Istota Zła

„Światowe wydarzenie literackie tego roku!”, „Autor, którego krytycy stawiają w jednym rzędzie z Kingiem, Lovecraftem, Deaverem i Jo Nesbø.”. Czytając takie hasła promocyjne nietrudno było się domyśleć, że książka szybko wyląduje na mojej półce. Z drugiej strony górnolotne opisy niosą ze sobą równie wysokie wymagania, zaś porównanie do twórcy serii o Harrym Hole tylko sprowokowało mnie do jeszcze bardziej wnikliwej oceny. Jak więc ostatecznie wypadła najnowsza opowieść D’Andrei? Dobrze, choć jest parę „ale”.

Fabuła Istoty Zła obraca się wokół Jeremiaha Salingera, młodego filmowca dokumentalisty. Razem z żoną i córką przenosi się on do Siebenhoch, malowniczej wioski usytuowanej w górach Tyrolu. Z miejsca odnajduje w mieścinie idealny temat na kolejną produkcję, serial o pracy ratowników górskich w Dolomitach. Niestety w trakcie realizacji dochodzi do tragedii, śmierć ponoszą wszyscy obecni w helikopterze ratunkowym. Jedynym ocalałym jest nasz główny bohater. Jak to w małych społecznościach bywa, szybko zostaje mu doczepiona łatka mordercy, a plotki za jego plecami ani myślą ucichnąć. Salinger dla oderwania myśli postanawia zainteresować się zamierzchłą już sprawą zabójstwa trójki ludzi w górach. Nie spodziewa się jednak, że w trakcie śledztwa obudzi dawno uśpione demony, zaś pozornie nieskazitelni mieszkańcy wioski odkryją przed nim swoje prawdziwe, znacznie bardziej upiorne twarze.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w trakcie lektury Istoty Zła to niecodzienne miejsce akcji. Śnieżne Siebenhoch raczej nie znalazłoby się wysoko na liście najczęściej wybieranych lokacji w thrillerach. Ma jednak swój niepowtarzalny klimat, a autorowi należą się gratulacje za wyśmienite opisanie górskiej krainy. Skute lodem wzgórza i pokryte białą warstwą szczyty przedstawione przez D’Andreę tworzą przepiękny, realistyczny obraz, który z pewnością na długo zapadnie Wam w pamięci. Szczególnie zachwyceni mogą być fani twórczości Stephena Kinga, zwłaszcza, że autor jest do niego porównywany. Małe miasteczko, zwarta, zamknięta społeczność oraz człowiek spoza kręgu szybko przerywający spokój i wyciągający publicznie brudy – przedstawione tło do złudzenia przypomina chociażby wysoko oceniane Pod Kopułą. Jeżeli dobrze bawiliście się w Chester’s Mill to również w Siebenhoch poczujecie się jak w domu.

Najważniejsze w thrillerze nie są jednak ładne widoki, a sposób narracji i tempo prowadzenia akcji. Śledztwo w Istocie Zła pozornie nie poraża dynamiką, bohater rozmawia kolejno z mieszkańcami, łącząc ze sobą poznane fakty. W tym momencie pojawia się jednak pierwszy zarzut, jaki mogę postawić książce. Zaczytując się w powieściach, między innymi Tess Gerritsen i Jo Nesbø, zdążyłem wyrobić sobie pewne zdanie, jeśli chodzi o przepis na dobry dreszczowiec. Według mnie autor powinien umiejętnie ujawniać kolejne szczegóły dotyczące zbrodni i jednocześnie utrzymywać czytelnika w przekonaniu, że rozwiązanie leży tuż obok, tylko trzeba zwrócić uwagę na detale. D’Andrea natomiast stosuje dość dziwny schemat, który jednorazowo potrafi podnieść ciśnienie, lecz na dłuższą metę męczy. Wygląda to następująco: Salinger poznaje nowy fakt w sprawie, bez namysłu wskazuje winnego, zaraz potem odkrywa, że jednak się pomylił i znowu zaczyna poszukiwania od zera. Napięcie – zamiast stale rosnąć aż do osiągnięcia punktu kulminacyjnego – porusza się niczym kolejka w wesołym miasteczku, z góry na dół.

Zarzut ten na szczęście nie psuje ogólnego odbioru książki jako kryminału. Ludzie, z którymi nasz bohater wchodzi w interakcje, cechują się rozbudowanymi osobowościami i licznymi(mniej lub bardziej widocznymi) obliczami. Spokojny, troskliwy szeryf okazuje się człowiekiem szaleńczo poświęconym tajemnicy górskiej zbrodni, zaś pełen wigoru teść Jeremiacha trzyma głęboko w sercu mroczną, niewyjawioną od wielu lat tajemnicę. Łatwo można uwierzyć, że osoby poznane w Istocie Zła mogłyby istnieć naprawdę i wieść życie identyczne do tego, o którym mogliśmy przeczytać w fikcyjnej przecież historii.

Ostatni akapit warto poświęcić finalnemu aktowi każdego thrillera, czyli rozwiązaniu zagadki. Jest to aspekt potrafiący zepsuć najlepszą fabułę lub uratować tę najgorszą. Tu niestety mam drugi, ale za to zamykający zastawienie zarzut. Wytłumaczenie zbrodni moim zdaniem po prostu nie ma sensu. Nie chcąc zdradzać zbyt wiele z treści powiem tylko, że o ile Salinger swoje oskarżenia kierował bazując na pojedynczej poszlace, tak ostatecznie wskazując zabójcę łączy ze sobą poznane wcześniej, całkowicie niezwiązane ze sobą wątki, ale również dorzucając takie, które dopiero poznamy. Efektem tego bałaganu jest zakończenie –zarówno niewiarygodne, jak i pozostawiające po sobie bardziej niesmak niż szok.

Skrytykowałem dwa najważniejsze elementy każdego thrillera. Dlaczego więc wystawiam Istocie Zła tak wysoką ocenę? Ponieważ, mimo że błędy raziły po oczach, to ostatecznie bawiłem się przy niej całkiem dobrze. Nie dostałem trzymającego w napięciu śledztwa ani rozwiązania, na widok którego krzyknąłbym „Cholera, rzeczywiście!”. W zamian za to otrzymałem książkę wciągającą swoim klimatem mroźnego miasteczka z nieufnymi wobec obcych ludźmi, ciekawymi postaciami i grozą drzemiącą w tle. Dlatego ostatecznie polecam każdemu zapoznanie się z tą pozycją i wyrobienie sobie własnego zdania. Może znajdzie się ktoś, komu taki sposób prowadzenia akcji przypadnie do gustu? Jeśli tak, czekam na odpowiednią informację w komentarzach.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękujemy wydawnictwu W.A.B.

Dodaj komentarz

avatar