X-Men Grand Design Okładka

Wiecie, jak to było? Powiem wam, jak to było. Jak to się dokładnie stało, że wydałem na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi sporo więcej, niż oryginalnie zamierzałem. Szedłem sobie dziarsko zakupową aleją, u Egmontu i Scream czekały już na mnie pokaźne zakupy i zobaczyłem coś, co wcześniej przeoczyłem: kapitalną Hip Hop Genealogię Eda Piskora. Impuls był mocny, ale go zwalczyłem. Pomyślałem: “Heh, może później, czytałem w oryginale. Całe szczęście, że Piskorowego X-Men Grand Design nie mają!”. Kilka kroków później zerknąłem na stoisko Atom Comics i bach, wykrakałem. To było oczywiste.

Teraz siedzę już z tym żółtym cudem na kolanach i się zastanawiam, jak za każdym razem, gdy przychodzi mi pisać o świetnych komiksach. Mam zawsze problem z dwiema rzeczami – jak nie zdradzić od razu mojej oczywistej sympatii (już to zrobiłem, więc z głowy) i jak napisać recenzję godną omawianego dzieła. Koniec końców postanowiłem drugą przeszkodę przeskoczyć tak samo nonszalancko, jak to zrobiłem z pierwszą. Wystarczy luźno streścić, co jest tu fajne (dużo!), a co nie. Przecież nie ma co filozofować, X-Men Grand Design to po prostu bardzo dobry komiks, nie? No okazuje się, że nie do końca, ale nie uprzedzajmy faktów.

X-Men Grand Design skan 1

Rzecz dzieje się w kosmosie. Znany wszystkim, typowy przedstawiciel cierpiącej na straszliwe bóle szyjne rasy Obserwatorów mierzy się z koniecznością nagrania raportu do hipotetycznych uszu humanoidalnego, samoświadomego dyktafonu. Zaczyna streszczać, a tematem jego zainteresowań są głównie mutanci, z naciskiem na ekipę łysego profesora. Szybko przeskakujemy początki opowieści, Drugą Wojnę Światową, narodziny, młodość i problematyczne dojrzewanie Charlesa Xaviera i docieramy do trzonu historii: uformowania drużyny w jej pierwotnym składzie. Oczywiście Cyclops, Bestia, Iceman i reszta nie pojawiają się znikąd, każda z postaci dostaje mały wstęp i wprowadzenie do osobistej problematyki. Tak samo wyłożone są początki i rozkwit konfliktu Profesora X z jego największym przyjacielem i jednocześnie najgorszym nemesis, Magneto, i wszystkie najważniejsze wydarzenia z wczesnej historii X-Men, z wycieczką do Dzikiej Doliny włącznie.

X-Men Grand Design skan 2

Brzmi całkowicie banalnie, więc skąd mój zachwyt? Piskor przedstawia doskonale znane wątki w łatwej do przełknięcia, malutkiej pigułce. To doskonały sposób dla nowych czytelników na zapoznanie się z najważniejszymi punktami na mutanckiej osi czasu, a dla weteranów na zażycie zdrowej dawki artystycznej nostalgii. Zawarte w albumie dwa zeszyty kumulują naprawdę ogromną ilość materiału w formie tak samo bliskiej komiksowi, co specyficznie zilustrowanej kronice historycznej. Ta, jakby nie patrzeć, główna cecha narracji Piskora jest wielką zaletą, ale pod pewnymi względami godzi w ostateczną doskonałość tego tytułu. Jakby tak trzeźwo na to spojrzeć, to tego się po prostu nie czyta po komiksowemu. Cały urok lekko romantyzowanego raportu Obserwatora, który przedstawia wyraziste slajdy z bardzo obszernego filmu, uniemożliwia wczucie się w poszczególne akcje i wyklucza możliwość empatyzowania i dokładnego zaangażowania czytelnika w tok wydarzeń. Coś za coś, ja w ogólnym rozrachunku stwierdzam, że warto. Dla głodnych bardziej dogłębnego wejścia w narracyjne tu i teraz do wydania dołożono również rekoloryzowaną przez Piskora reedycję X-Men #1 z 1963 roku i jest to dodatek o naprawdę skrajnej miodności.

X-Men Grand Design skan 3

Jakiekolwiek zastrzeżenia odnośnie sposobu prowadzenia fabuły rekompensuje mi ilustracyjny geniusz autora. Ten człowiek potrafi rysować tak, że ekstremalny hołd dla klasyki nie wygląda jak jej podróbka, a co ważniejsze, prezentuje się doskonale u schyłku drugiej dekady XXI wieku. Poszczególne kadry, dopasowane do specyficznego charakteru opowieści, są uporządkowane względem siebie i prezentują się bez wyjątku jak małe, samodzielne, pulpowe dzieła sztuki. Nie niszcząc wspomnianego ładu Piskor pozwala sobie dosyć często na łagodne eksperymenty w postaci mocno zróżnicowanych ramek i okazjonalnych ucieczek poza twarde, prostokątne ramy obrazków. Robi to jednak tylko wtedy, kiedy taki zabieg sensownie wynika z dramaturgii. Do wszechobecnego klimatu retro znacząco przyczyniają się również kolory. Mocno podkreślające ogólną estetykę sepie i bladości co prawda wyglądają bardziej na ładną stylizację, niż na faktyczny komiks z przeszłości, ale nie służą jednocześnie za usprawiedliwienie dla odwalenia fuszerki. Warto zwrócić uwagę na to, jak zbrązowienie zwykle białych przestrzeni pozwoliło na użycie bieli jako dodatkowego koloru, który dzięki specyficznemu otoczeniu stał się oślepiająco jasny. Czy to również nie szkodzi zamierzonej stylizacji albumu? Oczywiście, że tak, ale jak to niesamowicie wygląda! Wisienką na torcie wizualnego powrotu do przeszłości jest jeden z najbardziej uroczych dodatków, jakie w życiu widziałem – kilka stron z rysunkami autora z dzieciństwa.

X-Men Grand Design skan 4

Wychodzi na to, że – wbrew mojemu pierwotnemu entuzjazmowi – X-Men Grand Design nie jest komiksem doskonałym. Prawda to, całkowita prawda, więc jak z tego wybrnąć? Jak usprawiedliwić wlepienie temu tytułowi (prawie) najwyższej oceny? Wystarczy nie oczekiwać od niego, aby był czymś, czym nie jest. Za to polecam cieszyć się jedną z najbardziej urokliwych historii z X-Menami w nazwie od czasu, no nie wiem, Sagi Fenixa? E is for Extinction? Wyjątkowość tej pozycji sprawia, że ciężko przyrównać ją do czegokolwiek z przeszłości. Nie ucieka od oryginalnej problematyki, nie chowa powagi, ale czaruje niespotykaną wcześniej przyswajalnością. Polecę więc po prostu wczuć się w ten unikalny rytm. Cieszyć się bezprecedensowością, która starym wygom pozwoli odświeżyć spojrzenie na jedną z najstarszych drużyn superbohaterskich, a nowicjuszy zachęci do zapoznania się z bardziej dokładnymi zapiskami ich przygód.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: X-Men Grand Design Treasury Edition
Wydawnictwo: Marvel Comics
Autorzy: Ed Piskor
Typ: komiks
Data premiery: 03.04.2018
Liczba stron: 120

Dodaj komentarz

avatar