Assassin’s Creed: Oficjalna powieść

6 stycznia 2017 roku do polskich kin wszedł Assassin’s Creed, będący pierwszą próbą przeniesienia na ekran konfliktu znanego z serii gier Ubisoftu. Niestety, recenzenci nie pozostawili na obrazie Justina Kurzela suchej nitki (ciekawych opinii zespołu NTG zapraszam na poniższą stronę). Film został skrytykowany za nudny wątek współczesny, obejmujący około 70% seansu i chaotyczną dla osób niezaznajomionych z grami fabułę. Prawie równolegle w księgarniach pojawiła się oficjalna powieść, będąca na pierwszy rzut oka wyłącznie kopią scenariusza. Czy ci, którzy opuścili salę kinową, powinni zainteresować się książką Christen Golden? Moim zdaniem jak najbardziej.

Opis fabuły mogliście przeczytać już w recenzji Pottero, dlatego też ograniczę ten fragment najbardziej jak mogę. Skazany na śmierć Callum Lynch po nieudanej egzekucji trafia do ośrodka rehabilitacyjnego firmy Abstergo. Okazuje się, że jest on żywym nośnikiem wspomnień Aguilara, XV-wiecznego hiszpańskiego asasyna. Zarówno wątek historyczny, jak i ten współczesny opierają się na walce templariuszy ze skrytobójcami o jabłko Edenu, starożytny artefakt dający właścicielowi nieograniczoną władzę nad ludzkimi umysłami. Cal, początkowo sceptyczny wobec Kredo, stopniowo odkrywa w sobie zachowane w DNA dziedzictwo. Historia przedstawiona w książce jest taka sama jak w filmie, więc w tej kwestii zabrakło zaskoczenia. Diabeł jednak tkwi w szczegółach.

Nie mam pojęcia, czy pani Christie Golden miała dostęp do wersji scenariusza, w której ekranizacja miała trwać 2.5 godziny (zainteresowanych odsyłam do Google), czy też nie, lecz udało jej się osiągnąć coś, czego zabrakło w pierwowzorze. Przykładem niech będzie rozmowa księdza z Lynchem przed jego egzekucją. W obrazie Kurzela, po przeczytaniu fragmentu Biblii kapłan stwierdza, że Cal nie jest zainteresowany przytoczoną treścią. Ten potwierdza i scena nagle się urywa. Większość widzów zadała pewnie sobie pytanie dotyczące sensu umieszczenia tego dialogu w filmie, gdyż nie wniósł on nic do fabuły. W powieści jednak bohater prosi swojego gościa o wyrecytowanie wiersza deklamowanego przez matkę, gdy ten był mały. Jest to drobiazg, lecz nadał on tej scenie i samemu Lynchowi pewnej głębi. Przestajemy patrzeć na naszego protagonistę jak na aroganta, a zaczynamy w nim dostrzegać ludzką istotę, na której rodzinna tragedia odcisnęła permanentne piętno. Nie wiem, czy brak tego momentu w filmie był zaplanowany, czy też jest wynikiem cięć, lecz zawarcie go wyszłoby obrazowi na dobre.

Drugą rzeczą świadczącą o przewadze książki jest lepsze zobrazowanie relacji między postaciami na ekranie. Oglądając Assassin’s Creed w kinie nie mogłem jednoznacznie stwierdzić, co łączy duet Callum/Sofia czy też Aguilar/Maria. Widać było jakieś uśmiechy, nieznaczne gesty, lecz nic więcej. Dopiero powieść Golden pokazała, że XV-wieczni asasyni są w sobie głęboko zakochani, a nawet we współczesności lekarka nie jest obojętna wobec swojego więźnia. Nie sądzę, żeby było to spowodowane grą aktorów, ponieważ ci w moim mniemaniu wypadli całkiem dobrze. Jednak jeśli z filmu rzeczywiście wycięto aż godzinę materiału, prawdopodobnym jest, że został on wykastrowany ze wszystkich detali, które mogłyby całkowicie zmienić jego odbiór wśród widzów.

Ostatnia sprawa dotycząca różnic, o której warto wspomnieć to asasyni obecni w ośrodku rehabilitacyjnym Abstergo. Twórcy obrazu obiecywali liczne smaczki dla fanów gier spod ręki Ubisoftu. Pojawił się za to wyłącznie Animus z Assassin’s Creed II i prawdopodobnie projekcja Arno w finalnych scenach. Czujne oko widza wyłapie także subtelne podobieństwa współwięźniów Lyncha do obecnych w uniwersum skrytobójców. W samym filmie poskąpiono nam jednak jakichkolwiek szczegółów. Na szczęście powieść znowu okazuje się lepsza, prezentując nam pełne opisy każdej z zaprezentowanych postaci. Nie będę zdradzał dalszych szczegółów, powiem jedynie, że warto sięgnąć po książkę Golden również dlatego, że na końcu dodane zostały rozdziały rozszerzające fabułę aż czterech gier z marki Assassin’s Creed.

Wspomniałem o wszelkich różnicach między obrazem Kurzela a jego tekstowym odpowiednikiem. Jak jednak powieść sprawdza się jako niezależny twór? Sam osobiście nie miałem żadnych zastrzeżeń, szybko przeszedłem przez kolejne rozdziały i dotarłem do ostatniej stronicy bez poczucia nudy. Nie polecam za to lektury świeżo po wyjściu z sali kinowej, ponieważ fragmenty występujące w obu pozycjach są identyczne, zaś mnie jako czytelnika złapało szybko uczucie przedzierania się przez tę samą historię po raz drugi.

Assassin’s Creed: Oficjalna powieść filmu to produkt znacznie lepszy pod względem fabularnym od jej filmowego pierwowzoru. Christie Golden, nieograniczona cięciami, nadała bohaterom głębi i wypełniła luki psujące odbiór dzieła Kurzela. Tutaj również zostały spełnione wszelkie obietnice dotyczące udziału postaci ze znanego dla graczy uniwersum. Osobom, które nie miały jeszcze okazji wybrać się do kina, polecam zamienić bilet na egzemplarz książki. Otrzymujemy wtedy za niewiele większą kwotę pełny, pozbawiony błędów produkt, godny swojej ceny.

Dodaj komentarz

avatar