Po dwóch solowych recenzjach przychodzi pora na podsumowanie – zbiorowe. Ok, w duecie. Kisiel jest zaawansowanym fanem Gołkowskiego, Fushi neofitką, razem daje to w miarę zróżnicowane spojrzenie na Kant.

Fushikoma:

Zanim zaczniemy rozmawiać o trzecim tomie, powiedz, co myślisz o poprzednich. Ja mogę podsumować swoje wrażenia tak: pierwszy jest bombastyczny, ale trochę mało w nim emocji, nie do końca się wczułam. Drugi to mój ulubiony – zachwycający, wzruszający, pokazujący Zeka w całej okazałości. Takiego Gołkowskiego chciałabym więcej.

Kisiel:

Mój pierwszy kontakt z Komornikiem był dość spontaniczny. Śledząc fanpage Gołkowskiego (bo lubię gościa za książki o Zonie) natknąłem się na informacje o premierze, która miała się odbyć w jednej z warszawskich księgarni. Udałem się tam i… świetnie bawiłem. Na tyle dobrze, że chwyciłem za świeży tom z przygodami nieznanego mi jeszcze bohatera, rzuciłem złotem i ustawiłem się w kolejce po autograf. Po powrocie do domu od razu zabrałem się za czytanie. Dwa dni później, gdy odłożyłem już przeczytaną pozycję na półkę, zacząłem odliczać dni do premiery kolejnej części. Musiało to w końcu nastąpić, bo Michał G. to pisarz niezwykle płodny. Na spotkaniu podczas jesiennych Warszawskich Targów Fantastyki sam stwierdził zresztą, że ma już kilka książek na zapas (zarówno na papierze, jak i w głowie).
Wracając do tematu… Jedynka mnie zauroczyła, wciągnąłem się w to interesujące uniwersum i… przepadłem. Czekałem z niecierpliwością na dalsze losy Zeka. W końcu nastał czas na tom drugi, i “Bóg wiedział, że to będzie dobre”. Rewers bombarduje czytelnika nie tylko ludzkim mięsem, ale, tak jak mówisz, emocjami. Przyznaję bez bicia, że i dla mnie to najlepsza część trylogii. Z kolei Kant… jest po prostu inny: nadal brutalny, nadal pełen niekonwencjonalnych rozwiązań, ale…inny. Może to przez tempo akcji? Może przez końcówkę?

Fushikoma:

Nie czytałam innych książek Gołkowskiego oprócz Komornika, ale miałam okazję wysłuchać dwóch wykładów na Poznańskich Dniach Fantastyki i dostrzegam pewien wzór. Ten autor najpierw zarzuca odbiorcę mnóstwem zadziwiających, przesadzonych obrazków, masz wrażenie, że jest jakimś wcielonym Wykopem. Potem robi woltę i udowadnia ci, że ten pokaz slajdów miał głęboki sens, mówi coś o ludziach, ich umysłowości i emocjonalności. Wreszcie na koniec wyciąga coś z zupełnie innej beczki, niby poważnego, ale już bez większej filozofii. Albo co najmniej ze zmianą jednej metafory na zupełnie inną. W Kancie wygląda to tak, że po pierwsze znika motyw przewodni Rewersu: Maryam i jej dziecko. Ma to sens, ale zmiana jest jednak radykalna.

Kisiel:

W kwestii spotkań autorskich z Gołkowskim… Wszystkie wspominam miło i to właśnie ze względu na istny miszmasz, dzięki któremu nie jest nudno. Gołkowski potrafi umiejętnie przechodzić z tematów poważnych do tych wręcz jajcarskich i tak jak zauważyłaś – ma to sens i trzyma się kupy. Utrzymuje kontakt z ludźmi, cierpliwie odpowiada nawet na najbardziej po****ne pytania. To się chwali!

Nigdy nie zapomnę eventu z okazji premiery Konigsberga z serii Stalowe szczury. Kameralna sala w Cytadeli Warszawskiej, klimatyczna muzyka nawiązująca do czasów, w których rozgrywa się akcja książki, lampki szampana, czarująca prowadząca oraz… kilka osób poprzebieranych w stroje z minionej epoki. M.G. dzięki wzorowej prezentacji poprowadził wszystkich obecnych po ulicach ówczesnego Królewca, poopowiadał niesamowite rzeczy dotyczące historii miasta – to było coś niesamowitego. Istna podróż w czasie…

Dobra, wracamy do Komornika… Gdy tylko pojawiła się Maryam, byłem pewien, że Autor zrobi z nią coś (hehe), co zaskoczy wszystkich. No i mu się udało. Potem jeden motyw zgrabnie zastąpił drugi i Zek przeistoczył się z opiekuna w “wojownika szos”. Czy widzisz tu pewne nawiązanie do innego tworu popkultury?

Fushikoma:

Kant straszliwie mi się kojarzy z postapo w typie Mad Max 2 – jeden bohater kombinuje, jak zebrać bandę ludzi w sprawną ekipę i zmienić świat wykorzystując resztki benzyny. Do tego dodano jeszcze sporo wizualnych cytatów z Diablo, ze Spartakusa, może nawet z Demona ruchu Grabińskiego… Dość wybuchowa mieszanka. A przy tym Gołkowski wywraca te cytaty do góry nogami, dręczy czytelnika jak G. R. R. Martin, bo wszystko jest ciągle inaczej, niż się spodziewa.
I kradnie! A raczej cytuje popkulturę na potęgę, na czele z Poradnikiem uśmiechu.

Kisiel:

Nawet nie wiesz, jak kocham takie igranie z emocjami czytelnika! To coś, co sprawia, że po pierwszej dziwnej akcji czytasz książkę już z przyspieszonym pulsem i trwogą w oczach. Uwielbiam ten stan!

Jest też coś innego, co uwielbiam w stylu Gołkowskiego. To szczegółowe opisy lokacji. Oczywiście M.G. nie podaje nazw wprost, ale dzięki zawartym wskazówkom czytelnicy sami mogą je odkryć. W Kancie mamy scenę przejazdu drezyną przez miasto (celowo nie wymieniam, jakie). Pojawia się porównanie pewnego budynku do korony cierniowej. Jakież to piękne i zarazem symboliczne! Nie wiem, czy było to przypadkowe, czy celowe zagranie Autora, ale no… niby parę słów, a jaka magia w nich drzemie.
Kant to również plejada postaci drugoplanowych: fanatyków, aniołów, demonów oraz innych mitycznych istot, ze sfinksem na czele. To mieszanka iście wybuchowa w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Fushikoma:

Oj tak, wszystkie te twarde chłopaki, czasem faktycznie waleczne, kiedy indziej raczej nadęte. Na tyle wszechmocne, że potrzebują Zeka i innych do realizacji swoich wszechświatowych planów.
W Kancie nareszcie wszyscy tworzą jeśli nie drużynę, to sensowną zbieraninę istot, których relacje z Komornikiem rozumiemy. Przyzwyczailiśmy się też do niebiańskich zastępów żywych trupów, rozkosznych główek plujących ogniem i innych koszmarków rodem ze Starego Testamentu, w trzecim tomie dajemy radę przewidywać ich ruchy, jakbyśmy sami nabrali doświadczenia w Apokalipsie.
Jeśli chodzi o bohaterów tła, absolutnie uwielbiam panteon świętych, których spotyka Zek. W Kancie powraca gadatliwy Zygmunt z Hermy, będzie sporo magika od komorniczego oręża, pojawi się odludek Hieronim i jego mroczny ogar, ale najcudniejszy ze wszystkich jest chyba Juda Tadeusz od spraw beznadziejnych, a z nim przychodnia cudów i ozdrowień.
Spróbujmy jeszcze pogadać o samym zakończeniu, ale bez spojlerów. Nie masz wrażenia, że jest w nim coś w rodzaju metody Grzędowicza? Zbudować fascynujący, dotykalny świat pełen żywych bohaterów i zakończyć książkę jednym krótkim mykiem…

Kisiel:

Tu mnie zagięłaś, bo z Grzędowiczem jeszcze nie miałem do czynienia, ale chwytając kontent… zgadzam się! Ów myk przedstawiony wręcz teatralnie, był dla mnie czymś… pięknym i osobistym. Mam nawet swoją interpretację na temat całej historii. Może spiszę ją kiedyś na ścianie w jakiejś jaskini i pozostawię dla potomnych.
A teraz pozwolę sobie podsumować całość… Trylogia Komornika ma mocne i słabsze strony, ale tym, czego nie można jej odmówić, jest oryginalność, rzeź (lubię to!) i… mocne zakończenie. To cykl z gatunku “jeszcze tylko 10 stron i idę spać…a taki c**j!”.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Komornik. Kant
Data premiery: 6 listopada 2017
Autor: Michał Gołkowski
Gatunek: postapo, fantasy

Dodaj komentarz

avatar