1

Recenzja może zawierać spoilery.

Długie miesiące oczekiwania i snucia teorii. Czy Jon Snow naprawdę nie żyje? Czy Arya odzyska wzrok? Co stanie się z Matką Smoków? Mieliśmy wystarczająco dużo czasu na spekulacje i rozgryzanie tych i podobnych pytań, a trailery rzucane dobrodusznie przez producentów podsunęły nam parę wskazówek, ale równocześnie tylko rozgrzały ciekawość. I oto nareszcie jest: pierwszy odcinek szóstego sezonu! Tegoroczna Gra o tron jest wyjątkowa przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy zarówno widzowie, jak i czytelnicy sagi stoją w tym samym punkcie. Nikt nie wie więcej ponad to, co HBO nam zaserwuje. Ponieważ George R.R. Martin nie spieszy się z ukończeniem kolejnej części Pieśni Lodu i Ognia, twórcy serialu będą kreować go na własną rękę, chociaż w przybliżeniu do tego, co ma nas czekać w pracach pisarza. Sezon szósty to okazja do oceny, czy umiejętności Davida Benioffa i D.B. Weissa ograniczają się tylko do odtwarzania fabuły z książki na ekranie, czy sami też mogą napisać coś dobrego.

2

Premierowy odcinek nosi tytuł Kobieta w czerwieni i na pozór odnosi się oczywiście do Melisandre, kapłanki R'holla, którą zarówno na kartach książki jak i w serialu często tak nazywano, ale nie jest to jedyna postać, którą można objąć tym tytułem. Na miano czerwonej kobiety zasługuje moim zdaniem każda pani, która miała w tym odcinku krew na rękach, a trochę ich się znajdzie.

Sezon szósty Gry o tron rozpoczyna się w miejscu, w którym ostatni odcinek piątego sezonu nas pozostawił… Jon Snow jest martwy. Odniosłam wrażenie, że twórcy poświęcili całej akcji, skupiającej się na chronieniu jego ciała, za dużo czasu, grając na uczuciach widzów, pozwalając się im pożegnać z ulubionym bohaterem, przekonać, że nie, jednak nie powróci, bez względu na to ile postów pojawi się na twitterze w tagu #bringjonback.

3

Wszystko, co przez niecałą godzinę tego odcinka obejrzeliśmy można zawrzeć w krótkim zdaniu: „Poprzednio w Grze o tron”. W przypadku postaci takich jak Arya, Margaery czy Tyrion to po prostu krótkie przypomnienie, w jakim położeniu te postaci się znajdują. Mieliśmy też próby zakończenia niektórych wątków z poprzedniego sezonu, o czym wspomnę za chwilę. Gra o tron startuje powoli, jak maszyna, której silnik dopiero się rozgrzewa, żeby za chwilę ruszyć pełną parą.

Sam odcinek przedstawia się doskonale przede wszystkim pod kątem wizualnym. Gorzej sprawa wygląda z dialogami. Oczekiwana przeze mnie scena Tyriona i Varysa (nie wiedziałam, że tęskniłam za nimi tak bardzo) była uboga w cięte riposty i inteligentne uwagi, których zwykle się spodziewam, kiedy ta dwójka pojawia się na ekranie, ale zostało mi to zrekompensowane czymś czego przez ostatnie odcinki brakowało: bohaterowie wyszli z piramidy, w której rezydowała Denerys, żeby poszwendać się chwilę po ulicach Mereen. Widz mógł przyjrzeć się chaosowi, który obecnie panuje w mieście, zrozumieć jakie nastroje społeczne w nim panują i z czym przyjdzie się mierzyć Tyrionowi w tym sezonie.

4

Co stanie się z Daenerys? W tym odcinku dowiadujemy się, że będzie ona zmuszona wyruszyć tam, gdzie miała znaleźć się od razu po śmierci Khala Drogo. Przypomniała mi się od razu pewna przepowiednia dotycząca Matki Smoków, według której „musi zawrócić, żeby iść na przód” – Daenerys na grzbiecie swojego smoka już zawróciła na start planszy w tej dziwnej grze i ponownie jest u Dothraków. Czy w ten sposób spełnia się dotycząca jej przepowiednia?

Zakończenie wątku Piaskowych Węży wywarłoby na mnie o wiele większe wrażenie, gdyby sam wątek był w zeszłym sezonie przedstawiony w mniej banalny sposób, ale ocenę wszystkiego co się działo w Dorne i jakie to było słabe, znajdziecie w osobnej recenzji dotyczącej samego sezonu piątego, która pojawi się na stronie już wkrótce. Odnośnie tych paru scen obrazujących zakończenie konfliktu Lannisterów z Martellami, które miały spłukać niesmak po wężowym jadzie w naszych ustach – były zrealizowane całkiem zgrabnie. Mogę się przyczepić jedynie do drewnianej gry aktorek, wcielających się w córki Oberyna, która kłuła w oczy przez cały sezon piąty ilekroć pojawiały się na ekranie, i kłuła także teraz. Sposób w jaki rozstrzygnięcie zatargu między Lanisterami a Martellami zostało przedstawione możemy wnioskować, że nieprędko zapomnimy o Ellarii Sand. Czy to dobrze, czy źle? – oceńcie sami.

5

Zastanawiam się natomiast co myśleć o czasie, w którym wszystkie te sceny są nam przedstawione. W przypadku wątku Jona, czy raczej tego, co z niego zostało, akcja dzieje się w parę minut po jego zasztyletowaniu. Sansa i Theon mieli na pewno dłuższy czas na ucieczkę, ale też nie przekraczający kilku godzin. Natomiast to, co działo się w Królewskiej Przystani musiało być oddzielone od finału przestrzenią co najmniej paru tygodni, biorąc pod uwagę podróż Jaimiego do stolicy.

6

Jeśli oczekujecie wyjątkowych zwrotów akcji, powinniście poczekać na następne odcinki, bo Kobieta w czerwieni to po prostu powolne otwarcie nowego sezonu i próba zamknięcia wątków z sezonu poprzedniego. To co szokować może najbardziej, i co z tytułem odcinka jest najbliżej związane, twórcy zaserwowali na sam koniec, który przyszedł zdecydowanie za szybko.

Autor: Aya

Czytaj także:
Recenzja serialu Gra o tron S06E01
Recenzja serialu Gra o tron S06E02
Recenzja serialu Gra o tron S06E03

Dodaj komentarz

avatar