mysiacover

Ostatnimi czasy, przy okazji recenzowania Broma, pozwoliłem sobie na wstępniak dotyczący wzmożonej eksploracji motywów czerpiących z mitologii i demonologii słowiańskiej w rodzimej popkulturze. Poza oczywistymi zasługami, które na tym polu poczynił międzynarodowy już dziś bohater, czyli Geralt z Rivii, inspiracje dotyczące sposobu, w jaki można zaadaptować współcześnie słowiański folklor, płyną szerokim strumieniem z USA, kraju, gdzie mitologie Starego Kontynentu doznają od lat specyficznego liftingu. Nie omijają ich trendy ani konteksty socjologiczne, we współczesnym kostiumie przechadzają się pomiędzy produktami stechnicyzowanej cywilizacji i jej użytkownikami, agitując na rzecz historii i mitu, wspólnych ludziom wszystkich czasów.

Taką popularyzatorską metodę zastosował z sukcesem m.in. Rick Riordan, autor cyklu skierowanych do młodzieży powieści o Percym Jacksonie czy Magnusie Chasie, czerpiących odpowiednio z uniwersum mitologii greckiej i nordyckiej. I to jego dokonania stały się wzorem dla polskich autorek, Agnieszki Fulińskiej (czytelnicy książek Riordana powiążą od razu to nazwisko z przekładami powieści tegoż na język polski) i Aleksandry Klęczar, do czego obie panie otwarcie się przyznają. W dobie promocji opartej na włączaniu produktu w krąg jakości zakreślony przez uznaną markę nie jest to niczym dziwnym, ale czy oznacza to, że Mysia Wieża, opublikowana jako 1. tom cyklu Dzieci Dwóch Światów (plan wydawniczy obejmuje łącznie 6 części), jest generycznym klonem na polskich podzespołach? I tak, i nie, odpowiem z interpretacyjną otwartością, typową dla słów dowolnej wyroczni i mieszkańców Rouen. Argumentów częściowo dostarczy już samo streszczenie.

Podczas wakacji w okolicach Gopła spotyka się para 12-latków – Igor i Hanka. Łączą ich historyczne, słowianofilskie ciągoty rodziców (ojciec Igora – archeolog, matka Hanki – etnolog), zbliżony poziom odszczepieństwa w rówieśniczym środowisku (Igor zaczytuje się średniowiecznymi kronikami i wysławia oraz zachowuje w odpowiednio archaiczny dla swojego hobby sposób; Hanka, mimo geologicznego bzika, prezentuje się raczej jak współczesna wersja Jagienki z Krzyżaków – krzepka chłopczyca, upokorzona faktem odsunięcia jej ze szkolnej kadry piłkarskiej z racji płci) i fakt dorastania w półsieroctwie (ojciec Hanki zginął w kopalni, tożsamości matki Igora strzeże nieugięcie tato chłopca). Różni zaś temperament, stopień zaznajomienia z bieżącym modelem świata i warunki fizyczne, które – jak wcześniej czy później przekonują się wszyscy bohaterowie powieści przygodowych – mogą okazać się przydatne w sytuacjach, gdzie sprawność kończyn przynosi więcej korzyści od logicznej analizy nadchodzącego zdarzenia. Wspólne myszkowanie bohaterów pośród nieujętych na liście kujawskich atrakcji turystycznych ruin wieży owocuje serią spotkań z reprezentantami minionych dziejów, wyjaśnieniem starosłowiańskiej zagadki kryminalnej związanej z osobą osławionego Popiela i wynikającym z niej zagrożeniem, dotyczącym już jak najbardziej aktualnych perspektyw słowiańszczyzny (jeżeli nie całego świata), zagrożeniem, którego oddalenie jest zależne m.in. od właściwej interpretacji wieszczb wyrzuconych w hip-hopowej nawijce przez młodocianego guślarza.

mysia1

Nastoletni, wykraczający ponad pewne normy bohaterowie wciągnięci w zakorzenioną w mitologicznych aluzjach intrygę – tak, to trop odsyłający bezpośrednio do Riordana, ale przecież nie tylko do niego. Równie dobrze mogliby to być C. S. Lewis, Brandon Mull czy Dorota Terakowska. Schemat opowieści jest znany i czytelny. Podobnie z celem, jakim jest popularyzacja wiedzy na temat historii, folkloru, literatury. Ale to jednak nie całkiem Riordan. Dobrze to czy źle?

Różnice dotyczą tego, o czym też już napomknąłem przy okazji Broma. Wynikający z pozostawionego przez antyk kształtu mitologicznego uniwersum epicki rozmach konfliktu charakteryzujący poszczególne misje Percy’ego Jacksona, na słowiańskim gruncie traci hollywoodzką dynamikę na rzecz spokojniejszej, bardziej detektywistycznej w charakterze narracji. Świat rodzimych wierzeń i legend nie dobija się do rzeczywistości z impetem, wobec którego bohater jawi się nam jako obrońca udzielający taranowanej bramie wsparcia własnych ramion (co mu się też finalnie udaje), lecz przenika doń bardziej niepostrzeżenie, pozostaje w stałej więzi, niby odsunięty, uśpiony, ale gotowy do nawiązania kontaktu. Nie trzeba odpierać szarży Minotaura, a pertraktować z przebiegłym domowym lichem.

Od obfitujących w narastające zagrożenia perypetii więcej miejsca zajmują opisy działań nie do końca udolnych interpretatorów wieszczby i wynikających z tego pomyłek, co pozwala traktować parę bohaterów z przymrużeniem oka. Uwydatnia to sama narracja, której autorki naprzemiennie udzielają Hance bądź Igorowi, co samo w sobie jest praktycznym i ciekawym rozwiązaniem kwestii pisania wespół w zespół. Ta podwójna perspektywa wykorzystuje typowe komiczne kontrasty, uwiarygadniając przy tym bohaterów jako dwójkę dzieciaków różniących się w samym podejściu do rozwijających się przygód. I to działa całkiem nieźle.

mysia2

Bo i z całej książki przebija co rusz fachowy, zaangażowany i zarazem autoironiczny stosunek autorek do materii, w którą zdecydowały się ubrać plan akcji, a na którą składają się znane i bliskie im dziedziny – archeologia, historia, literatura. Od początku, gdzie demitologizacji ulega popularny wizerunek pracy badacza przeszłości, przez postać kuzyna Hanki, Leszka, będącą bezlitosnym komentarzem do istniejących również współcześnie panslawistycznych ruchów, aż do samej uświęconej przez romantyczną tradycję instytucji wieszcza i dopuszczanej w przypływie improwizacji wątpliwej jakości rymów. Dostajemy w pakiecie historyczne uściślenia, przegląd kuriozalnych teorii dotyczących słowiańskiej dominacji, wyraźne tropy prowadzące do balladowego i ludowego matecznika romantycznej wyobraźni, zaklęte gryzonie oraz czarodziejskie zwierzchnictwo Mistrza Twardowskiego z księżycowej bazy. Ponadto poutykane dowcipnie aluzje do klasycznych dzieł grozy o wszelkich ożywieńcach i łupieżcach umysłów, a wspomnienia doczekał się i szczur z Sumatry (hehe!). Ale to już klucz raczej dostępny dla czytelnika starszego niż docelowy, prawda, drogie Panie? Niemniej doceniam.

Doceniam również generalnie, głównie z powodów, dla których Mysia Wieża różni się od książek Riordana: rozleglejszy kontekst źródłowy, oszczędniejsze stopniowanie tajemnicy, bliski związek z rodzimym folklorem i jego wcześniejszymi literackimi opracowaniami, większa płaszczyzna obyczajowa. Debiutanckiej powieści duetu Fulińska – Klęczar bardziej jest tutaj po drodze z klasyczną polską powieścią przygodową dla młodzieży, firmowaną przez Niziurskiego czy Bahdaja. Czy docenią to i dzisiejsi rówieśnicy bohaterów?

Otwarcie cyklu zawiera oczywiście zapowiedź dalszej działalności przypadkowo zawiązanej grupy, zwłaszcza że w finale do Hanki i Igora dołącza szkolna koleżanka chłopca, Alina, której rodzina zdradza wielopokoleniowe wiedźmowe tradycje, a i nie wszystkie elementarne żywioły doczekały się reprezentantów. Jak będzie wyglądać Szkoła Młodych Talentów Mistrza Twardowskiego? I na ile będzie w stanie rywalizować z tak renomowanymi uczelniami jak Hogwart? Zobaczymy. Niech tylko autorki nie zasypiają gruszek z Popielem, eee, w popiele.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Mysia Wieża. Tom I serii Dzieci Dwóch Światów
Wydawnictwo: Galeria Książki
Autor: Agnieszka Fulińska, Aleksandra Klęczar
Typ: Książka dla młodzieży
Gatunek: Fantasy
Data premiery: 03.04.2019 r.
Liczba stron: 456

Dodaj komentarz

avatar