Oszczeniła się w podziemiach – recenzja książki Dziewczyna wilkołaka

Dziewczyna wilkołaka

W tekście znajdują się dosłowne cytaty z książki, które mogą nie nadawać się dla osób niepełnoletnich!

Na Dziewczynę wilkołaka czaiłam się już dawno, bo bardzo lubię wyrabiać sobie zdanie na temat tekstów, które wzbudzają wszelakie kontrowersje. W tym przypadku mowa dodatkowo o selfpublishingu, co miało jeszcze bardziej dolać oliwy do ognia. Trudno określić, czy to lepiej niż vanity. Autorka zarzekała się, że wybrała samodzielną publikację nie ze względu na brak zainteresowania wydawców… ale na fakt, że zbyt dużo życzyli sobie za wydanie książki. Problem w tym, że tu na scenę wkracza wspomniane vanity, nie zaś regularne wydawnictwo, które przecież swojemu pisarzowi płaci!

Nie będę ukrywać, lektura była męczarnią. Zacznijmy od omówienia strony technicznej. Książka nigdy nie przeszła ani korekty, ani redakcji – nie uwzględniam tego, że te robił podobno mąż autorki – tekst nie został nawet połamany do druku. Wielokrotnie można natknąć się na błędy w postaci zmiany płci bohaterów, gdy np. mężczyzna zamiast „miałem”, mówi „miałam”. Licznie występują też wszelakie literówki, braki ogonków czy zjedzone literki. Nie zabrakło również błędów ortograficznych oraz problemów z pisownią łączną i rozłączną. W tekście nie użyto poprawnych cudzysłowów drukarskich, jakich używa się w polskiej literaturze. Nielicznie występują wcięcia akapitowe – brakuje ich przy początkach dialogów lub brakuje w ogóle. Często trzeba się więc zmagać ze ścianą tekstu, który został po prostu wyjustowany.

Zaczęłam odczuwać ogromne podniecenie, zaczęły je odczuwać również moje dziąsła. Czułam smak krwi w ustach. Jęczałam i kaleczyłam się kłami w język. Im bardziej czułam, tym bardziej moje ciało zmieniało się. Przemiana była nie do zatrzymania. Potęgowała moje doznania. Nie mogłam przestać szczytować. Byłam w jakimś transie orgazmu.

Jeśli już o dialogach wspomniałam: nie dość, że brak im wcięć akapitowych, wszystkie, jak leci, zapisane są od dywizu (pauzy lub półpauzy nie występują w całej powieści ani razu!). Poza tym sam zapis dialogów w książce jest zwyczajnie niepoprawny. Niezależnie czy mamy po wypowiedzianej kwestii czynność „mówioną” czy cokolwiek innego, nigdy nie występują w tych miejscach kropki czy rozróżnienie na wielkie/małe litery w zależności od zapotrzebowania. Ot, wszystko zapisane jest małymi literami (wyjątek: początek zdania oczywiście), bez kropek, pojawia się jedynie dywiz, a i to nie zawsze. Momentami dialog się urywa i wchodzi dalsza narracja, ale autorka w żaden sposób tego nie zaznacza. Co więcej, po wspomnianym dywizie zwykle nie ma spacji.

Nie ma jej też po wielokropkach (nieważne w jakim miejscu się znajdują). Często bywa, że wielokropki mają kropki dwie, a nawet cztery. Za to jeśli idzie o spacje w tekście ogólnie – trafiają się podwójne, być może nawet potrójne. W książce nie istnieje podział na rozdziały lub cokolwiek innego, co mogłoby jakoś podzielić narrację na poszczególne etapy. Czasem nieoczekiwanie zmieniają się punkty widzenia bohaterów oraz narracja z pierwszoosobowej na wszechwiedzącą. Wszystko jest jednym długim strumieniem świadomości. Jeśli chodzi o ogólną interpunkcję – jest tak sobie, ale zdecydowanie widać, że tekst nigdy nie przeszedł przez ręce korektora. Zdarzają się przecinki w niewłaściwych, niemalże losowych miejscach lub po prostu ich nie ma.

To była naprawdę bardzo intymna sytuacja, coś więcej niż tylko leżenie pod kocem. Czułam kolanem, jak moja bliskość działa na niego. Nagle oddech mu przyśpieszył, westchnął i wpił palce w łóżko. Udawałam, że już śpię, kiedy poczułam ciepło jego nasienia na swojej nodze. Wmasował je w moją skórę. Pogłaskał po włosach i mocno przytulił.

W myśl powiedzenia „nie oceniaj książki po okładce” trudno mi powiedzieć cokolwiek o samej grafice na przodzie okładki; napomnę jedynie, że zdecydowanie rozmija się z moim poczuciem estetyki. Z kolei powiedzieć mogę więcej o fontach, jakich użyto… oraz ich kolorach. Tekst w żółtym, neonowym odcieniu ciężko czyta się na ciemnoniebieskim tle, to pewne. Co do innych fontów… naprawdę, myślałam, że era Comic Sansa już dawno minęła, wszak font ten został nieraz wyśmiany. Ale jak widać – Internet zatoczył koło. Nie pierwszy zresztą raz.

Dziewczyna wilkołaka

Powieść pełna jest nawet nie błędów, a dziur logicznych. Przykładem może być moment, w którym bohaterce jest niedobrze, czuje się źle i chce wymiotować, ale jednocześnie mówi o tym, jak „było jej przyjemnie” oraz wspomina o odczuwanym podnieceniu i niemalże osiągnieciu orgazmu. Kilka zdań dalej pojawia się kwiatek (cytuję): „Wysunęłam buty z nóg”, co trudno wytłumaczyć jakąkolwiek literówką. Również językowo tekst jest niesamowicie ubogi. Zwyczajnie spisano go językiem potocznym, momentami nawet prostackim, włącznie z, bądź co bądź, zwykle pierwszoosobową narracją. Rażą ponadto wstawki typu „sex” oraz zapisywanie cen, liczb, dat czy czasu w postaci cyfr wszędzie, gdzie tylko się da.

W tekście podziela się również szkodliwe stereotypy o antydepresantach, które rzekomo wywołują halucynacje lub urojenia! Wiele osób z nieleczoną depresją wzbrania się przed leczeniem farmakologicznym, często z powodu mitów krążących wokół leków. Powielanie szkodliwych głupot zdecydowanie nie pomaga w przezwyciężeniu tego problemu.

Jego język podróżował po moim udzie, wprost do głębokiego tunelu, zalanego różowym strumieniem soków. Zanim zszedł do środka tej miłosnej kopalni, szukał skarbu w postaci łechtaczki, a kiedy go znalazł pocierał aż do bólu. W kilka sekund ogarnęła mnie fala orgazmu.

Zawiodą się również fani sarkazmu czy czarnego humoru. Tutaj humor jest… właściwie trudno mi to określić, bo stwierdzenie, że „szaletowy” lub „gimnazjalny” byłoby znacznym niedopowiedzeniem. W każdym razie możecie liczyć na teksty wyszczekanych gówniar w ustach dorosłej kobiety oraz uwagi typowych „sebiksów” spod bloków. Nic więcej. Przykładem może być uwaga Mileny, głównej bohaterki, na temat tego, że prostytutka żuje gumę… więc pewnie ćwiczy szczękę do seksu oralnego. Możecie się również spodziewać dużo nawiązywania oraz nieśmiesznych żartów o kopulacji, waginach, penisach oraz dochodzeniu.

W każdym razie Milena jest córką kobiety i wilkołaka. Żeby było jasne: wilkołak jej matkę zgwałcił, ta urodziła dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę. Chłopca jej odebrano, przez co oszalała. W efekcie zamknięto ją w szpitalu psychiatrycznym (PS mama Mileny nie starzeje się tak szybko jak inni ludzie, bo sperma wilkołaka i te sprawy). Milena wychowywana była przez Niemkę; po jej śmierci jedzie pisać książkę w miejscu, w którym się urodziła, blisko kompleksu Riese. Problem polega na tym, że po awarii samochodu wpada na dwóch braci, jak się później okazuje, wilkołaków (Milena o tym nie wie).

I teraz, drodzy czytelnicy, łączcie wątki, nie, nie będzie to spoiler (to znaczy będzie, ale to nieważne): Milena ma zaginionego brata. Wilkołaki wspominają o zaginionej siostrze. Tekst z blurbu mówi o poznanym wilkołaku, z którym Milena uprawia seks, a który później okazuje się jej rodziną, co wcale im nie przeszkadza. Koniec łączenia wątków.

W każdym razie bolączką tej książki jest to, że momentami robi z czytelnika debila. Autorka przedstawia nam bowiem mężczyznę, oczami bohaterki opisuje go jako prymitywa niewartego uwagi. Tak też się zresztą zachowuje, jest wulgarny, traktuje kobiety jak przedmioty, jeśli już otwiera usta, można mieć pewność, że będzie mówił o kopulacji lub męskich czy żeńskich narządach płciowych. Guess what, oczywiście, że Milena idzie z nim do łóżka, ba, nawet się w nim zakochuje. Wracając do łączenia wątków: nie uznałam tego za spoiler, bo już na początku powieści (i w blurbie!) tak łopatologicznie jest przedstawione powiązanie Mileny oraz Tomasza (tego wilkołaka), że tylko kamień by tego nie załapał. Ostatecznie rodzi mu szczeniaki… Poza tym matka Mileny, kiedy odwiedza ją córka i Tomasz, który niegdyś ją zgwałcił, w ogóle go nie poznaje i życzy parze szczęścia w związku.

-Zgwałcił cię? – zapytał Marcin z niedowierzaniem.

-Nie…Zrobił mi coś gorszego… – wyznałam.

-Milena, co może być gorszego od gwałtu?

-Zarażenie wilkołactwem wbrew woli…Zrobił to…zgwałcił moją krew…spuścił się do niej swoją!

Tak czy inaczej, mimo początkowej awersji, Mileny nie zraża nawet fakt, że Tomasz na jej oczach posuwa prostytutki i dochodzi, patrząc jej w oczy (przypominam, że bracia zaprosili ją do swojego domu, by mogła przenocować, ściągnęli tam również dwie prostytutki). Tam, gdzie normalna kobieta uciekałaby z wrzaskiem, Milena czuje się… oburzona zaistniałą sytuacją. Myśli nawet o wyjeździe (Tomasz i jego brat zaproponowali jej nocleg po tym, jak zepsuł się jej samochód), ale ostatecznie zostaje… Bo Tomasz, chociaż zna ją ledwie chwilę, usilnie ją o to prosi. A potem jednak decyduje się wynająć pokój, bo tak. Ach, warto wspomnieć, że wilkołaki muszą wyładowywać swoje napięcie seksualne, żeby nie dochodziło u nich do przemiany – stąd te wszystkie kurtyzany. Wynik nazistowskich eksperymentów sprawia bowiem, że nie działa na nie pełnia księżyca, ale emocje, więc seks jest jedyną drogą rozrzedzenia wszelkiego napięcia.

W powieści nie uświadczycie krzty fabuły. Wszystko kręci się wokół kopulacji, spuszczania się i nieśmiesznych żartów dotyczących wcześniej wymienionych lub dodatkowo narządów płciowych. Cała „akcja” polega na tym, że Milena jest niezdecydowana odnośnie tego, czy chce iść do łóżka z Tomaszem czy też nie. Przy czym wilkołak co chwilę przy niej/na nią dochodzi i generalnie jej to nie przeszkadza, bo jest seksoholiczką, więc to nieważne, że jest obcy. Gdzieś po drodze jest jeszcze tajemnicze podziemne miasto pełne hybryd, które stworzyli naziści (miały być superbronią na wojnie) oraz powtarzanie, że bohaterka przyjechała tam pisać książkę (zupełnym przypadkiem dotyczącą tego samego, o czym jest ta powieść).

Dziewczyna wilkołaka

Kolejną bolączką tej książki jest jej bohaterka. Nie wiem, jak w sposób niedotkliwy ją ocenić, ponieważ mam wszelkie obawy, by sądzić, że może być to alter ego autorki (i nie jestem w tym momencie złośliwa, nie bawię się również w próby psychoanalizy). Główna bohaterka o imieniu Milena jest bowiem pisarką i poetką oraz statystką w filmach/serialach. Jak sama bohaterka mówi o swojej powieści, którą ma zamiar napisać: „Akcja ma się toczyć tutaj w Górach Sowich, wokół kompleksu Riese. Planuję połączenie fantasy, przygody, horroru i erotyki”.

Uklękła przed nim, wyciągnęłam czerwoną szminkę i zaczęłam pisać. Potem podniosłam się przeciągle, ocierając się o jego nogę. A za pasek spodni wsunęłam mu swoją wizytówkę.

Bohaterowie są niesamowicie jednowymiarowi, zwyczajnie płascy. Praktycznie żaden nie posiada swojego idiolektu, jeśli nie liczyć Tomasza, któremu zdarza się kląć nieco częściej niż innym bohaterom. Nie wiadomo, kto jak wygląda – autorka serwuje bowiem jedynie opis Tomasza oraz wspomina, że jego brat, Marcin, jest otyły. Z kolei jeśli chodzi o główną bohaterkę, jest to typowa Mary Sue, określana przez wszystkich, włącznie z sobą samą, jako seksowna, piękna oraz inteligenta, bez żadnej skazy. Poza tym, bohaterowie generalnie przedstawieni są jako infantylni, mało inteligentni oraz prymitywni, chociaż zapewne autorka starała się osiągnąć odwrotny efekt. Ponadto zdają się być zawieszeni w swego rodzaju próżni – często nie wiadomo, co się dzieje, dziury w narracji sprawiają, że nie można zorientować się w czasie. Po krótkiej rozmowie wspomina się na przykład, że minęły już trzy godziny lub bohaterowie niemalże teleportują się w inne miejsca, a autorka nie informuje czytelnika nawet o fakcie, że przed momentem miała miejsce jakakolwiek podróż. Postaci nie mają w tej książce żadnych motywacji czy celów, ich istnienie jest podporządkowane tylko temu, by „efektownie” zginęły na kartach powieści lub uprawiały seks.

W tekście jest tyle głupot, że trudno zmieścić je tu wszystkie. Przykładem może być to, że Milena ma migrenę. Podobno bardzo długą i bolesną. A jednocześnie zachowuje się, jakby nic jej nie dolegało, rozmawia ze wszystkimi, jest nawet w stanie osiągnąć orgazm. Właściwie nie wiem, jak sensownie to skomentować. Tak samo osoba zakneblowana nadal potrafi bez problemu mówić zupełnie wyraźnie. Albo nikt na ulicach miasta nie zauważa, jak wilkołak do hotelowego pokoju wciąga wielkiego jelenia, którego chwilę wcześniej upolował (najwidoczniej gdzieś w środku miasta…).

Wie więcej niż mówi turystom. Pamiętaj, Tomasz nie jest taki, jakim się prezentuje na pierwszy rzut oka. To kamuflaż. Ma swoje problemy…kompleksy….ciężkie dzieciństwo…wiesz, jak jest…a facet musi być twardy…

Autorka sprowadza również gwałt do dobrowolnego, pożądanego wręcz aktu seksualnego, nawet erotycznej fantazji. W jednej chwili wspomina o gwałceniu językiem (przez wilkołaka oczywiście), oczywiście wszystko jej się podoba, a jakże, zaraz się rewanżuje, również oralnie. Myśli przy tym o tym, jak bardzo jest podniecona i jak bardzo chciałaby uprawiać ze wspomnianym wilkołakiem seks z pełną penetracją, ale gdyby tylko mu na to pozwoliła (cytuję): „Dobrze, że to były tylko moje myśli, że on ich nie słyszał, bo pewnie zgwałciłby mnie kilka razy w ciągu pięciu minut". W zasadzie można pokusić się o stwierdzenie, że słowo „gwałt” używane jest tam jako zamiennik dla słowa „seks”.

To książka promująca gwałt jako dobrą zabawę, podobnież kazirodztwo na linii ojciec-córka, a także brat-siostra oraz zoofilię. Ponadto są tam inne szkodliwe uwagi, choćby te wspomniane o antydepresantach czy powielające fałszywe stereotypy. Poza tym opisy seksu są obrzydliwe. O tego typu sprawach trzeba umieć pisać. Nie pociągnęły mnie opisy ślinotoków skojarzonych w tekście ze spermą i wypełnianiem kobiety. Tak samo przedstawione było picie krwi wilkołaka. Właściwie wszystko w tej powieści kręci się wokół wulgarnego, obrzydliwego seksu – nie uświadczycie tam nawet krzty fabuły ani dobrej erotyki. Jeśli miałabym to streścić w kilku zdaniach, to powiedziałabym, że książka jest o tym, jak to Milena, główna bohaterka, poznaje swojego ojca, wilkołaka, z którym bardzo chce uprawiać seks (chociaż na siłę robi z siebie niedostępną), zaś w opisach seksu jest głównie o tym, jak to Tomasz, w formie wilkołaka lub nie, co chwilę dochodzi na jakąś część ciała bohaterki, po czym wciera w nią swoją spermę. Oczywiście Milena nawet się po tym nie myje.

Dziewczyna wilkołaka

Należy również wspomnieć o tym, jak pani Izabela traktuje swoich potencjalnych czytelników oraz osoby ośmielające się wypowiedzieć choć słowo krytyki pod adresem jej dzieła. Nie zdecydowalibyśmy się o tym wspomnieć, gdyby nie fakt, że autorka wydała swoją książkę przez selfpublishing, dlatego też nie reprezentuje jej żadne wydawnictwo, a ona sama. W Internecie nic nie ginie i screeny z jakże gorliwych dyskusji na pewnych grupach facebookowych nadal można oglądać. Nie ukrywam, że jestem niemal w stu procentach pewna, że po tej recenzji również i ja stanę się obiektem ataków pani Izabeli oraz jej męża, ale ostatecznie z całą redakcją zdecydowaliśmy, że recenzja zostanie opublikowana w takiej, a nie innej formie, ponieważ nie mamy zamiaru przechodzić obojętnie obok książki przedstawiającej oraz promującej tak szkodliwe treści, które mogłyby dotrzeć nawet do młodych odbiorców. Wyrażamy jednak gorące nadzieje, że pani Izabela wiedziała, czego może się spodziewać, wysyłając nam książkę do recenzji i godnie przyjmie krytykę.

Przyjmowałam namiętnie każde jego wejście we mnie. Wyobrażałam sobie, że to Tomasz jest we mnie. Doszłam pierwsza. Wtedy wyciągnął ze mnie ten zielony ogóek i chyba przez chwilę pomyślał, że może wejdzie we mnie na moment wybuchu, ale kiedy tylko zbliżył główkę do otworu wytrysk staranował wejście do mojej groty i dobił się od dna pochwy.

Żeby nie być wyłącznie uszczypliwą: pani Izabelo, jestem pewna, że gdyby nie cała ta zupełnie niepotrzebna otoczka niesmacznych opisów seksu (a jeśli już to taktownie i ze smakiem!), gdyby skupiła się pani na samym wilkołactwie oraz tajemnicach kompleksu Riese, podziemnym mieście, a także na poprawieniu warsztatu, pani twórczość mogłaby być zdecydowanie lepsza. Miejscami widać bowiem momenty, gdzie istnieje szansa na oszlifowanie tego wszystkiego. Kolejną kwestią jest również aspekt korekty, redakcji oraz łamania tekstu – liczne błędy, literówki, dziury fabularne oraz logiczne, a ponadto niekończące się ściany tekstu sprawiają, że czyta się to gorzej niż niejeden tekst na blogu. Należy również popracować nad narracją oraz tym, kiedy i jakie wydarzenia mają miejsce – przykładowo mamy w tekście rozmowę na temat tego, czy Milena pozwoli się Tomaszowi gdzieś podwieźć, cały czas dryfujemy w kwestii tych rozważań, by kilka zdań później zostać poinformowanym, że właśnie wysiedli z samochodu.

Jedno jest pewne: ta książka nigdy nie powinna powstać. Nigdy nie powinna ukazać się drukiem. Skoro już ktokolwiek zdecydował się na napisanie czegoś tak (proszę mi wybaczyć, pani Izabelo, ale nie mam zamiaru owijać w bawełnę) obrzydliwego, to nigdy nie powinno to wyjść poza ramy niszowego bloga. Dużo mamy teraz możliwości wydawniczych, czy to regularne wydawnictwa, czy to vanity lub selfpublishing… W obecnych czasach każdy może wydać książkę.

Ale nie każdy powinien.

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy autorce.

Możesz kupować książki taniej, dzięki kuponom dostępnym na stronie Kuponiarnia.pl

Izabela "Deneve" Ryżek

Izabela "Deneve" Ryżek

Studiuję archeologię na UMK w Toruniu... a tak naprawdę mieszkam w Internecie, lubię koty, flejmy i (nie)śmieszne memy. Rekreacyjnie katuję się analizą słabych książek (ale ćśś, to przecież guilty pleasure!). Można mnie spotkać na koncertach, konwentach i imprezach naukowych. Trochę nie mam życia, a trochę je przegrywam – głównie w karcianki, planszówki, RPGi, a ostatnio również gry typu moba. Człowiek-siedem-nieszczęść. Psuję wszystko, co jest do zepsucia (głównie siebie), kolejna plaga egipska pewnie nosiłaby moje imię.
  • Pottero

    Mam wrażenie, że temu panu ta książka by się jednak bardzo spodobała.
    https://uploads.disquscdn.com/images/e0895546c9641f22ab297592b86177269b92b3258774335abd9aefef2714143b.jpg

    • Deneve

      Wiem, że z takich rzeczy nie powinno się żartować, ale tym razem w to nie wątpię…

    • Deneve

      Poprawka komentarza: wiem, że z takich rzeczy się nie żartuję, ale mam wrażenie, że mogłoby tak być faktycznie, że by się spodobało. 😐

  • Maja Córka Zegarmistrza

    wow, ślicznie, rzeczowo wypunktowane dlaczego to zła książka. Chyba będę odwiedzać to miejsce częściej, bo przy tego typu literaturze ciężko powściągnąć złośliwość (i nie zawsze warto!), a jednak autorce się udało, czego serdecznie gratuluję <3

    • Deneve

      Dziękuję! Dodam, że na trzeźwo!

  • Beata Wieczorek

    Już ze względu na koszmarną okładkę obeszłabym tę książkę wielkim łukiem. Nie wiem, jakim cudem to mogło podobać się autorce książki (chyba, że okładka jest również jej “dziełem” ). Ręce opadają na myśl, że takie “cuda” opuszczają drukarnie i oglądają światło dzienne.

    • Deneve

      Rysunek na okładce, jak podaje się w książce, wykonała Pani Joanna Małoszczyk. 🙂

      • Beata Wieczorek

        W tym przypadku powiedzenie “Nie ocenia się książki po okładce” nie ma racji bytu 😉 Ale gwoli ścisłości nie mam nic do autorki rysunku, który może się podobać, jeśli znajduje się w szkicowniku. Natomiast jako projekt graficzny okładki jest ostrzeżeniem: nie kupuj mnie – w środku nic lepszego nie znajdziesz! Zresztą słusznie, sądząc po powyższej recenzji 😉

        • Deneve

          Domyślam się, że autorka wybrała obraz wg swojego gustu lub grafika mogła zostać nawet wykonana na specjalne jej zamówienie. Kto wie. Ale fakt, nie sięgnęłabym po taką książkę, zawartość blurba też nie zachęca.

      • Agnieszka Nowicka

        To jest aż dziwne, bo wpisanie tego nazwiska w google wyrzuca całkiem udane martwe natury i zwierzątka w akwareli, wszystko o wiele wyższej jakości niż ta okładka.

        • Deneve

          Różnie bywa. Co do książki – wiesz, Pani Izabela pisze nawet nie najgorsze wiersze, więc tym bardziej nie spodziewałam się takiej bomby w tekście…

          • Agnieszka Żuchowska-Arendt

            Z tymi wierszami to też różnie. Rzuciłam okiem na pierwszy z brzegu wiersz, nim dotarłam do końca zasypały mnie metafory dopełniaczowe, mydlane opisy, wytarte porównania… A zamiast pointy, nadęta deklaracja (z metaforą dopełniaczową, a jakże):

            (…) a ja zbieram róże liści

            będę ślubować miłość

            do gór poezji siebie

            i troszeczkę ciebie

            drogi czytelniku

            tylko troszkę wszak

            jeszcze prawie się nie znamy.”

        • Owszem, internet pokazuje całkiem niezły warsztat, ale myślę, że mamy tutaj akruat do czynienia z przypadkiem, który nie radzi sobie bez dokładnej referencji czy modela. Okładka najpewniej była rysowana z wyobraźni, a nie każdemu niestety dobrze to wychodzi… 😉

          • To całkowita spekulacja z mojej strony, ale nie zdziwiłoby mnie gdyby autorka sama naszkicowała (o ile nie poinkowała) rysunek na okładce, a panią malarz wynajęła tylko do wstawienia koloru. Pani Izabela dumnie twierdzi, że jest Zosią Samosią, więc to całkiem niewykluczone, że miała swoją rękę w tej okładce (nie licząc liternictwa, które w oczywisty sposób jest jej własną amatorszczyzną).
            Ewentualnie, pani Bill jest typowym przykładem “Klientki z Piekła rodem” i wymagała od profesjonalnej artystki gotowego obrazu w godzinę lub przyjęła pierwszy, naprędce zrobiony orientacyjny szkic jako ostateczny projekt.

          • Agnieszka Nowicka

            Kiepsko tylko, że cokolwiek się nie zadziało, to teraz się będzie odbijać czkawką pani malarce, bo to jej nazwisko pod tym koszmarkiem wisi i nie da się odzobaczyć. Ktoś jest na tyle odważny, żeby bezpośrednio zapytać artystkę? Może ona w ogóle nie wie, że coś takiego poszło drukiem 😛

      • Agnieszka Żuchowska-Arendt

        Ale litery na tej płaskiej akwareli chyba wstawiono w paint.

  • Rico

    Stanowcze “nie” dla okładki. Jeszcze jak czytam Twoją recenzję, to dla książki też jest “nie”. Wiem że u mnie interpunkcja nie jest idealna, ale nie ma nic gorszego w książce niż jej brak.

    • Deneve

      Co innego komentarz w Internecie, a co innego książka, która przecież powinna przejść przez korektę oraz redakcję obowiązkowo. Rozumiem kilka literówek – wszak tekst sprawdzają tylko ludzie, więc te się zdarzają. Ale w tym wypadku cała książka jest do przepisania w zasadzie od zera, jeśli o takie kwestie chodzi.

  • Shun

    Te cytaty dają raka… ;___;

    • Deneve

      🙁

    • Szymas

      W tym przypadku nawet Zakład Medycyny Nuklearnej i Endokrynologii Onkologicznej nie pomogą

  • U von Pigeon

    Okropna ta książka… Najgorzej, że promuje i fetyszyzuje takie okropności, ciekawe, że zawsze jeśli “gwałt” to tylko dokonany przez tego przez, którego bohaterka chciałaby być “zgwałcona”

    • Deneve

      Niestety coraz więcej takich okropności wychodzi w książkach.

  • Wow. Jestem pod wrażeniem Twojej siły woli, ja nie byłabym w stanie przebrnąć przez to zło. Bardzo dobrze, że powstała ta recenzja, świat powinien wiedzieć o istnieniu tych wyprysków literatury i skutecznie je zwalczać. Ah, co to za czasy, kiedy każda chora fantazja ma szansę trafić do mas! :/ Kawał świetnej roboty, Den, działaj dalej!

    • Deneve

      Cóż, było ciężko. Nie sądziłam, że ktoś może uważać, ze coś takiego jest normalne, fajne i potrzebne. Naprawdę. Incesty dotychczas widziałam tylko w naprawdę poronionych fanfikach. 😐

      • hdrn

        No cóż. Pewien poroniony fanfic dostał własne wydanie, sprzedał się w milionach egzemplarzy i został zekranizowany.

  • Ksiazkomaniacy

    Ja…nawet nie wiem jak to skomentować, wybacz… 😀

    • Deneve

      Nikt Cię za to nie wini. 😀

  • Jedyne, co przychodzi mi na myśl to: ja pierdolę, co trzeba mieć w głowie, aby stworzyć coś takiego… 😀
    Nie wiem, czy bym przez to przebrnęła. To gorsze niż wysyłane mi przez przyjaciółkę cytaty z Nasze Kiedyś, a już tam… No tam było szczegółowo opisane, że bohaterka idzie siusiu albo 10 stron robienia loda facetowi… Ale i tak to co czytam tutaj to porażka większa niż NK 😀
    Nie dziwię ci się, że nie masz zamiaru na siłę szukać plusów. Mnie ciekawi tylko jedno – jak beznadziejnie pewna siebie musiała być autorka, aby to wydać? Czy ona nie pytała NIKOGO ze swoich znajomych czy naprawdę ma tak kłamliwych znajomych, że powiedzieli jej, że to się nadaje do publicznego druku? 😀

    • Deneve

      Na szczęście nie było długie. Gdybym miała przebrnąć przez 300 – 400 stron, pewnie bym spasowała. 😉 Nie szukałam plusów, bo ich po prostu nie ma. Autorka nie trzyma się żadnego wątku, wszystko jest napisane chaotycznie, niepoprawnie. Nie ma nawet jakiejś liniowej fabuły, tam raczej jest fab-buła, wszystko ze sobą pomieszane i niesmaczne. 😐

    • aleksandra

      wpadłam kiedyś na tę ‘autorkę’ i prześledziłam ją pobieżnie. jest niesamowicie pewna siebie 😀

  • Oj Matyldo, nawet nie wiem co napisać, tak ta recenzja jest porażająca. I jestem mocno rozczarowana, że wychodzą jeszcze takie powtworki. Żeby to jeszcze był ebook, a tu widzę, że książka (nie szkoda papieru?).

    • Libelo

      Selfpub, więc przynajmniej wychodzą za pieniądze autorki.

      • Ale nawet – nadal ebook byłby wystarczający. I ona by na tym skorzystała jak i czytelnicy 🙂 Choć no tak – papierowa książka wygląda prestiżowo.

  • Puhuhu. A ja jestem autorce tej powieści wdzięczny.
    Do tej pory zawsze myślałem że aby wydać powieść potrzebny jest dryg do pisania, odrobina talentu, szczypta wyobraźni i wiele wiele wytrwałości. O ile po pozycjach części youtuberów jeszcze się łudziłem, to teraz już wiem. Wystarczy odrobina pieniędzy, sporo buty i pieniactwa i byle grafoman może wydać swoje “powieści”. I tylko tych drzew, co oddały żywota żeby teraz stać się designerskim wkładem do kominka szkoda.

    • Deneve

      Gdyby autorka zdecydowała się na wydawnictwo typu vanity i dała im za to kasę, to ta imitacja książki byłaby przynajmniej połamana i przeszła jakąś tam korektę oraz redakcję. A tak? Ech, szkoda gadać. Ale tak, obecnie każdy może wydać książkę, jeśli ma trochę kasy. 🙁

      • Adam Kudelski

        Zawsze, odkąd wynaleziono pismo, każdy mógł wydać książkę, jeśli miał trochę kasy. Pozdrowienia od przyszłego pisarza, Pani Deneve!

  • Podziwiam, że przez to przeszłaś i jeszcze tyle napisałaś… ja bym chyba nie potrafił… cóż, chyba wszystko zostało już tu napisane…

    • Deneve

      Dzięki, łatwo nie było. Na szczęście “książka” też nie była długa. 🙂

  • Zdecydowanie najlepsza i rzeczowa recenzja, zgłębiająca najdalsze zakamarki literackie, jaką kiedykolwiek czytałam! Czapki z głów! 🙂

    • Deneve

      Bez przesady, na pewno dałoby się sporo poprawić. 😉 Ale dziękuję!

  • Okrutna jesteś 🙂 Na bank złamałaś karierę pani “pisarce”. Dawno nie bawiłam się tak dobrze czytając recenzję – dzięki!

    • Deneve

      Do usług! 😀

  • Ubawiłam się 😀

    • Deneve

      Cieszę się, że mogłam pomóc.

  • Pierwszy raz czytam recenzje do a do z… choć nawet same cytaty już świadczą o jakości tego “dzieła” 🙂

    • Deneve

      Miło mi wiedzieć, że zostałam tak wyróżniona. 😀

  • Jest 4:57. Noc. Jak ja tu trafiłam i co ja właśnie przeczytałam?! 😀
    Ta recenzja jest genialna. Guilty plasure czytać o takich “dziełach”. Mistrzowsko powplatałaś cytaty.
    Jest 4:59. Zostaję na tym blogu na dłużej! 🙂

  • Ojciec Pani Moniki

    Jestem ojcem Pani Izabeli i nie życzę sobie wyciągania na światło dzienne naszych prywatnych historii!

  • Pani Izabela

    Jestem Panią Izabelą i nie życzę sobie pisania książek!

  • Książka Pani Izabeli

    Jestem książką Pani Izabeli i nie życzę sobie, żeby mnie gdziekolwiek wysyłano!

  • ja… no nie… kolejny Grey?! polski Grey? Masakra 😀

  • Ja tylko pragne to cudo odkupic od kogokolwiek. Sieriozne propozycje poprosze!

    • Deneve

      Napisz do mnie na maila, deneve.den[at]gmail.com