Altered Carbon

Składający się z dziesięciu niemal godzinnych odcinków i nakręcony na podstawie (a może raczej inspirowany) powieści autorstwa Richarda K. Morgana serial zagościł na platformie Netflix na początku lutego.

Jego akcja osadzona jest w przyszłości – ludzkość opanowała technologię pozwalającą na zapisywanie i przechowywanie świadomości, którą w efekcie można przenosić między kolejnymi ciałami. Okazało się zatem, że śmierć nie jest już końcem, a wszystko sprowadza się do zasobności portfela. Serial spotkał się z różnymi opiniami – również w redakcji NTG zdania na jego temat są podzielone. Zobaczcie, co o produkcji Netflixa sądzą: Idris, nie mająca (jeszcze!) do czynienia z książką Morgana oraz Fushikoma, która lekturę ma już za sobą.

Altered Carbon

Idris: Zwiastun Altered Carbon zapowiadał przyjemne połączenie kryminalnej zagadki z odpowiednią dawką akcji, a wszystko to zamknięte w ramach świata, który wydawał się niesamowicie intrygujący. Na dodatek Netflix ponownie wypuścił wszystkie dziesięć odcinków w tym samym dniu, co sprawiło, że nie musiałam czekać na kolejne epizody i umierać ze zniecierpliwienia. Wszystko to sprawiło, że taki serialowy sceptyk jak ja cały serial pochłonął raptem w trzy dni. Muszę przyznać, że na samym początku serial wciągnął mnie absolutnie.
Oto jeden z najbogatszych ludzi pragnie rozwikłać zagadkę swojej śmierci (a właściwie śmierci swojej poprzedniego ciała), w tym celu wygrzebuje skądś świadomość międzyplanetarnego terrorysty, który zginął ponad dwieście lat wcześniej, umieszcza ją w nowej powłoce i przekonuje do pomocy. Pierwsze odcinki świetnie budują napięcie i pozwalają wczuć się w ten zdegenerowany świat, gdzie śmierć nie jest problemem dla tych, którzy taplają się w luksusie jak prosiaki w błocie. Dopiero później, w moim odczuciu, zaczynają się drażniące zgrzyty, dziwne i zupełnie zbędne wątki.

Altered Carbon

Fushikoma: „Powłoka”! Zanim zaczniemy, powiedz: łatwo było ci się zorientować w świecie Altered Carbon? Pierwszy odcinek mówi, czym są powłoki, ale nie tłumaczy na przykład, skąd taki tytuł serialu. Kiedy Kovasc łazi na haju po mieście, też nie wiemy, czy widzi halucynacje, czy reklamy (po Węglu wiem, że w znacznej mierze te drugie). Pytam dlatego, że po książce to powrót do bardzo dobrze opisanej rzeczywistości, do której zdążyłam się przyzwyczaić po ponad 600 stronach. Ale słyszałam też głosy, że może być ciężko – i nie na zasadzie, że widz jest wrzucony w coś niezrozumiałego, ale ciekawego, tylko raczej trochę zirytowany nadmiarem i chaosem nowych pojęć.

Altered Carbon

Idris: Właśnie! To bardzo dobrze pytanie. Przyznam szczerze, że miałam z tym pewien problem. Znaczy niekoniecznie z samym znaczeniem „powłoki”, to zostało bowiem dość szybko wyjaśnione (swoją drogą, to naprawdę ciekawy motyw zmuszający mnie do zastanowienia się nad tym, jakby to było, gdyby społeczeństwo tak przywykło do tego, że świadomość człowieka może być przenoszona między ciałami, że wygląd zewnętrzny zszedłby całkowicie na drugi plan i już więcej nie definiowałby sposobu, w jaki jesteśmy postrzegani). Jednak wyjaśnienie, skąd wziął się tytuł serialu, pojawiło się w jednym z późniejszych odcinków, na dodatek zostało wspomniane tak, że ta informacja z łatwością mogła umknąć w natłoku pozostałych wątków. Nie wiem, jak dokładnie było to wytłumaczone w książce. W serialu jednak brakowało mi rozwinięcia tego wątku, powiedzenia czegoś więcej na temat tej tajemniczej substancji służącej do tworzenia dysków, na których była zapisywana ludzka świadomość. W końcu, nie oszukujmy się, jest to informacja dość istotna dla fabuły serii.

Altered Carbon

Fushikoma: W świecie Matów akurat powłoka chyba jeszcze bardziej określa człowieka – zwłaszcza to, na ile jest atrakcyjna seksualnie i ulepszona. To ważny wątek w książce, w serialu znacznie mniej. Ale w obu pojawia się stwierdzenie, że to majątek decyduje o tym, czy będzie się miało szansę na kolejne ciało i jakie ono będzie:sztuczne, używane, sklonowane… Morgan nie opisuje dokładnie technologii węgla (w każdym razie w tym tomie, bo to trylogia), ale jej ogólny zarys pojawia się u niego dość szybko.
A teraz wracając do tego, co powiedziałaś o pierwszych odcinkach. Pierwsze dwa są bardzo wierne książce. Widać w nich odstępstwa, ale raczej estetyczne, to drobiazgi, a całość ma szorstką logikę i głęboki klimat książki. Modyfikowany Węgiel faktycznie ma dużo z powieści detektywistycznej, czyli chodzi w nim o odtworzenie spójnego ciągu zdarzeń, który doprowadził do śmierci Bancrofta. Dowiadujemy się przy okazji sporo o ziemskim społeczeństwie, równie obcym Kovacsowi, co czytelnikowi. No i teraz serial po kilku odcinkach mocno rozjeżdża się z pierwowzorem. O ile u Morgana rozwiązanie ma spory sens, zawiera mnóstwo krytyki nierównego podziału władzy i środków (i trochę niewiary w ludzi), to w serialu jest, jak dla mnie, za dużo niesamowitych zbiegów okoliczności krążących wokół prywatnego życia Kovacsa. Za dużo romansu. Za bardzo chodzi tylko o jedną osobę.

Altered Carbon

Idris: Przyznam szczerze, że to niezwykle ciekawy zabieg – wrzucić czytelnika w fabułę razem z główną postacią, zmagającą się nie tylko z detektywistyczną zagadką, ale również próbą pojęcia społeczeństwa, w którego ewolucji nie uczestniczyła przez ponad dwieście lat. Wcześniej zaś aktywnie walczyła o to, by nie wyglądało ono tak jak wygląda. Pewnie większość z nas w takiej sytuacji musiałaby zmagać się z poczuciem niewysłowionej klęski spowodowanej tym, że wszystkie nasze wysiłki spełzły na niczym. Nie będę ukrywać, że ten serial analizuję bardzo mocno pod kątem psychologicznym i filozoficznym. Trudno mi powiedzieć, czy dokładnie taki był zamysł twórców, ale serial zmusił mnie do zastanowienia się nad wieloma kwestiami.
Fakt, zakończenie było rozczarowujące, a całe rozwiązanie intrygi sprawiało wrażenie nie tylko nadmiernej teatralności, ale też chęci łopatologicznego wytłumaczenia widzowi, co oglądał przez ostatnie dziesięć godzin, jak dokładnie wiąże się w to całość i co z tego wynika. Nie lubię, kiedy twórcy traktują widza jak kretyna, któremu wszystko trzeba wytłumaczyć. Zwłaszcza że faktycznie cała intryga w pewnym momencie zaczęła wyglądać jak szyta zbyt grubymi nićmi. Właściwie w momencie, w którym na scenę wchodzi Reileen Kawahara.

Altered Carbon

Fushikoma: Z perspektywy dziesiątego odcinka jestem rozczarowana płytką i przedramatyzowaną fabułą, ale kilka rzeczy bardzo mi się podoba. Zdjęcia i efekty specjalne stwarzające rzeczywistość o sile rażenia pierwszego Łowcy Androidów i generalnie klasycznego Sci-Fi. To, jak Joel Kinnaman gra Kovacsa – mamroczący twardy gościu, trochę Bogart, trochę Batman, no i wreszcie sprawiedliwy wrażliwiec. W miarę oglądania przekonałam się też do „prawdziwego” Takeshiego ze świata Harlana granego przez Willa Yun Lee – który jest wyraźnie młodszy, jeszcze się do reszty nie rozczarował życiem, nie stał cyniczny, ma więcej energii. Bardzo dobre wrażenie robi na mnie Martha Higareda, czyli Kristin Ortega, z tym że wydaje mi się inna niż jej książkowy odpowiednik, zaczynając od tego, że nie jest samotnicą. Wkurza mnie, że ci świetni aktorzy mogliby występować w czymś naprawdę dobrym, wierniejszym powieści Morgana. Bo Netflix zrobił sobie coś w rodzaju fanfika…

Altered Carbon

Idris: Postacie! Przyznam szczerze, że nic mnie tak nie drażniło jak pewna nieścisłość w rysie charakteru głównego bohatera – z jednej strony, praktycznie od dziecka był wychowywany na zabójcę zdolnego do każdej formy okrucieństwa, a ostatecznie okazał się „miękką bułą” i całe swoje dotychczasowe życie porzucił dla niewidzianej od dziecka siostry. No ej! Gdzie tu ta brutalność, gdzie wypranie z emocji, które deklaruje się jako cechę postaci?! Skąd nagle te romanse? Nie grało mi to praktycznie przez cały serial, odbijając się na moim ostatecznym postrzeganiu postaci Takeshiego. Bardzo lubiłam go we „współczesnej” formie (na co niewątpliwie wpływ miał fakt, że Kinnaman świetnie nadaje się jako burkliwy, cyniczny i kanciasty typek, który ma groźnie wyglądać), za to drażnił mnie w swojej „oryginalnej” wersji. Przyznam, że aktorsko serial mnie nie powalił, był po prostu przyzwoity, bez wywoływania u mnie efektu „wow!”. Ortega miała swoje momenty (zwłaszcza kiedy przechodziła na hiszpańskojęzyczne wstawki), o wiele bardziej przypadł mi do gustu jej przełożony oraz nowy partner. No i… „babcia”, której wątek wprowadzono za to jedynie po to, by rozbawić widza. Absolutnej apopleksji dostawałam, gdy na ekranie pojawiała się Reileen – dawno żadna postać nie drażniła mnie tak jak właśnie ona i to całe marudzenie o cierpieniu i niesprawiedliwości, jakich w swoim życiu doznała.

Altered Carbon

Fushikoma: Mnie babcia podobała się także dlatego, że pokazywała paradoksy zmieniania powłok, a to w Węglu ważny i ciekawy problem. Ale Rei i Quell… Fatalny fanfik. Netflix amputował prawdziwego superzłola i zmienił go w sentymentalne, nielogiczne marudzenie. A co do niespójności charakteru Kovacsa: strasznie go w pewnym momencie poszatkowano. Powinien (zgodnie z książką, ale też z jego wojskowymi i terrorystycznymi historiami) uosabiać takiego typowego vigilante, brutalnego, ale sprawiedliwego gościa. A w serialu tak pokierował rozwiązaniem zagadki śmierci Bancrofta, że najbardziej oberwała niewinna, choć niesympatyczna osoba. Strasznie mnie to wkurzyło: to nie tylko psucie historii, ale też tak na dobrą sprawę wspieranie systemu, z którym Takeshi miał walczyć…

Altered Carbon

Idris: Zasadniczo mam wrażenie zmarnowanego potencjału. O ile serial na początku rozwijał się bardzo dobrze i dawał do myślenia, o tyle później zaczęto wprowadzać wątki, które albo szybko porzucano, albo traktowano pretekstowo. Żeby daleko nie szukać, przykładem takich motywów jest chociażby kwestia religijnego i prawnego podejścia do przenoszenia ludzkiej świadomości między ciałami – problemy zarysowane raczej jako mało istotne tło, na które właściwie nie warto zwracać uwagi, bo ludzie zawsze są z czegoś niezadowoleni, a potem okazuje się, że jest to wątek dość ważny dla zakończenia. W takim razie, w moim odczuciu, wypadałoby go nieco bardziej rozwinąć. Zwłaszcza że prawne podejście do przesłuchiwania ofiar zabójstw na okoliczność tego, kto popełnił zbrodnię, jest szalenie ciekawe! Chociaż tutaj pewnie też przemawia przeze mnie moje etyczne i filozoficzne zacięcie. Pozostaje jednak w tej kwestii pewny niedosyt.

Altered Carbon

Fushikoma: Zmarnowany potencjał, dokładnie: filozoficzny, etyczny, polityczny… Jakoś się to wszystko rozpłynęło w nieprzesadnie przekonującym romansie z wątkami rodzinnymi. Moim największym zyskiem z tego serialu jest przeczytanie książki…

Idris: Powieść wciąż przede mną, ale bez wątpienia sięgnę po nią w najbliższym czasie. Skoro, skądinąd średni, serial jest w stanie dać mi tyle do myślenia, to nie mogę doczekać się tego, do ilu przemyśleń skłoni mnie książka!

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Altered Carbon
Produkcja: Netflix
Data premiery: 02.02.2018
Twórca: Laeta Kalogridis
Typ: serial
Obsada: Joel Kinnaman, James Purefoy, Martha Higareda, Dichen Lachman i inni

Dodaj komentarz

avatar