Nieustraszeni pogromcy Draculi – recenzja serialu Castlevania (seria 1.)

Castlevania seria 1.

Castlevania nie jest może jakąś superpotężną marką. Fakt, wielu o niej słyszało, ale ilu tak naprawdę grało w części poprzedzające Lord of Shadows? Te stare, mało atrakcyjne wizualnie dla współczesnego gracza, z których wiele wydanych zostało na mało popularne platformy? Te problemy nie zmieniły jednak faktu, że Castlevania stała się kultowa, co chyba w zupełności wystarczało Netfliksowi, żeby stworzyć na jej podstawie serial. Najważniejszym pytaniem jest jednak: czy mamy do czynienia z produkcją przeznaczoną dla wszystkich widzów, czy może jednak dla zatwardziałych fanów?

Wołoszczyzna, druga połowa XV wieku. Do zamku Włada Țepeșa, lepiej znanego jako Dracula, przybywa młoda i niewinna Lisa. Dziewczyna chce, żeby hospodar, będący rzekomo potężnym wampirem, nauczył ją tajników medycyny, dzięki czemu będzie mogła pomagać wieśniakom. Gardzący śmiertelnikami Wład mięknie pod jej wpływem i staje się mniej krwawy. Mija dwadzieścia lat. Lisa, z rozkazu katolickich duchownych z miasta Târgovişte, zostaje spalona na stosie pod zarzutem uprawiania czarów i kumoterstwa z diabłem. Dracula, rozwścieczony i załamany śmiercią jedynej istoty, którą kochał, poprzysięga ludziom zemstę. Powstrzymać może go jedynie Trevor, ostatni członek zhańbionego rodu Belmontów od wieków parającego się walką z potworami.

Castlevania seria 1.

Warto mieć na uwadze, że historia serialu sięga dziesięciu lat wstecz. W 2007 roku Warren Ellis, przy współpracy z byłym producentem gier z serii Kōjim Igarashim, rozpoczął prace nad przeznaczonym bezpośrednio na DVD filmem animowanym mającym być preqelem Castlevanii III: Dracula’s Curse z 1989 roku. Chociaż od tamtego czasu minęło dziesięć lat, serial w dalszym ciągu jest mniej lub bardziej powiązany ze wspomnianym tytułem. Nie oznacza to jednak, że Castlevania jest przeznaczona wyłącznie dla fanów gier, scenariusz bowiem został napisany tak, żeby nikt się w nim nie pogubił. Czy to się udało? Trudno jest mi odpowiedzieć jednoznacznie. Miałem styczność z klasycznymi odsłonami serii z dziesięć lat temu, przed seansem niczego sobie nie odświeżałem, ale mimo wszystko byłem w stanie wyłapać pewne niuanse i uzupełnić niektóre luki. Widz niezaznajomiony w ogóle z fabułą growych Castlevanii z całą pewnością nie zgubi się w fabule, ale może odnieść wrażenie, że serial jest wybrakowany.

Na czym to „wybrakowanie” ma polegać? Otóż na tym, że scenarzyści odwołują się do pewnych wydarzeń z gier, zakładając, że są one wszystkim widzom znane, więc nie marnują czasu ekranowego na ich wyjaśnianie. Wielu odbiorców może przez to odnieść wrażenie, że opowieść jest niepełna i nawet nie przyjdzie im do głowy, żeby sięgnąć po gry albo poguglować w celu uzupełnienia luk. Może to sprawić, że uznają oni fabułę za słabą, niekompletną, pędzącą na łeb na szyję bez pomyślunku i pozbawioną związków przyczynowo-skutkowych. Jak mówiłem: nikt się w tym nie pogubi, ale dla tych, którzy nie znają gier, będzie to raczej tylko sklecona na chybcika historyjka z potencjałem. Tylko fani serii będą mieli pełny obraz, wiedząc, gdzie powstawiać poszczególne klocki.

Ale na tym nie kończą się różnice pomiędzy tymi, którzy gry znają, a tymi, którzy nie. Dla fanów będzie to uzupełnienie gier, dla niezaznajomionych z grami – historyjka, która urywa się w momencie, kiedy akurat coś naprawdę zaczyna się dziać. Wiecie, najpierw sobie biegają, jest jakaś ekspozycja postaci, szybkie zarysowanie świata przedstawionego, a w momencie, kiedy zaczyna robić się naprawdę ciekawie i to wszystko zaczyna do czegoś zmierzać, następuje koniec. Prawdopodobnie właśnie dlatego coś, co miało być początkowo filmem, zdecydowano się pociąć w dziwnych miejscach i zrobić z tego serial. W takiej konwencji widz prędzej zaakceptuje to, że tak naprawdę dostał tylko prolog i wprawkę do właściwego dania, które zostanie mu udostępnione w przyszłym roku. A co więcej – że ów prolog zawiera sceny, przynajmniej w moim mniemaniu, zupełnie niepotrzebne. Ot, chociażby ta, w której wieśniak przez kilka minut opisuje ze szczegółami, jak ktoś zgwałcił jego kozę…

Prawdopodobnie ze względu na japoński rodowód Castlevanii, serial utrzymany został w stylistyce wizualnej typowej dla anime. Osobiście nie mam nic przeciwko japońskiej animacji i lubię ją, więc mi to nie przeszkadzało, jednak dla osób uczulonych na nią może być to pewna wada, zwłaszcza w przypadku projektu postaci. Dość powiedzieć, że jeden z głównych bohaterów to typowy przykład obrzydliwego bishōnena. Tym niemniej, pod względem wizualnym produkcja jest naprawdę ładna – otoczenia są klimatyczne, do projektu postaci można się przyzwyczaić. Jedyne, co moim zdaniem trochę nie wyszło, to sceny akcji – jak dla mnie są nieco zbyt mało dynamiczne, przez co sprawiają wrażenie odrobinę sztucznych. Możliwe jednak, że po sukcesie pierwszej serii druga otrzyma większy budżet, co pozwoli na „naprawienie” tej niedoskonałości. Serial został całkiem dobrze udźwiękowiony, przynajmniej jeżeli chodzi o odgłosy i aktorów. Muzyki, nie licząc chóralnej partii towarzyszącej napisom końcowym, tak naprawdę przez większość czasu nie zauważałem.

Castlevania seria 1.

Co zaś się tyczy głosów, Netflix pozwala obejrzeć serial w wersji angielskiej i polskiej. W oryginale usłyszeć można m.in. Richarda „Thorina” Armitage’a jako Trevora i Grahama „Balina” McTavisha jako Draculę. W polskiej są to typowi aktorzy głosowi. Obie wersje są całkiem dobrze zagrane i przyjemnie się ich słucha, chociaż jeśli miałbym wskazać tę lepszą, jest to oryginał. W polskiej razi przede wszystkim mało udana i dość sztucznie brzmiąca Sypha. Dodatkowo rodzima wersja jest ona obrzydliwie ocenzurowana. Podczas gdy w angielskiej postacie dość często używają słowa „fuck”, w polskiej co najwyżej „pieprzą”. Podobnie jest niestety z polskimi napisami, aczkolwiek w tym przypadku cenzura wynika najprawdopodobniej z interwencji redaktora tekstu. Osoba odpowiedzialna za opracowanie napisów stwierdziła, że kiedy oddawała je do redakcji, zawierały one przekleństwa, ponieważ wytyczne Netfliksa dla tłumaczy zakazują jakiejkolwiek cenzury.

Jak można by podsumować pierwszą serię Castlevanii? No cóż, widać, że kiedyś miał to być film stanowiący prequel do Dracula’s Curse. Odnajdą się w nim przede wszystkim fani serii. Ze względu na fakt bycia łącznikiem z grami całkowicie zrezygnowano z tłumaczenia widzowi wielu elementów, które w założeniu twórców powinien on znać. Dla nieznających serii może więc sprawiać wrażenie wybrakowanego i chaotycznego. Tym niemniej całość trwa około półtorej godziny, więc mimo wszystko obejrzeć można jak najbardziej. Nie stracicie dużo czasu, a możliwe, że druga seria rozwinie te wątki. Dla fanów z kolei to pozycja jak warta uwagi, tym bardziej, że przy scenariuszu współpracował producent oryginalnych gier. Ale zakładam, że i tak już się z nią zapoznali.

Castlevania seria 1.

Szczegóły:

Tytuł: Castlevania
Stacja telewizyjna: Netflix
Odcinki: 4 (1 godz. 35 min)
Pierwsza emisja: 7 lipca 2017
Główne role: Richard Armitage (Tomasz Borkowski), James Callis (Hubert Paszkiewicz), Graham McTavish (Andrzej Blumenfeld), Alejandra Reynoso (Joanna Kuberska)

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jacek „Pottero” Stankiewicz

Jak przystało na reprezentanta rocznika 1987, jestem zgrzybiałym dziadziusiem, który doskonale pamięta szczękopady, jakie wywoływały pierwsze kontakty z Doomem, a potem Quakiem i Unreal Tournament. Zapalony gracz z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem, z uwielbieniem pochłaniający przede wszystkim gry akcji, shootery i niektóre RPG. Namiętny oglądacz filmów i seriali, miłośnik Tarantina, Moodyssona i Tromy, w wolnej chwili pochłaniacz książek i słuchowisk, interesujący się wszystkim, co wyda mu się warte uwagi. Dla rozrywki publikujący gdzie się da, w tym m.in. Filmwebie, altao.pl czy czasopismach branżowych. Administrator Dragon Age Polskiej Wiki.