Włosy w nieładzie, okulary na nosie, liczba znajomych raczej niska, życie towarzyskie prawie całkowicie martwe oraz wzbudzające niesmak rówieśników zainteresowania. Z całą pewnością nie są to atrybuty potężnego superbohatera. Takie cechy to klasyczny zestaw potencjalnego nastoletniego Wybrańca, któremu pisane jest przechylić szalę w decydującym starciu Dobra ze Złem.

Tytus Grójecki to taki polski Harry Potter i Percy Jackson. Do pełni nieszczęścia brakuje mu jedynie klitki pod schodami i przynajmniej częściowego sieroctwa. Chłopak, jak przystało na literacki topos, ma niewielu znajomych, w szkole raczej nie cieszy się sympatią, a rodzice w dość chłodny sposób okazują mu swoje zainteresowanie, a raczej jego totalny brak. Jest miłośnikiem literatury Stephena Kinga, uwielbia filmowe horrory i nie potrafi rozmawiać z dziewczynami. Z sentymentu aż mi się łezka w oku zakręciła. Zbliżające się wakacje mają być natomiast ostatnim pociągnięciem pędzla na obrazie jego niedoli. Podczas gdy dwójka jego kumpli rozjedzie się na zagraniczne wycieczki, a rodzice będą sączyć tequilę podczas wyprawy do Meksyku, Tytus spędzi cały miesiąc w obozie pracy prowadzonym przez swoich nad wyraz aktywnych fizycznie dziadków. Dla kogoś o szczątkowej kondycji i niewielkiej koordynacji ruchowej wyjazd taki mógłby okazać się śmiertelnie niebezpieczny… I tak się składa, że tym razem sporo w tym racji. Tyle że powód potencjalnego zgonu może znacznie odbiegać od oczekiwań. Tuż przed wyjazdem chłopak znajduje na forum dla miłośników teorii spiskowych i niezidentyfikowanych obiektów latających informacje o miasteczku widmo znajdującym się niedaleko domu dziadków. Los uśmiecha się od chłopaka i odsiadka w przymusowym obozie karnym zamienia się w materiał na pełną niebezpieczeństw wakacyjną przygodę.

Zmorojewo Żulczyka niemal w całości wykonane jest z klasycznych motywów młodzieżowej literatury fantasy. Głównym bohaterem jest całkowicie przeciętny dzieciak wypchnięty na margines szkolnego społeczeństwa, z którym z łatwością może utożsamić się niemal każdy z nas. W trakcie swej wakacyjnej przygody na łonie natury zawiąże nowe przyjaźnie (w tym jedną z mocno starszym mentorem), odkryje prawdę na temat swojej rodziny, bardzo blisko otrze się o miłość swojego życia, a w CV będzie mógł wpisać sobie tytuł Wybrańca. Świat i przygody Tytusa również składają się ze znajomych elementów. Mamy tutaj podróż do innej krainy zamieszkałej przez pstrokate istoty, zupełnie jak w Alicji w Krainie Czarów, dokładnie jak w Niekończącej się opowieści przewija się kwestia siły wiary w magię decydującej o przetrwaniu lub unicestwieniu. Znajdzie się też ponadczasowa walka Dobra ze Złem (i to takich pisanych wielką literą) oraz Moc również zapisywana stosownie do swoje majestatyczności. Magiczny świat dopełniają nawiązania do baśni i legend. Po Zmorojewie wałęsa się przybita i małomówna Świtezianka, a kilka artefaktów od Pana Twardowskiego wymaga odnalezienia, zebrania i związania… bądź rozdzielania. To już zależy od strony konfliktu. Najczarniejszym z charakterów jest natomiast tajemniczy i potężny Leszy. Całą mieszankę ozdabia natomiast klimat wakacyjnej przygody wymieszany z równie młodzieżowym horrorem.

Patrząc na losy Tytusa, można odnieść wrażenie, że autor zwyczajnie poszedł na łatwiznę. Połączył znane motywy jedynie po to, aby stworzona historia zgrabnie wpisała się w ramy młodzieżowej literatury fantasy, i to w taki sposób, aby żadna kończyna przypadkiem nie wystawała gdzieś poza granice. Kontakty z kolejnymi elementami nieustannie wywołują łatwe do rozszyfrowania skojarzenia, a w budowaniu świata brakuje czegoś niepowtarzalnego i zaskakującego. Zmorojewo w żaden sposób nie definiuje na nowo gatunku, nie oferuje również niczego odkrywczego. Żulczykowi łączenie i żonglowanie motywami przychodzi jednak z ogromną łatwością. Wszystko zgrabnie do siebie pasuje i wychodzi autorowi zupełnie naturalnie. Widać, że nieźle się przy tym bawił. Szkoda jednak, że trochę zaniedbał dobrą zabawę czytelników.

Zmorojewo ma tyle samo wad co zalet. Z jednej strony to klasyczna i lekka młodzieżowa przygoda, której każdy kolejny etap jest dokładnie na swoim miejscu. Bawi, uprzyjemnia czas, pozwala się odprężyć i z sentymentem powrócić do wspomnień z wakacji. Z drugiej strony dostrzec można niezdecydowanie w opowiadaniu historii. Książka momentami znacznie się dłuży, by przyśpieszyć dokładnie w momencie, gdy w centrum wydarzeń znajduje się główny bohater. Czarne charaktery są równie jednowymiarowe co piknikowy kocyk, a ich motywacje płaskie niczym tafla jeziora w spokojne niedzielne popołudnie. Poboczni bohaterowie mają problem z roznieceniem płomienia sympatii, o podstępnej kradzieży serc nawet nie wspominając. Natomiast kolorowe towarzystwo zamieszkujące widmowe miasto gdzieś na granicy rzeczywistości zaprezentowane zostaje powierzchownie, pozostawiając spory niedosyt. Nawet główny bohater nie daje z siebie wszystkiego, mimo że to miłośnik horroru, a ci przecież zawsze są mocno pokręceni. Kwestią gustu pozostaje gra skojarzeń, którą otrzymujemy od autora. Poszukiwanie kolejnych podobieństw do „klasyki gatunku” dla jednych może okazać się dobrą zabawą, dla innych gorzkim rozczarowaniem. Zmorojewo jest trochę jak nadciągający wakacyjny wyjazd na wieś. Po cichu liczymy na przygodę życia, ale ostatecznie okazuje się, że jest cicho, spokojnie i bez szaleństw. Po prostu fajnie… ale to czasem wystarczy.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Zmorojewo
Wydawnictwo: Agora SA
Autor: Jakub Żulczyk
Gatunek: urban fantasy, litaratura młodzieżowa
Data premiery: 16.01.2019

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Wojciech BrykWiewiórka w okularach Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Wiewiórka w okularach
Gość

A nawet się zastanawiałam, czy by jednak nie sięgnąć i nie przeczytać… Z jednej strony wolę trochę bardziej skomplikowane tytuły, z drugiej, to książka w sam raz na urlop, żeby odpocząć 🙂