Recenzja komiksu We(l)come Back Volume 1

We(l)come Back 1

BOOM! Studios wydaje naprawdę świetne komiksy, pełne energii i koloru, nieortodoksyjnie podchodzące nawet do ogranych klimatów, nawiązujące do haseł girl power, wolności i równości. Pomysł z We(l)come Back był właśnie taki – miłość, walka, reinkarnacja, posiadanie cudzej duszy… Doprawić to tęczą i emancypacyjną filozofią, a powstanie dzieło. Niestety, przepis jest dobry, ale wykonanie nie przekonuje do końca.

Christopher Sabela napisał historię skazanych na wieczne potyczki morderców, zmuszonych do zabijania się na nowo co pokolenie, żeby „utrzymać porządek świata”. Trochę zdradzę: dlaczego ludzkość czy wszechświat miałyby załamać się bez tej rzezi – nie jest jasne, ale na pewno istnieje wielka organizacja łącząca różnych powracających, którym bardzo, bardzo zależy na tym, żeby wszystko odbywało się tradycyjnie, z krwią i przemocą. Możliwe, że to pomysł jak z Domu w głębi lasu, tylko ofiary są świadome swojej misji. W każdym razie od pewnego momentu – najpierw muszą się przebudzić. Właśnie – rodzą się jako zwykli ludzie, najnormalniejsze małe dzieci, dopiero potem okazują się wojownikami. Jak we Wraithborn, mogą szybko odzyskać sprawność z poprzednich żyć, ale potrzebują także szkoleń i ćwiczeń – dzięki nim stają się idealnymi maszynami do zabijania. Zasadniczo muszą zabić tylko jedną osobę, swój cel, drugą połówkę jabłka – jakkolwiek by nie metaforyzować, mamy tu do czynienia z głęboką więzią i przeznaczeniem. Co jednak nie znaczy, że nie wolno im zabijać innych – zwykle także powiązanych z „wiecznym porządkiem”, choć zdarzają się i przeciętni śmiertelnicy stojący na przeszkodzie misji, bo np. ktoś się do nich za bardzo przywiązał. Brzmi naprawdę dobrze? Niestety, Sabela już ma jedną niezbyt entuzjastyczną ocenę na naszym blogu, a teraz przybędzie mu druga, do tego z podobnym uzasadnieniem: jak w przypadku Dead letters, We(l)come ma świetny początek, dobry pomysł i chaotyczne rozwiązania.

We(l)come Back

Rysunki nie ułatwiają radzenia sobie z mętną fabułą… Chociaż trochę was mylę – fabuła jest prosta, to ucieczka jednego z morderców przed drugim, przeznaczonym mu. Przy czym obydwie postacie to punkowe młode dziewczyny – Mali i Tessa. Niespójne wydaje się wprowadzanie fragmentarycznych informacji o zasadach ich świata, powodach tego wiecznego polowania, tym, kto jeszcze bierze udział w całym… rytuale? Oraz ile tak właściwie wiedzą bohaterki – czasem wszystko, czasem naprawdę nic (tyle, ile ich nieobudzone persony), przy czym czytelnik wciąż wie raczej niewiele. A to właśnie struktura armii przebudzonych ma definiować zachowania bohaterek (należących do kasty (?) żołnierzy) i otaczających je uczestników nagonki. Grafika Brandona Sawyera nie wspiera spójnego obrazu całości tej historii. W pewnym momencie, gdzieś w trzecim zeszycie, styl zmienia się z dość wyraźnie konturowanego, z postaciami o czytelnie zarysowanych twarzach, w mocno szarpany, nieco bardziej realistyczny, ale jednocześnie utrudniający wydobywanie bohaterów z tła… To moment, w którym rysowanie przejmuje Clarire Roe. Dzieje się to o tyle nieoczekiwanie, że z początku nie wiadomo, czy patrzymy na przygody głównej, czy nowej, trzeciej postaci. Dopiero po kilku stronach okazuje się, że to wciąż ta sama Mali, w tej samej epoce, nawet teoretycznie z podobnym kolorem włosów.

We(l)come Back to wyjątkowo ciężki komiks, czyta się go wolno, a obrazy męczą. Stanowczo wolałam początkowy styl, z postaciami o wyraźnej mimice, nawet jeśli sugerował, że to raczej rzecz dla nastolatków (znacznie mniej przerysowana niż Wraithborn). Twórcy zdecydowali się jednak na dużo bardziej szkicowy rysunek, w którym bohaterki są… trochę brzydkie, co właściwie świetnie oddawałoby stan ich prawdziwych dusz, gdyby nie mniejsza czytelność ich emocji czy kierunku patrzenia. Kolory także uległy zmianie. Najpierw były raczej ciemne, sporo fioletów i czerni, w wyraźnych plamach. W trzecim tomie komiks (nagle) staje się bardziej kolorowy, ale też drażniący. Ewidentnie zaszła tu jakaś ważna decyzja artystyczna, jednak wprowadzona za szybko. Poza tym ta historia jest prawie zupełnie pozbawiona humoru, jedyny „comic relief” to postać ojca Mali, również przebudzonego (ale z kasty ochroniarzy wojowników? sanitariuszy wojskowych?), który powraca jako zadziorna dziesięciolatka. Główne bohaterki rozmawiają ze sobą bardzo specyficznie: jeśli nie tłumaczą sobie, że się zabiją, to operują tak wysokim poziomem abstrakcji i omijania tematu, że Mulder i Scully zaczynają się przy nich wydawać całkiem konkretni. Najwyraźniej zaskakująca struktura świata wiecznej bitwy będzie sednem tej historii.

Teraz powiem wam, o co tam tak naprawdę chodzi. Nie bez powodu wspomniałam o dwóch połówkach owocu. Otóż tropiący się przez stulecia żołnierze, wojownicy czy mordercy widzą w bitewnym szale tylko siebie, obsesyjnie szukają się wśród miliarda, czterech i ośmiu innych ludzi, bezbłędnie dążą do zabicia się nawzajem… Blisko stąd do zupełnie innej emocji, która jest największym zagrożeniem dla (zostańmy przy tym słowie) rytuału. Ale czy We(l)come będzie romansem czy nie, jeszcze nie wiadomo. Jeśli nie, komiks ma szansę na poprawę i naprawdę powiedzenie czegoś o wyzwalaniu się z krępujących i idiotycznych powinności. Tymczasem pierwszy tom można streścić jako chaotyczną mieszankę mistycznego tła i banalnej fabuły jak z Benny’ego Hilla (choć zupełnie bez humoru). Na razie dobrą metodą na komiks Sebela i Sawyera wydaje się „szklanka wody zamiast” – obejrzyjcie lepiej serial Intruders o celowej reinkarnacji w cudzym ciele, swoistym abordażu życia, i może dzięki Wam twórcy dokręcą drugi sezon…

We(l)come Back 3

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: We(l)come Back Volume 1
Wydawnictwo: BOOM! Studios
Autor: Christopher Sebela, Claire Roe, Jonathan Brandon Sawyer
Typ: komiks
Gatunek:supernatural
Data premiery: 10.02.2016

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).