Recenzja komiksu Wraithborn Volume 1

Wraithborn 1

Urban fantasy z postaciami wyglądającymi jak z  Paradise Kiss, którego główną bohaterką jest urodzona ofiara przechodząca przemianę w twardą kobietę – czyli komiks idealny dla nastolatków. Zwłaszcza tych ceniących estetykę ponad głębię opowieści. Ukazał się po raz pierwszy w 2006 roku, jako pięciozeszytowa miniseria. Stworzyli ją Joe Benítez i Marcia Chen (autorzy Lady Mechaniki czy Magdaleny). W zeszłym roku wydano drugą edycję, uzupełnionę o nowe sceny, ale z niezmienionym zakończeniem.

Dlaczego zaczynam od zakończenia? Wraithborn nie ma statusu "ongoing", jest kompletny. Jednak poznajemy w nim jedynie genezę głównej postaci, Melanie, strażniczki broniącej naszego świata przed Nieśmiertelnymi. Na początku była życiową nieudacznicą, gdzieś na szarym końcu klasowej hierarchii, bez talentu do sportów, kościstą i niezgrabną. Wraithborn – bojowniczką – została zupełnie przypadkiem i wbrew wszelkim procedurom. Pierwszy rozdział pokazuje ją podczas walk z dawnymi bóstwami lub duchami – a więc to, kim się stała. W ostatnim widzimy odnalezienie jej przez Valina, rycerza przeznaczonego do roli, która przypadła jej w udziale, oraz ich wspólną bitwę z potężną boginią, przyczyną całego zamieszania. Mnóstwo wątków nie zostało domkniętych w tych zeszytach: historia Valina i jego siostry (mającej własne plany w stosunku do mocy zamkniętej w Melanie), przebieg treningu głównej bohaterki i kształtowanie się jej relacji z pozostałymi obrońcami realnego świata.

Wizualnie komiks robi początkowo całkiem dobre wrażenie – są w nim widowiskowe potwory i choreograficznie wysmakowane sceny walki. Brijit, główna postać negatywna, ma skomplikowany kostium, godny mangowego demona, w kolorach zupełnie niezgrywających się pozostałymi dominującymi we Wraithborn. Czasami wygląd bohaterów jest nieco przesadzony, zwłaszcza w przypadku koleżanek Melanie – dziewczyn o tak wąskich taliach i szerokich biodrach, że wydają się mieć ostrą niedowagę i lordozę. W każdym razie figury nastolatek zupełnie wyjaśniają ich niezborność ruchową. Jak w Lady Mechanice, estetyka jest tu przesadna i bywa męcząca, zwłaszcza, że obfituje w jadowite fiolety, zielenie i seledyny zanurzone w mrocznym tle ciemnych zaułków i cmentarzy. Melanie, choć jest główną bohaterką, wtapia się w otoczenie, barwnymi i nieprzeciętnymi akcentami są tu wspomniana Brijit i nosząca się na filetowo-żółto Zoe, przyjaciółka dziewczyny (to właśnie ona nieodparcie kojarzy się z Paradise Kiss).

Wraithborn 2

Najbardziej oryginalnym elementem Wraithborn jest wykorzystanie Voodoo do kreacji nieśmiertelnych prześladowców Melanie. Brijit (lub Maman Brigitte) to pochodząca z tego panteonu opiekunka cmentarzy i grobów… ale według tej religii to jej słudzy są strażnikami granicy między życiem i zaświatami (a więc światem potworów). No i wygląda raczej jak zakonnica niż japoński akuma. Zgadza się natomiast jej moc stwarzania zombie – ich ciała wykorzystują właśnie jej podwładni. Melanie dowiaduje się wszystkiego o Voodoo od Zoe, której babcia jest „wiedzącą”, kapłanką, a może tylko właścicielką sklepu z artykułami magicznymi. Ale, jak widać, cały kontekst został tu wykreowany na nowo, bez faktycznego odniesienia do zasad tego kultu.

Wraithborn to komiks dla osób lubiących taką przerysowaną estetykę i chcących skupić się na rysunkach. Sama historia nie jest zbyt głęboka ani oryginalna, a dialogi pomiędzy postaciami nie wnoszą nic do ich wzajemnych relacji, a jedynie informują czytelnika o świecie przedstawionym (co ma tu jednak więcej sensu niż np. w Elves, bo główna bohaterka też nic o nim nie wie). Powinien spodobać się fanom Lady Mechaniki, ale będzie zbyt płytki dla lubiących na przykład urban fantasy Jadowskiej. A jeśli chodzi o Voodoo… Może Harry Angel? Lub cokolwiek innego?

Wraithborn 3

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Wraithborn Volume 1
Wydawnictwo: Benitez Productions
Autor: Joe Benitez i Marcia Chen
Typ: komiks
Gatunek: urban fantasy, supernatural
Data premiery: 08.11.2016

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Agnieszka „Fushikoma” Czoska

Mól książkowy, wielbicielka wilków i wilczurów. Interesuje się europejskim komiksem i mangą. Jej ulubione pozycje to na przykład Ghost in the Shell Masamune Shirow, Watchmen (Strażnicy) Alana Moora czy Fun Home Alison Bechdel, jest też fanem Inio Asano. Poza komiksami poleca wszystkim Depeche Mode Serhija Żadana z jego absurdalnymi dialogami i garowaniem nad koniakiem. Czasem chodzi do kina na smutne filmy, kiedy indziej spod koca ogląda Star Treka (w tym ma ogromne zaległości). Pisze także dla Arytmii (arytmia.eu).