Olga Gromyko cieszy się u nas sporą sympatią. Czytelnicy od czasu do czasu narzekają na słabą dostępność jej książek (zwłaszcza starszych), za to każdą nową witają z radością i otwartymi ramionami. Naczelną wiedźmą bestiarium Gromyko jest sarkastyczna wiedźma W. Redna – ale tym razem usłyszycie nie o niej. Co więcej, ton niektórych opowiadań z Kronik jest w zasadzie smutny i melancholijny – dzieją się w Belorii z trudem podnoszącej się z wyniszczającej wojny pomiędzy ludźmi i wampirami. Całość nie jest powiązana (może oprócz ostatniego opowiadania) z historią Wolhy, za to stanowi dla niej barwne szerokie tło – wobec czego szósty tom cyklu można czytać jako ostatni (zgodnie z datą wydania) albo jako wprowadzenie do całości.

Czy mag bojowy potrafi zająć się niemowlęciem? W dodatku wyjątkowo głośnym i niebędącym człowiekiem? Jak wiele taki epizod może zmienić w czyimś życiu lub losach świata? Co wydarzy się, jeśli w poświęconej ziemi pochować psa – i dlaczego to wypaczenie może sprowadzić młodego mnicha na drogę występku? Wreszcie, jak prowadzić śledztwo w szkole magów, mając do dyspozycji jedną wilkołaczkę i (także jedną) surową wykładowczynię? A to nawet nie połowa Kronik!

Gromyko nie byłaby sobą, gdyby nawet w powojennych opowiadaniach nie pośmiała się trochę z ludzkich głupotek, nie pokazała bohaterek mających znaczny dystans do siebie i innych. Znajdziecie tu także magiczne stworzenia o bardzo sarkastycznych umysłach. Z opowiadania na opowiadanie oddalamy się od czasów wielkiej wojny, żeby przejść aż do lat dostatku, pokoju i magicznych turniejów. Oraz stosunkowo bezkrwawych przewrotów. Wszystko zostało opisane charakterystycznym dla całej serii ironicznym, nieco uszczypliwym tonem.

Kroniki Belorskie to leciutka lektura na lato lub dowolną inną porę odpoczynku. Opowiadania są krótkie, mają eleganckie pointy, wywołują uśmiech. Bohaterki Gromyko są wygadane, twarde i reprezentują feminizm rodem z lat 90. – wypełniają z powodzeniem męskie role, miewają rodziny, ale przyjaciółek już nie. I to chyba mój największy problem z tymi miniaturami – dziewczyny po prostu nie potrafią ze sobą rozmawiać. Ani o chłopakach (właściwie się nie zdarza, test Behdel prawie zdany), ani o wspólnych przedsięwzięciach. Troszkę mi podczas czytania brakowało koleżankowania się. Zwłaszcza że stworzone przez pisarkę postaci są pełne życia, sympatyczne w zaczepno-obronny sposób i z powodzeniem mogłyby się dogadywać.

Czytać czy nie? Jeśli lubicie Olgę Gromyko, to jak najbardziej. Jeśli jeszcze jej nie znacie, ale kochacie Joannę Chmielewską – w Kronikach odkryjecie jej reinkarnację w gatunku fantasy. Nie wszystkie opowiadania są równie dobre, jedno z dłuższych straszliwie mnie znudziło, niektóre krótkie wydają się rozwiniętą wersją dowcipów – ale książkę czyta się przyjemnie. Jak widzicie, nie mam o niej zbyt dużo do powiedzenia… Jeśli chodzi o materiał do refleksji, najwięcej daje go ostatni rozdział będący ilustracją tezy, że rodzina powinna trzymać się razem, bo pokona wtedy każdą gadzinę. Powiem zaczepnie, że możecie sobie Kroniki postawić obok recenzowanego przeze mnie ostatnio Karpie bijem – i te książki trochę będą się próbowały skopać, ale tylko po to, żeby skończyć razem na piwie w jakiejś karczmie.

Dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc za egzemplarz recenzencki książki.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Kroniki Belorskie
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Autor: Olga Gromyko
Tłumaczenie: Marina Makarevskaya
Typ: Książka
Gatunek: fantasy, humor
Data premiery: lipiec 2019

Dodaj komentarz

avatar