Wieża

Wszystko zaczęło się tak, jak to u mnie niezwykle często bywa – od okładki. Grafika skojarzyła mi się ze znaną i bardzo przeze mnie lubianą serią gier Dragon Age, co zdecydowanie wynika z jej biało-czerwonej kolorystyki i faktu, że pewne szczegóły skierowały mój mózg na bardzo pokrętną drogę porównań i zaskakujących wniosków. Dopiero później zaintrygował mnie opis fabuły, obiecujący intrygi, walki i klimat rodem z powieści o Trzech Muszkieterach, którą darzę sympatią już od dawna. Nie oczekiwałam od Ostrza zdrajcy zbyt wiele, miało po prostu sprawić, że wczuję się w realia przedstawionego świata, polubię głównych bohaterów i zechcę wrócić do ich przygód, gdy pojawią się w Polsce kolejne tomy cyklu Sebastiena de Castellego.

Ze spełnieniem pierwszego wymogu nie było trudno. Tristia to kraj pogrążony w wewnętrznym chaosie – lokalni możnowładcy robią na swoich ziemiach co chcą, uciskając poddanych i wyzyskując ich na wiele sposobów. Kiedy na tronie zasiada młody i pełen ideałów król, wiadomo, że nie przeżyje na tyle długo, by cieszyć się efektami wprowadzonych przez siebie reform. Udaje mu się jednak przywrócić do życia Wielkie Płaszcze – legendarnych wędrownych trybunów, których celem było wymierzanie sprawiedliwości w całym królestwie. Po tym, jak możnowładcy buntują się, a głowa władcy zostaje nabita na włócznię, elitarna jednostka zostaje rozwiązana, a wszyscy jej członkowie uznani za zdrajców. Z pewnych powodów nie zostają straceni, jednak od tej pory ich życie zmienia się drastycznie – teraz są zwykłymi mieczami do wynajęcia, wyposażonymi w lepszy płaszcz i porządną broń. Nic więc dziwnego, że wielu ze stu czterdziestu czterech Wielkich Płaszczy kończy jako zbóje grasujący po traktach.

Okazało się to ciekawym tłem dla całej historii, którą rozpoczynamy w momencie, gdy trzech Wielkich Płaszczy: Pierwszy Kantor Falcio Val Mond, Kest i Brasti zaciąga się jako ochrona pewnego kupca, który jednak dość szybko ginie. Oczywiście cała wina spada na nich, zmuszeni są więc do salwowania się ucieczką, w efekcie której trafiają do karawany pewnej damy. Rozpoczyna to ciąg kłopotów, którym muszą stawić czoła. Wartka akcja zgrabnie przepleciona jest kilkoma retrospekcjami, mającymi dostarczyć czytelnikowi jeszcze więcej informacji o tym, co kieruje Falciem oraz jak przeszłość wpłynęła na jego postrzeganie świata. To między innymi z nich czytelnik dowiaduje się, że król przed śmiercią zlecił każdemu z Wielkich Płaszczy wykonanie pewnego niezwykle ważnego zadania, a poznana przez nas trójka bohaterów wydaje się jedynymi z trybunów, którzy jeszcze starają się wypełnić ostatni rozkaz monarchy.

Wieża

Postacie da się polubić, wymagają jednak odrobiny czasu i kredytu zaufania, by zaprezentować się w sposób wystarczający do wzbudzenia cieplejszych uczuć. Wynika to w dużej mierze z tego, że jest to pierwszy tom cyklu, siłą rzeczy skupia się również na zbudowaniu ram świata, w którym osadzona jest akcja, na czym cierpi kreacja bohaterów. Zwłaszcza Brasti i Kest zepchnięci są na drugi plan i w gruncie rzeczy niewiele o nich wiemy, trudno się jednak temu dziwić – głównym narratorem i protagonistą jest Falcio. To z jego perspektywy postrzegamy świat, to jego kroki i myśli śledzimy w trakcie lektury. Nie jest to szczyt marzeń czytelnika takiego jak ja, który chciałby wiedzieć jak najwięcej i jak najszybciej, nie zniechęciło mnie to jednak do lektury – w Polsce nie pojawił się jeszcze cały cykl, więc niewykluczone, że w kolejnych tomach mocniejszy akcent zostanie położony na innych bohaterów.

Okazuje się zatem, że książka spełniła dwa z trzech postawionych przeze mnie wymagań: spodobał mi się świat i polubiłam bohatera (na razie moim faworytem jest Falcio, o reszcie wiem jeszcze za mało, by się zadeklarować z uczuciami). Co zatem z trzecim warunkiem? Czy udało się sprawić, że wciągnę się w opowiadaną historię na tyle mocno, że z chęcią sięgnę po pozostałe tomy cyklu? No cóż, zdecydowanie tak! Ostrze zdrajcy buduje całkiem solidne podwaliny pod dobrą serię, bardzo zgrabnie korzysta ze znanych i sprawdzonych schematów, jednocześnie dorzucając do nich coś od siebie. Pojawi się zatem i odrobina magii, która jednak posłuży głównie do zawiązania intrygi, nie zabraknie też silnych postaci kobiecych, które zdecydowanie wykraczają poza schemat „damy w opałach” i wezmą los w swoje ręce.

Powieść niewątpliwie ma jednak pewne niedociągnięcia. Po lekturze pierwszego tomu trudno jest jednak jednoznacznie orzec, czy są to braki warsztatowe autora, który postanowił zastosować pewne rozwiązania, bo zależało mu na osiągnięciu określonego efektu, czy jednak są to zabiegi celowe, a ich wyjaśnienie znajdziemy w kolejnych częściach serii. Chodzi głównie o pewne dziwne zbiegi okoliczności, których jest odrobinę zbyt wiele, by mogły okazać się przypadkowe, przez co momentami wywołują pełne niedowierzania prychnięcie. Nie ukrywam, że liczę też na to, że w przyszłości dowiem się nieco więcej na temat pewnej tajemniczej postaci, często okazującej wsparcie Wielkim Płaszczom, jej ingerencje potrafią bowiem odwrócić pewne sytuacje o sto osiemdziesiąt stopni. Niewątpliwie jednak moment, w którym zostawił nas autor na końcu pierwszego tomu sprawia, że z niecierpliwością czekam na kolejne.

Dziękujemy Wydawnictwu Insignis za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Szczegóły:

Tytuł: Ostrze zdrajcy
Wydawnictwo: Insignis
Autor: Sebastien de Castell
Typ: Książka
Gatunek: fantasy
Data premiery: 24.05.2017
Liczba stron: 420
ISBN: 978-83-65315-99-1

PRZEGLĄD RECENZJI
NASZA OCENA
6.5
Poprzedni artykułArchitektura winy – recenzja komiksu House of Penance
Następny artykułW odwiedzinach u starych znajomych – recenzja komiksu Dragon Age: Knight Errant
Martyna „Idris” Halbiniak
Nie lubię pisać o sobie. Naprawdę. Zdecydowanie lepszym tematem są książki i filmy, więc właśnie tym na blogu zajmuję się najchętniej. Prywatnie zaś jestem studentką prawa i psychokryminalistyki z solidną zajawką na kryminały (hej, umysł psychopaty jest fascynujący!), fantastykę, konwenty i całą masę rzeczy, które niekoniecznie wpisują się w schemat. Lubię podejmować wyzwania – w tym roku zatem staram się znaleźć chwilę na jeden film dziennie i książkę tygodniowo – w końcu, tak naprawdę, doba jest z gumy, a sen jest świetnym substytutem kawy dla ludzi, którzy mają nadmiar wolnego czasu.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o