.

3

Głównym celem tego komiksu jest przybliżenie przeszłości części głównych bohaterów, wspomnianych już Medivha, Lotara, a także przyszłego króla Llane’a. Mamy więc opowieść o trójce przyjaciół: magu, który eksperymentuje z niebezpieczną magią Fel (w Polsce przetłumaczone jako „skażenie”), dzielnym rycerzu, który szykuje się do roli ojca oraz księciu Llane’ie Wrynn, którego ojciec nie pozwala mu się wykazać, wiedząc, jak trudny charakter miał w tamtym czasie jego syn. Wszystko to zestawione z tragedią, jaką jest najazd trolli.

W zasadzie trudno powiedzieć o fabule komiksu coś dobrego poza tym, że była raczej znośna – znośna, ale jednocześnie do bólu przewidywalna. Mimo wszystko miło poczytać o przeszłości znanych oraz lubianych bohaterów, ale w tym wypadku jest to po prostu nudne. Najciekawszy jest wątek Medivha, którego sportretowano tu jako początkującego Strażnika, zaciekawionego niebezpieczną magią. W tym miejscu kolejny przytyk do strony graficznej: kiedy mag używa czarów, na kartach komiksu wygląda to po prostu słabo.

4

Co dalej? Młody książę Llane głównie irytuje swoją bezmyślnością, ale daje się to jakoś przeboleć, biorąc pod uwagę, że pewnie taki był zamysł autorów. Ot, butny smarkacz, który po ogromnej tragedii ma stać się dobrym oraz praworządnym królem.

Najmniej miejsca poświęcono niestety Lotharowi. Jego osobista tragedia, która przecież ogromnie na niego wpłynęła oraz go ukształtowała, została sprowadzona w zasadzie do dwóch (na ponad sto!) stron komiksu. Więcej „czasu antenowego” dostał nawet wątek miłości Llane’a i Lady Tarii (którą, choć jest siostrą Lothara, w komiksie sportretowano jako czarnoskórą, w filmie zaś jako kobietę o śniadej karnacji, co dało się jeszcze jakoś wytłumaczyć…).

5

Ten komiks mógłby być zapychaczem kiedy pod ręką brakuje czegokolwiek, co można by faktycznie przeczytać. Jeśli zaś wahacie się między kupnem tego zeszytu lub jakiegoś innego – śmiało wybierzcie coś innego. No, chyba że macie za dużo pieniędzy.

Ocena: 4/10

Plusy:
+ poznajemy przeszłość bohaterów
+ to rozbudowa uniwersum Warcrafta

Minusy:
– komiks w drugiej połowie graficznie leży, kwiczy i błaga o dobicie
– bohaterowie są jednowymiarowi
– fabuła jest przewidywalna do bólu
– odcinanie kuponów

Autor: Deneve

Izabela "Deneve" Ryżek

Izabela "Deneve" Ryżek

Studiuję archeologię na UMK w Toruniu... a tak naprawdę mieszkam w Internecie, lubię koty, flejmy i (nie)śmieszne memy. Rekreacyjnie katuję się analizą słabych książek (ale ćśś, to przecież guilty pleasure!). Można mnie spotkać na koncertach, konwentach i imprezach naukowych. Trochę nie mam życia, a trochę je przegrywam – głównie w karcianki, planszówki, RPGi, a ostatnio również gry typu moba. Człowiek-siedem-nieszczęść. Psuję wszystko, co jest do zepsucia (głównie siebie), kolejna plaga egipska pewnie nosiłaby moje imię.