Muszkieterowie

Są takie powieści, które z różnych przyczyn stają się kluczowymi elementami nie tylko tak zwanej kultury wysokiej, ale również popularnej. Czy to ze względu na swoją przełomowość tematyczną lub fabularną, czy po prostu na barwny i atrakcyjny świat przedstawiony. Do takich pozycji należą z pewnością Trzej muszkieterowie pióra Aleksandra Dumasa. Nie ma chyba nikogo, kto nie miałby choć najbledszego pojęcia o tej opowieści. Kto nie czytał książki, ten na pewno widział jakąś ekranizację czy adaptację (może nawet musicalową czy animowaną), a każdy zna słynną dewizę „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Perypetie Atosa, Portosa i Aramisa oraz ich młodego kolegi D’Artagnana po tylu latach nadal inspirują twórców, nietrudno więc się dziwić, że w 2014 roku telewizja BBC zaczęła produkcję swojej serialowej wersji, czyli Muszkieterów (The Musketeers).

Na pozór ta wariacja na temat przygód D’Artagnana i spółki nie wnosi niczego, czego byśmy już w innych adaptacjach nie widzieli. Z jednej strony mocne odejście od książkowej fabuły i wyszukanych dworskich intryg na rzecz wątków bardziej efektownych, z drugiej zaś liberalne potraktowanie realiów historycznych. Podejście dobrze znane nie tylko z tej konkretnej ekranizacji. Ale już obejrzenie pierwszego odcinka uświadamia, że to nie będzie kolejna kalka. Zamiast długich loków, szpiczastych wąsików, rażąco kolorowych strojów z pelerynami i pierzastymi kapeluszami – kilkudniowe zarosty, (stosunkowo) krótkie włosy i skórzane spodnie. Do tego ostre szpady oraz… cięte języki. Jednym z istotnych wyróżników serii jest humor właśnie. Bohaterowie często sypią różnorakimi docinkami (zwłaszcza we własnym, muszkieterskim gronie), które potrafią zwalić z nóg. Do tego pojawiają się inne humorystyczne wstawki, nadające nawet poważnym wątkom lżejszy ton. Przynajmniej na chwilę.

Bo tutaj mimo wszystko liczy się przede wszystkim rozrywka: przygody, miłostki i… fanserwis. Nie oszukujmy się, że o to ostatnie też chodzi i twórcy dość często dają nam to do zrozumienia. Każdy z naszych chłopców dostaje przynajmniej jedną scenę bez koszulki, a mocno wydekoltowane gorsety sukni noszonych przez panie z Milady na czele zdają się z ledwością utrzymywać w ryzach ich biusty. Na szczęście realizatorzy znają umiar i nie ma w tym przesady czy ostentacji, a każdy taki element ma swój kontekst.

Muszkieterowie

W Muszkieterach zastosowano dość nowatorskie podejście do części postaci. Najmocniej widać to u króla, który przestaje być nieporadną kukiełką sterowaną przez kardynała. Owszem, nadal zachowuje się jak duże dziecko, ale potrafi huknąć na Richelieu i postawić na swoim, kiedy uzna to za stosowne. Z drugiej strony sam kardynał jest kimś, komu strach się sprzeciwić. Wprawdzie liczy się dla niego dobro Francji i jej władcy, ale zapewnione na jego własnych zasadach – a te są brutalne i w razie konieczności zakładają nawet morderstwo z zimną krwią, o czym widzowie bardzo szybko się przekonują. Zasadniczo większość najważniejszych bohaterów otrzymuje mniej lub więcej świeżych rysów charakterologicznych, w jakimś stopniu odbiegających od stereotypowych wyobrażeń na ich temat. Można powiedzieć, że stają się dzięki temu bardziej ludzcy. Czasami trochę do przesady, jak w wypadku Atosa, który momentami jest aż nadto emocjonalny – na szczęście nadrabia to innymi przymiotami.

Jest pewna rzecz, której nie da się przeoczyć. Niektórzy z tytułowych bohaterów mają dość… mało francuskie rysy. Grający D’Artagnana Luke Pasqualino pochodzi z włoskiej rodziny, zaś odtwórca roli Aramisa, Santiago Cabrera, jest Chilijczykiem. Ale Hiszpania i Włochy leżą po sąsiedzku z Francją, więc obecność smagłych chłopców w szeregach muszkieterów nie wydaje się niczym aż tak nierealistycznym. Ponadto Portos jest Mulatem. Nikt jednak nie udaje, że w XVII-wiecznej Francji to coś całkiem zwyczajnego: w serialu zostaje powiedziane wprost, że jako syn byłej niewolnicy z Zachodniej Afryki nigdy nie miał łatwego życia. Ponadto mam przeczucie, graniczące z pewnością, że twórcom nie chodziło tu o poprawność polityczną, a o obsadzenie czterech zdolnych, sprawnych, młodych ludzi. I puszczenie oka do co bardziej wtajemniczonych fanów Aleksandra Dumasa, którzy w losach serialowego Portosa dostrzegą pewne podobieństwa do biografii przodków autora.

W ogóle pod kątem aktorstwa trudno jest mieć do Muszkieterów większe zastrzeżenia. Z postaciami epizodycznymi bywa różnie, ale główni bohaterowie zagrani są co najmniej bardzo dobrze. Acz są aktorzy, którzy zasługują na szczególne wyróżnienie. Ryan Gage, który wciela się w rolę Ludwika, potrafi sprawić, że ten duży chłopiec z nadmiarem władzy w ręku nie irytuje. Nadaje młodemu władcy zabawnie przekorny charakter, przez co widz jest w stanie uwierzyć, że król jest nie tyle nieprzygotowany do rządzenia Francją, co średnio tym zainteresowany. Ale całe show kradnie tutaj ktoś inny, a mianowicie Peter Capaldi. Kardynał Richelieu w jego wykonaniu to sto procent pełnokrwistego, prawdziwie intrygującego złola. Z jednej strony władczy, kalkulujący, nie patyczkuje się z nikim i niczym (poza królem). Z drugiej – nawet w najpodlejszych swoich działaniach kierujący się konkretnymi motywacjami, nie zawsze o podłożu osobistym. Tę niejednoznaczność widać, słychać i czuć. Ponadto w tym wszystkim Capaldi pozostaje niebywale elegancki i wyważony, nie ulegając pokusie kreślenia swojego bohatera grubą kreską, na wzór Tima Curry’ego w filmowych Trzech Muszkieterach z 1993 roku.

Muszkieterowie

Próżno szukać we współczesnej Wielkiej Brytanii czy Francji zakątków rodem z czasów muszkieterów. Dlatego XVII-wieczny Paryż i okolice „zagrał” nasz południowy sąsiad, czyli Republika Czeska. Przede wszystkim Praga i jej okolice: między innymi miejscowości Doksany, Ploskovice, Terezin oraz Kromieryż. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Wspaniałe zamki, pałace, wąskie brukowane zaułki, jak również piękne lasy i wzgórza, sprawnie uchwycone okiem kamery, sycą oczy. Aż trudno uwierzyć, że niedaleko nas są takie miejsca, w których czas jakby się zatrzymał, a realizatorzy nie musieli zbyt wiele „poprawiać” na potrzeby kręcenia serialu. Piękne ujęcia dopełnia udana, podkreślająca przygodowy nastrój, muzyka Murraya Golda. Zresztą połączenie doskonałej oprawy zarówno dźwiękowej, jak i wizualnej, rozpoczyna każdy odcinek – Muszkieterowie mają jedną z najbardziej efektownych czołówek, jakie zdarzyło mi się widzieć w serialach.

Po tak pięknych dziesięciu odcinkach nie było niczym dziwnym to, że widownia chciała więcej. I dostała – pod postacią kolejnych dwóch serii. Ale szybko stało się jasne, że chyba nie o taką kontynuację chodziło. Choć Muszkieterowie nie byli (i chyba nigdy nie mieli być) wierną adaptacją powieści, w toku serii 1. fabuła względnie trzyma się tego, co znamy z książek. Muszkieterowie pod opieką Treville’a, walczący w obronie króla i królowej, przeciwko kardynałowi Richelieu i Milady. W dalszych seriach scenarzyści zaczynają uprawiać jakąś ekwilibrystykę, tyleż nieprawdopodobną, co w ogóle niepotrzebną. Podstawowym błędem jest usunięcie z akcji kardynała – głównego fundamentu intrygi w chyba każdej wersji historii muszkieterów. Rozumiem, że taka decyzja motywowana była względami nie do końca artystycznymi, albowiem Peter Capaldi mniej więcej w tym czasie został mianowany nowym Doktorem Who, i jasne było, że pogodzenie ważnych ról w dwóch serialach mogłoby być zwyczajnie niemożliwe.

Pozostaje jednak faktem, że brak charyzmatycznego antagonisty pod postacią Richelieu w wykonaniu tego zdolnego Szkota ostro podciął skrzydła Muszkieterom, zaś scenarzyści bez skutku próbowali naprędce zmajstrować jakiegoś godnego następcę. W efekcie otrzymujemy przewidywalne bądź niewiarygodne fabułki, gdzie antagonistami stają się albo mało wyszukani nowi bohaterowie, albo ci już nam znani, którzy nagle dostają jakiejś pomroczności jasnej i przechodzą na ciemną stronę mocy. Nie ma znaczenia to, że w roli jednego z kolejnych czarnych charakterów w serii 3. obsadzono samego Ruperta Everetta – on po prostu nie ma tu czego grać, poza wyglądaniem na groźnego emeryta (choć trzeba przyznać, że robi co może).

Coraz bardziej zanika humor i duch przygody, zastąpiony rozterkami muszkieterów, którzy z twardych (choć nieco romantycznych) facetów zmieniają się w typy stanowczo zbyt emocjonalne. Aż do przesady zaczęto eksponować wątki oparte na, bądź co bądź drugoplanowych, postaciach kobiecych. I to wcale nie na Milady, która zasadniczo traci znaczenie po finale pierwszej serii (pojawia się potem jeszcze na trochę, ale… szkoda gadać), a na królowej Annie i Konstancji. Nie oszukujmy się, żadna z nich nie grzeszy w tym serialu przesadnie interesującą osobowością ani motywacjami, ale w pierwszej serii obie miewały swoje momenty chwały. Potem chyba doszło do czegoś, co anglojęzyczny Internet zwykł opisywać jako flanderyzację. Konstancja od serii drugiej to w 98 procentach płaczliwość, rzucanie spłoszonych spojrzeń i wieczne przerażenie. A królowa? Niewiele więcej ponad sztampową formułę miłej i dobrej władczyni. Ważniejsze staje się eksploatowanie wątku jej romansu z [Pokaż]. Niestety dzieje się to kosztem obecności w fabule postaci Ludwika, która z biegiem akcji zostaje powoli „wygaszona”. Zresztą wszyscy bohaterowie pod kątem charakterologicznym mniej lub bardziej podupadają, czego najdosadniejszym chyba przykładem jest pan Bonacieux: w serii 1. zjadany przez własne kompleksy, słaby zazdrośnik, w dalszych odcinkach magicznie zmienia się w tyrana i damskiego boksera. Ach, ta serialowa psychologia!

Muszkieterowie

Nie pomaga nawet nowa ścieżka dźwiękowa autorstwa Paula Englishby’ego, który godnie zastąpił Golda. W całym tym kontynuacyjnym zamieszaniu nawet czołówce się oberwało. Choć żywy, porywający motyw muzyczny pozostaje ten sam, to strona graficzna cierpi – kolejne ingerencje pod postacią usuwania odchodzących postaci i „wklejania” nowych, w widoczny sposób są mniej staranne niż cała reszta. To trochę taka wisienka na torcie negatywnej przemiany, jakiej uległa cała produkcja. Dlaczego doszło do takiego dramatycznego zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni? Nie wiem. Może po prostu w dłuższej perspektywie Muszkieterowie padli ofiarą panującej obecnie mody na seriale, które – choć nie są operami mydlanymi – ciągną się w nieskończoność, często kosztem własnej oryginalności i innych zalet. Kontynuacje są zazwyczaj mile widziane, ale równie często zwyczajnie niepotrzebne. Może po prostu tym razem wystarczyło zamknąć całą opowieść w tych pierwszych dziesięciu odcinkach.

Muszkieterowie to smutny przykład serialu, który został – kolokwialnie mówiąc – zarżnięty przez własny ciąg dalszy. Jest to tym bardziej smutne, że pierwsza seria oferowała widzom po prostu porządnie przygotowaną, pomysłową historię, tym samym najzwyczajniejszą w świecie dobrą zabawę. W dalszych seriach zamiast radości oglądania mamy tylko zgrzytanie zębami na rozwiązania, za pomocą których twórcy usiłują zrobić z całości coś w teorii głębszego i poważniejszego, a w praktyce stwarzają nieprzyjemnego w odbiorze potworka. Dlatego najlepiej poprzestać na serii 1., spędzić z nią mile czas, a całą resztę potraktować tak, jakby nigdy nie powstała.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: The Musketeers (Muszkieterowie)
Produkcja: BBC (w Polsce emitowane przez BBC HD, Stopklatka TV i Epic Drama)
Typ: serial
Gatunek: przygodowy, kostiumowy
Data premiery: 19.01.2014
Liczba odcinków: 30 (3 serie)
Twórca: Adrian Hodges
Obsada: Luke Pasqualino, Tom Burke, Howard Charles, Santiago Cabrera, Peter Capaldi, Alexandra Dowling, Ryan Gage, Hugo Speer, Maime McCoy, Tamla Kari i inni.

PRZEGLĄD RECENZJI
PODSUMOWANIE
7.0

Dodaj komentarz

avatar