cover

„Pewnego dnia będziesz wystarczająco dorosła, by znów czytać baśnie” – takie podparcie się w formie motta autorytetem C.S. Lewisa u każdego miłośnika klasycznych form opowieści powinno wzbudzić zainteresowanie. Tak też było w moim przypadku, gdy rozpoczynałem lekturę pierwszej części cyklu Kraina opowieści, zatytułowanej Zaklęcie życzeń. Jej autor, Chris Colfer, gwiazda serialu Glee, od czasu pisarskiego debiutu w 2012 r., który stanowi wymieniona powieść, ostatecznie zamknął 6-tomową serię w 2017 r. Na polski rynek trafia zatem z bezlitosnym dla statusu bestsellera opóźnieniem, ale przecież materia, o jakiej traktuje, jest ponadczasowa. Przynajmniej w pierwotnej formie. A po obróbce dokonanej przez młodzieżowego (onegdaj) idola?

Bohaterami Krainy opowieści są bliźniaki – Alex (rezolutna, schludna, zdyscyplinowana prymuska) i Conner (wycofany, fajtłapowaty śpioch i mimowolny kontestator jakkolwiek pojętego porządku). Łączy ich ból po stracie ojca i trudności z odnalezieniem się w wynikłej zeń nowej sytuacji, na którą składają się ciągła nieobecność matki (praca na dwie zmiany w szpitalu), przeprowadzka do wynajętego mieszkania i konieczność sprzedania domu, z którym wiązały się wspomnienia szczęśliwego dzieciństwa. Tej raptownie wyblakłej codzienności w dniu 12 urodzin nieco koloru dodaje wizyta rzadko oglądanej, uwielbianej babci i prezent, jakim jest stara, rodzinna relikwia – książka z bajkami zatytułowana Kraina opowieści. I jak się pewno domyślacie, o, Wy, baśniowi i metatekstowi wyjadacze, teraz wszystko się zmieni… Przysłowiowe drzwi do krainy wyobraźni, jak ogółem zwykło się określać czytelnicze doznania, otworzą się naprawdę. Tylko czy z korzyścią dla baśni?

bcover

Nie chcę rozpisywać się w streszczeniu perypetii, bazujących na pomnikowych dla świata baśni postaciach. Dość powiedzieć, że to, co proponuje Colfer (jako debiutujący autor, pamiętajmy, 22latek), odpowiada mniej więcej zabiegom, które na dużym ekranie zaowocowały takimi produkcjami jak Królewna Śnieżka i Łowca (2012 r.) czy Czarownica (2014 r.). Czyli: alternatywne rozwinięcie historii, wzbogacenie tła o nowe wątki, psychologiczne wycieczki w życiorysy ikonicznych bohaterów, rozmycie czarno-białej palety barw, jaką posługuje się baśń dla określenia intencji. Mniej więcej, bo książka adresowana jest jednak, wedle informacji na okładce, do dzieci w wieku +8, choć w mojej opinii to nie tym raczej należy tłumaczyć jej psychoterapeutyczny poziom, mający więcej wspólnego z polukrowaną teen dramą niż kryterium „cudowności i pożyteczności” odczytanym przez Bettelheima w latach 70. XX wieku. Czym zatem?

Autor skokietował mnie na wstępie wspomnianym cytatem i słowami, które włożył w usta nauczycielki w klasie bliźniaków przy okazji lekcji dotyczącej analizy baśni, kiedy to szacowna strażniczka rzeczonej części dziedzictwa kulturowego mówi o nim: „niektóre dzieci znają dziś baśnie jedynie w wersji dokumentnie wypaczonej przez wytwórnie filmowe. Te tak zwane «adaptacje» są zwykle odarte z wszelkich morałów i lekcji, jakie opowieść pierwotnie miała przekazać”. Niestety sam dość szybko w moim odczuciu popada w skrytykowaną wcześniej manierę, każąc czytelnikowi (mam na względzie małoletniość docelowego) śledzić prequele i sequele żywotów, którym baśniowa formuła zapewniała zdawkowo acz wyczerpująco długość i szczęśliwość. Colfer w zamian obdarowuje szczodrze Kopciuszka, Śnieżkę, Śpiącą Królewnę, Czerwonego Kapturka, Roszpunkę, Małą Syrenkę i Złotowłosą (w zależności od zaproponowanej wersji wydarzeń) problemami współczesnej młodzieży, młodych małżeństw i niepełnych rodzin w bezpiecznym, często ckliwym wydaniu. I daje przy tym szansę na ujawnienie traumy kluczowej dla powieści antagonistki, czyli Złej Królowej, macochy Śnieżki. Koniec z czarnymi charakterami! Niech żyją łaciate!

mapa

Tym, co gubi koncepcję takich aktualizacji i zapożyczeń, które w dobie postmodernizmu już od dawna nie są niczym oryginalnym, jest, według mnie, naiwność rozwiązań tej, zdawałoby się, awanturniczej fabuły i brak dystansu autora względem swojego, hmm, dzieła. Rozemocjonowany Colfer zapędza się w oklepane gagi i schematy, psychologizuje, czy właściwie dydaktyzuje i dramatyzuje, na zubożoną (właśnie przez owo rozdmuchanie) disneyowską modłę. Dodatkowo różuje niektóre postaci (Czerwony Kapturek, wróżka Trix) pensjonarskim erotyzmem i zdaje się nieodłącznie ekscytować własną pomysłowością i prawością, którą wyraża pośrednio poprzez decyzje zastępu postaci zwerbowanych do swojej krucjaty o przywrócenie baśni należnej jej pozycji. Wstrzymaj rumaka, rycerzu i ostudź zapały.

Oceniając praktyki Colfera trudno byłoby go jednak nazwać szlachetnym, błędnym rycerzem. Przeciwnie – zdaje się preferować drogę na przełaj, niż oddawać się obligującemu do owego miana trybowi przypadkowych przygód. Dotyczy to zarówno intrygi jak i świata, w którym ją osadza. Wpierw niefrasobliwie mami czytelnika imponującą rozległością całej krainy (przy okazji: stałymi epitetami, jakimi załatwia się z krajobrazem, są „lesisty” i „rozległy”), by nagle stwierdzić, że do przebycia obszaru między granicami królestw wystarczy kilka godzin. Dzięki tej sztuczce udaje mu się w trybie wycieczkowym przeprowadzić nas w ślad za bohaterami przez całą zaprezentowaną na wyklejkach okładki mapę. Chociaż przepraszam – zdarza mu się też błądzić. Dajmy na to przy okazji tekstu pamiętnika, z którego korzysta rodzeństwo celem odnalezienia składników niezbędnych do aktywowania zaklęcia, mającego pomóc im w powrocie do domu. Oprócz zagadki, nad którą głowią się bohaterowie, zawiera on też wprost dotyczące jej odpowiedzi, co nie przeszkadza Alex i Connerowi w samodzielnym ich rozwikływaniu. Może to wynik osławionego w dzisiejszych czasach braku zdolności czytania ze zrozumieniem?

cytat

 

Zżymam się na miałkość Krainy Opowieści nie z powodu uprzedzeń do literatury młodzieżowej czy dziecięcej. Nie widzę w niej również konkurenta dla kanonicznych już, datowanych na czas po przełomowym Harrym Potterze serii, wykazujących bliski i oryginalny zarazem związek z formułą klasycznej baśni, by wspomnieć choćby Baśniobór Brandona Mulla czy cykl o Camonii Waltera Moersa. Książka Colfera, czy też bardziej fakt dokonanego już rozpisania zaprezentowanych w niej wątków na kolejnych 5 tomów, uruchomił mój tryb samoobrony wobec literatury, której nawet miłe mi wszak pojęcie „czytadła” nie zdołało objąć, za to bijącej w oczy imponującym, międzynarodowym orderem „bestsellera”. Chris Colfer na pewno będzie go bronił w iście rycerskim stylu. Ja wycofuję się z turnieju przy wtórze kokosowej symulacji tętentu końskich kopyt. Wolę poczytać dzieciom (i sobie) prawdziwe baśnie.

Ale wstrzymam jeszcze odjazd, by zapytać tłumaczki – cóż za niecny podszept kazał jej uświęcone zarówno tradycją baśniową jak i translatorską miano „krasnoluda” (dwarf) zamienić na „karła”?

Wydawnictwu Młodzieżówka dziękuję za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń
Wydawnictwo: Młodzieżówka
Autor: Chris Colfer
Typ: Książka dla dzieci
Gatunek: Fantasy
Data premiery: 3.10.2018 r.
Liczba stron: 452

PRZEGLĄD RECENZJI
NASZA OCENA
3.7
KOREKTADeneve
Poprzedni artykułRecenzja gry planszowej Orlean
Następny artykułBieda-punk w sosie słodko-kwaśnym. Recenzja pierwszego sezonu serialu 1983
Łukasz
Dzieciństwo spędziłem przy komiksach TM-Semic, konsoli Pegasus i arcade’owych bijatykach. Od kilkudziesięciu lat sukcesywnie podnoszę stopień czytelniczego wtajemniczenia, nie obierając przy tym szczególnej specjalizacji. Fascynują mnie mity, folklor, omen, symbole – wszystko, co tworzy panoptyczny rdzeń ludzkiej wyobraźni. Estetycznie i duchowo czuję się związany z modernizmem, ale dzięki dzieciom i znajomym udaje mi się utrzymywać niezbędny poziom cywilizacyjnej ogłady. Nałogowo wizytuję antykwariaty książkowe i sklepowe działy słodyczy. Piszę też dla wortalu i czasopisma Ryms.

Dodaj komentarz

avatar