Jest coś niesamowicie beztroskiego, radosnego i ekscytującego w poszukiwaniu jajka należącego do podstarzałego ekscentryka… chwila, to nie zabrzmiało zbyt dobrze… jeszcze raz. Jest coś niesamowicie beztroskiego, radosnego i ekscytującego w poszukiwanie starannie ukrytych easter eggów. Teraz lepiej.

Coraz popularniejsza intertekstualność wpycha bohaterom w usta słowa znane z innych filmów, pozwala bezkarnie śmiać się z konkurencji i bawi widza gościnnym udziałem jawnie niepasujących elementów. Twórcy nieustannie puszczają oczko do bardziej spostrzegawczych odbiorców, sprawdzają ich wiedzę oraz tworzą niedostępne dla każdego relacje. Oferują grę w chowanego i podchody, dzięki którym popkultura jest jeszcze cudowniejsza. Zazwyczaj jest to jedynie słodki dodatek do większej całości. Deser przygotowany dla najaktywniejszych. Zdarzają się jednak teksty przenoszące zabawę z nawiązaniami na znacznie wyższy szczebel. Steven Spielberg zeszłorocznym Ready Player One przyćmił wszystkie moje dotychczasowe Gwiazdki, oferując wielki test wiedzy o popkulturze, w którym obecność easter eggów stała się daniem głównym. Dlatego gdy w końcu sięgnąłem po książkę Ernesta Cline, w oparciu o którą pracował reżyser, moment ten wyglądał jak kulminacyjna scena z Ostatniej Krucjaty.

W niedalekiej przyszłości Ziemię dotyka poważny kryzys energetyczny. Zaraz za nim dziarskim krokiem nadszedł ten ekonomiczny, całkiem nokautując kolejne pokolenie. Brak pracy, pieniędzy, własnego miejsca na świecie i perspektyw zamienia życie w smutną egzystencję. Biedne społeczności stłoczone w wielkich, złożonych z przyczep kempingowych konstrukcjach wiodą wyżęty z emocji żywot z dnia na dzień. „Jutro” bowiem nie reprezentuje sobą najmniejszej nawet wartości. Młodzi ludzie nie wiedzą, co stracili oraz co mogliby zyskać. Zawieszeni w próżni, pozbawieni nadziei i powodów do walki, prezentują sobą niezwykle smutny obrazek. Jedyną ucieczką dla złamanego pokolenia „straconych milionów” jest OASIS. System wirtualnej rzeczywistości, dający graczom niemal nieograniczone możliwości. Wystarczy gdzieś się zaszyć, naładować akumulator, włożyć gogle i dać nura do jednego z milionów niezwykłych światów, a smutnej szarej codzienności przekazać serdecznie pozdrowienia. Nawet ta ucieczka może zostać im jednak odebrana. Twórca gry umiera, a w swoim testamencie ogłasza wielkie poszukiwania. Ten, kto odnajdzie trzy klucze i ukryte jajo zyska pełnię praw do OASIS. Dla korporacji lubujących się w natarczywych reklamach i kontach premium jest to łakomy kąsek. W tym czasie gracze przecierają itemy i wyciągają potiony ze spiżarni. W końcu mają o co walczyć i to w wojnie, w której liczy się spryt, przenikliwość i miłość do popkultury.

Zanim jednak dojdzie do zaciętych starć i prężenia swoich artefaktów przez obie strony poznajmy Wade’a. Chłopak jest książkowym przedstawicielem gatunku, który współczesną nazwę zyskał od swojego środowiska naturalnego. Złośliwcy powiedzieliby o nim „piwniczniak” (po latach przekuliśmy określenie „geek” w coś, co można nosić z dumą). Całe swoje życie spędza przed ekranem laptopa lub w wirtualnej rzeczywistości. Wszelkie punkty umiejętności zainwestował w wiedzę na temat popkultury. Zna dokładną dyskografię zespołów grających w latach 80., z pamięci cytuje dialogi z większości sitcomów i filmów z tego okresu i wie, że japoński Spider-Man miał wielkiego robota. Sprawność fizyczną ograniczył do zdolności manualnych i sprawnego posługiwania się joystickiem… Oczywiście wszystko to kosztem interakcji społecznych. Jednak po co mu one, skoro wymienił swoje życie na życie awatara w OASIS. Brzmi jak ktoś, z kim złapalibyśmy wspólny język?

Ku dość sporemu zaskoczeniu, książka prezentująca się niczym spis powszechny popkulturowych cudowności rozwija się niezwykle powoli. Na samym początku utknęliśmy z bohaterem w startowej lokacji. W kieszeni ma za mało kredytów, by podróżować i badać zakątki odległej galaktyki – niczym odcięty od karty rodziców dzieciak w grze „pay to win”. Otrzymujemy więc niezwykle długi wstęp pełen wyjaśnień i szczegółowej prezentacji świata przedstawionego. W iście pamiętnikarskiej konwencji usta Wade’owi się nie zamykają i raczy nas szczegółami ze swojego życia. Jest trochę jak ten nielubiany samouczek stojący nam na drodze do rozpoczęcia właściwej przygody. Chociaż chcielibyśmy przeskoczyć dalej, mamy okazję poczuć się jak nasz smutny bohater. Wszelkie słodycze są poza jego zasięgiem, ale wgapianie się w sklepową wystawę i tak jest lepsze niż powrót do brudnej przyczepy kempingowej.

W końcu akcja zaczyna się coraz bardziej rozkręcać, a Player One zamienia się w Podręcznik dla zaawansowanych geeków, czyli co powinieneś wiedzieć, by być mocno pokręconym fanem. Tak naprawdę mamy do czynienia z wielką listą ciekawostek, informacji i czasem dość nieoczywistych tytułów, które warto znać. To właśnie wokół całej tej wiedzy kręci się (w przeciwieństwie do filmu) cały konkurs Hallidaya. Cline miesza ze sobą najbardziej klasyczne elementy, dorzucając do nich te mniej znane, niszowe czy zapomniane. W wielu momentach wszystkie intensywnie się na siebie nakładają, tworząc popkulturowy miszmasz tak bardzo podobny do niejednej listy „to read. to watch”. Japońskie potwory, gry tekstowe, Blade Runner i Take On Me lecące w tle — wszystko to wygląda jak wizyta w głowie rasowego geeka, tyle tylko, że…

Autor wyraźnie ma problem ze znalezieniem właściwych narzędzi potrzebnych do zabawy wszystkimi popkulturowymi symbolami. Brakuje błyskotliwości i humoru w puszczaniu oczka do czytelnika. Całym kolorowym asortymentem bawi się sam autor, a nam pozwala co najwyżej popatrzeć. W książce w zasadzie easter eggi się nie pojawiają. Odkodowane i podawane na twardo są niemal natychmiast, odbierając nam zabawę w poszukiwacza i spychając do roli biernego odbiorcy. Efektem jest bohater nieustannie przechwalający się swoją wiedzą i oczytaniem oraz czytelnik, który niczym młodszy brat może oglądać rozrywkę znad ramienia tego starszego.

Player One zaraz po powolnym wstępie jest w stanie zaoferować całkiem sporo akcji i przyzwoitej zabawy. Gdy historia w końcu zaczyna wkraczać na właściwe tory, ciężko się oderwać. Książka z łatwością powinna trafić do początkujących i średnio zaawansowanych miłośników popkultury, by stać się dla nich kompendium ciekawostek i (całkiem możliwe) przewodnikiem po jeszcze nieodkrytych rejonach. Może być również testem na zawartość geeka w geeku. Gorzką pastylką jest natomiast brak możliwości wykazania się własną wiedzą i uruchomienia zmysłu poszukiwacza przygód. To trochę jakby po obejrzeniu Indiany Jonesa chwycić za książkę do historii. Z całą pewnością dobrze nam to zrobi, ale o hasaniu po katakumbach możemy zapomnieć.

Szczegóły:

Tytuł: Player One
Wydawnictwo: Feeria
Typ: powieść
Gatunek: sci-fi
Data premiery: 2018
Autor: Ernest Cline
Tłumaczenie: Dariusz Ćwiklak

PRZEGLĄD RECENZJI
Nasza Ocena
7.5
KOREKTALilavati
Poprzedni artykułNiższy pułap. Recenzja komiksu Batman: Mroczne Zwycięstwo
Następny artykułSamogon w świetle księżyca. Recenzja komiksu Księżycówka tom 1
Wojciech Bryk
Student dziennikarstwa, który ma w sobie Zagubionego Chłopca. Uwielbia intertekstualność, easter eggi, zabawy skojarzeniami, popkulturowymi tropami oraz wszelkie dwuznaczności. W wolnych chwilach rozmyśla, co stało się z baśniowymi postaciami, oraz regularnie dokarmia rosnącego w nim geeka. Z radością wsiąka w fantastykę każdego rodzaju. Nieustannie pragnie odkrywać nowe rzeczy i dzielić się znaleziskami z innymi... a jeżeli przy tym wywoła u kogoś uśmiech, będzie całkiem spełniony. Stara się dorosnąć do prowadzenia własnego bloga. O horrorach pisze na portalu Mortal, a o popkulturze dla #kulturalnie.

Dodaj komentarz

avatar