Pył ziemi

Raz na jakiś czas zdarza się, że odezwie się we mnie chęć eksploracji kosmosu, odkrywania nieznanego i zajrzenia w przyszłość naszego gatunku i planety. To właśnie w takich chwilach sięgam po science fiction, pozwalające mi chociaż na moment wejść w skórę przyszłych pokoleń, dla których podróż w bezkresnej próżni nie jest niczym nadzwyczajnym, czy stawić czoła problemom i wyzwaniom nadchodzących czasów. Właśnie dlatego moją uwagę przykuła najnowsza powieść Rafała Cichowskiego. Miałam nadzieję, że Pył ziemi okaże się idealnym remedium na moją tęsknotę za dobrą fantastyką naukową.

Jest XXIV wiek, przeludniona i ograbiona z niemal wszystkich zasobów Ziemia jest na ostatniej prostej na drodze ku zagładzie. W przestrzeń kosmiczną zostaje wysłany Yggdrasil – statek pokoleniowy, który ma zapewnić przetrwanie naszemu gatunkowi. Jednak, ponad siedemset lat później, okazuje się, że i jemu grozi niebezpieczeństwo, a pomóc w uniknięciu zagrożenia mogą informacje znajdujące się na porzuconej planecie. W Bibliotece Snów – miejscu, gdzie zapisane są wszystkie wspomnienia ludzkości. Misja zdobycia potrzebnych danych zostaje powierzona dwójce technologicznie podrasowanych Ziemian. Lilo i Rez muszą stawić czoła wielu przeciwnościom, zanim uda im się dotrzeć do celu podróży.

Pył ziemi nie jest typową powieścią science fiction – czerpie z wielu gatunków literackich. W efekcie dostajemy mieszankę zaawansowanej technologii, absurdu, wiktoriańskich klimatów, elementów westernu i gotyckiego mroku. Taka różnorodność składników może sprawdzić się w bigosie, jednak w wypadku powieści rodzi ryzyko wprowadzenia niepotrzebnego chaosu i zamieszania, i tak, niestety, jest w tym wypadku. Okazuje się bowiem, że całość przypomina patchworkową kołdrę, zszytą nie tylko z pstrokatych i niedopasowanych fragmentów, ale też za pomocą grubych nici. W efekcie całość nie do końca ze sobą współgra.

Opowieść zaś zaczyna się niedługo przed lądowaniem dwójki bohaterów na naszej planecie, która, ku ich zdziwieniu, wcale nie jest bezludną, jałową przestrzenią, wyeksploatowaną do cna przez zamieszkujących ją kiedyś ludzi. Niemal natychmiast dowiadujemy się też, jak zaawansowaną technologią dysponują wysłannicy statku kosmicznego: zdolność niemal natychmiastowego przyswojenia miejscowego języka oraz nanotechnologia lecząca obrażenia i choroby to tylko wierzchołek góry lodowej. Wszystko to sprawia, że właściwie niemożliwe jest uwierzenie, że bohaterom grozi jakiekolwiek niebezpieczeństwo, co już na wstępie sprawia, że nie jestem w stanie przejąć się ich losem i z niepokojem śledzić poczynań postaci.

Narracja prowadzona jest pierwszoosobowo, z perspektywy Reza – to jego oczami poznajemy otaczający bohaterów świat i kolejne postacie. Trudno powiedzieć żeby powieść z tego powodu ucierpiała, pozostawia jednak pewien niedosyt i ciekawość tego, jak to samo otoczenie postrzega jego towarzyszka. Tym bardziej, że naprawdę jest na co reagować – prymitywne plemiona żyjące na uboczu, wiktoriańska kopia Londynu oraz zaawansowane technologicznie miasto, w którym obywatele za pomocą głosowania decydują o tym, jaka następnego dnia będzie pogoda. Do tego barwne postacie, okazujące się jednak przerysowane, przez co trudno jest znaleźć chociaż jedną budzącą sympatię.

Nie zabraknie również intryg wiążących wszystkie te z pozoru odległe i różne od siebie miejsca oraz osoby. Problem w tym, że niektóre z tych wątków potraktowane zostały po macoszemu, a ich ilość spokojnie starczyłaby na zapełnienie jeszcze jednej książki. Strasznie żałuję, że motyw zabójstw w Londynie nie został lepiej rozbudowany (naprawdę widziałam w nim potencjał!). Ostatecznie sprawił wrażenie wprowadzonego tylko po to, by zaraz zamieść go pod dywan i udawać, że nic się nie wydarzyło. Przyznaję jednak, że główny twist fabularny okazał się strzałem w dziesiątkę i zrobił na mnie naprawdę pozytywne wrażenie.

Pył ziemi nie jest pozycją tragiczną, i nie wątpię, że znajdzie swoich wielbicieli – nietuzinkowa próba połączenia kilku gatunków i mieszania konwencji niejednemu przypadnie do gustu. Jednak dla mnie powieść cierpi na klęskę urodzaju – jest w niej za dużo wątków, które siłą rzeczy cierpią, upchnięte na nieco ponad trzystu stronach. W efekcie Pył czytało mi się ciężko, momentami zaś przebrnięcie przez kolejne rozdziały przypominało próbę brodzenia w czymś gęstym i lepkim, co nie pozwalało mi zrobić kolejnego kroku.

ZOBACZ W SKLEPACH

Szczegóły:

Tytuł: Pył ziemi
Wydawnictwo: SQN
Autor: Rafał Cichowski
Typ: Książka
Gatunek: science fiction
Data premiery: 29.03.2017
Liczba stron: 320
ISBN: 978-83-7924-781-3

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Katrina Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Katrina
Gość

Taaak, ja przez nią “nie umiałam przebrnąć” przez ten chaos i tonę wątków właśnie ;/ Brakuje jej sporo, by można było mówić o niej jako o dobrej lekturze.