Brandon Sandersona jak zwykle nie zawodzi – starannie realizuje swoją receptę na udaną przygodę, tworząc historie brzmiące znajomo, ale za każdym razem wciągające i pełne świeżości. Tym razem zaoferował lekkie SF z nawarstwiającymi się intrygami, interesującymi pomysłami i tak podobne do genezy Kapitan Marvel.

Ludzkość udała się w kierunku gwiazd – i co oczywiste – zaraz natrafiła pośród nich na kłopoty. Przed dziesięcioleciami flota ziemskich statków została zmuszona do awaryjnego i, jak się okazało, permanentnego lądowania na planecie Detritius. Nie była to jednak wina awarii czy błędu kapitana. Ot, doszło do kolejnego spotkania bliskiego stopnia z przedstawicielami obcej rasy – a jak wiadomo, takie kontakty rzadko kiedy bywają przyjemne. Pozostali przy życiu członkowie załóg zostali zmuszeni do zamieszkania w jaskiniach i rozpoczęcia walki o przetrwanie. Po upływie lat wynik zmagań nadal wskazuje niekorzystny dla ludzi remis. Udało im się stworzyć linię obrony, zbudować flotę myśliwców oraz wyszkolić pilotów, jednak nadal pozostają uwięzieni i zmuszeni do nieustannej walki.

Niezwykłe czasy wymagają niezwykłych środków i jeszcze bardziej niezwykłych bohaterów. Spensa wręcz idealnie nadaje się do skopania kilku komicznych tyłków. Jest błyskotliwa, pewna siebie i brawurowa. To typowy model nadpobudliwego wojownika, który najpierw strzela, potem coś wysadzi, a później pytań nie zadaje… bo zazwyczaj nie ma już komu. Dziewczynie od najmłodszych lat marzy się kariera pilota oraz związane z nią sława i szacunek. Swoich wrogów ma zamiar topić ich własnej krwi, a ich kości ścierać na pył… mocne słowa jak na nastolatkę, która ledwo odrosła od ziemi. Chociaż drobna i niepozorna Spensa ma charakterek. Rzuca tekstami, jakby dzieciństwo spędziła w wiosce wikingów wychowywana przez Conana Barbarzyńcę. W swoim początkowym przerysowaniu jest wręcz urocza i rozczulająca – przypomina nadpobudliwą wiewiórkę, która pragnie wzbudzać strach, co najmniej jakby była wyrośniętą kapibarą. Naprawdę trudno nie uśmiechnąć się dzięki takiej osobowości. Żaden wielki bohater nie mógłby się obejść bez swojego skrzydłowego, wiernego Robina, rozgadanego R2-D2 czy nieustraszonego K.I.T.T.-a. W tej roli Sanderson obsadza M-Bota – bojowy myśliwiec obdarzony sztuczną inteligencją oraz systemem symulującym uczucia – który w kontaktach międzyludzkich jest równie nieporadny i pragmatyczny co Sheldon Cooper. Duet ten z chirurgiczną precyzją kradnie serca i w zupełności by wystarczył, jednak Sanderson to ambitny facet i nie pozostawiłby nas bez innych atrakcji.

Amerykański pisarz w swoich książkach stawia przede wszystkim na dynamiczną akcję pozbawioną przestojów czy dłużyzn. W Do gwiazd dostajemy czystą młodzieżową rozrywkę w idealnych proporcjach, podlaną masą ciekawych i błyskotliwych pomysłów. Chociaż akcja skupia się przede wszystkim na głównej bohaterce, wokół niej dużo się dzieje – szkoli się na pilota, walczy z niesprawiedliwym systemem, bierze udział w podniebnych starciach, zaprzyjaźnia się z maszyną i próbuje odkryć tajemnicę śmierci swojego ojca. Wątki nieustannie się przeplatają i zazębiają, sprawiając, że tempo nawet na chwilę nie zwalania, a my nie mamy szansy na nudę. Sanderson przyzwyczajony do beztroskiego lawirowania po prostych schematach nie ma najmniejszego problemu z obejściem dłużyzn, jakie zwykły towarzyszyć pierwszotomowym szkoleniom głównych bohaterów – nauczyliście się odrywać myśliwiec od ziemi, nie zabijając przy tym nikogo? Świetnie, teraz możecie pędzić do walki, planeta was potrzebuje. No, a reszty nauczycie się w międzyczasie.

Akcja przepełniona przeciążeniami, podniebnymi akrobacjami, pościgami, wybuchami i siarczystą wymianą ognia nie stanowi głównej siły napędowej. W Do gwiazd dynamiczne pojedynki przeplatają się bowiem ze sporą dawką lekkiego humoru oraz emocjonalnymi momentami. Najciekawszy element stanowią natomiast nawarstwiające się i wzajemnie przeplatające tajemnice oraz intrygi – w których momentami można wyczuć odrobinę… Tak, zgadza się, jako nałogowiec czuję tam Lovecrafta, ale to naprawdę nie jest przesadzone. Serio, zapewniam z ręką na Cthulhu. Autor sprawnie je dawkuje, wodzi nas za nos i myli tropy, sprawiając, że przez kolejne kosmiczne naloty i treningi w symulatorach mknie się na jednym wdechu, by w końcu poznać prawdę. A ta oczywiście zmienia wszystko i otwiera drogę do jeszcze ciekawszego drugiego tomu.

Jedną z cech charakterystycznych twórczości Sandersona – której oczywiście nie mogło zabraknąć – są nietypowe i pomysłowe światy przedstawione. Pojawiają się w nich złożone system religijno-magiczne, skomplikowane sposoby neutralizacji nadludzi czy schizofrenia tak zaawansowana, że zaczyna nosić znamiona supermocy. Nic więc dziwnego, że zmagania z kosmitami też nie przebiegają do końca standardowo. Wiedząc, że do motywu międzygatunkowego konfliktu nic nowego nie wniesie, pisarz postanowił podporządkować go konkretnemu przebiegowi – w którym można dostrzec wyraźne mrugnięcie okiem. Jak walczyć z podniesionym czołem o przetrwanie własnej cywilizacji, jeżeli walka z wrogiem przypomina etapy gry video stworzonej ponad 40 lat temu? Z niedostępnej przestrzeni kosmicznej regularnie spadają eskadry kosmitów, czasem pojawi się potężny pojazd, a po zwycięstwie ludzie mogą jedynie czekać na kolejny atak. Książka SF oparta o podstawowe założenia Space Invaders? Nie sposób się przy tak błyskotliwym pomyśle nie uśmiechnąć.

Do gwiazd to kolejny dowód, że plan realizowany przez Sandersona pozostaje skuteczny. Z łatwością tworzy on porządny i ciekawy tytuł nastawiony przede wszystkim na lekką rozrywkę. Oferuje nam to, co zawsze – sympatycznych bohaterów, odświeżające przemieszczanie się po schematach, błyskotliwe pomysły, niestandardowe zdolności, rozbudowane tło będące gotową podstawą pod kolejne historie, wciągające intrygi oraz odpowiedzi, które luzują staw żuchwowy. Wszystko ozdobione dynamiczną akcją, lekkim humorem i sprawną narracją powoduje, że dostajemy kawał trzymającej tempo przygody. Dużym minusem okazuje się nadmierny pośpiech w niektórych momentach. Nie mamy okazji zżyć się z pobocznymi bohaterami, polubić ich czy nawet lepiej poznać, przez co większość późniejszych emocjonalnych fragmentów nie jest w stanie zrobić na nas odpowiedniego wrażenia. Wielka szkoda, bo mogliśmy dostać wyśmienitą pod każdym względem młodzieżówkę.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Do gwiazd
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autorzy: Brandon Sanderson
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Gatunek: SF, młodzieżowa
Data premiery: 08.04.2019

PRZEGLĄD RECENZJI
Nasza Ocena
8.5
KOREKTASylwester
Poprzedni artykułSurf, a nie dryf. Recenzja komiksu Fale
Następny artykułSzybcy i Wściekli: Winterfell Drift. Recenzja książki Krwawa Róża
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

Dodaj komentarz

avatar