Szóstka

Choć mam sporo (na pewno więcej niż u przeciętnego recenzenta) sympatii dla polskich seriali, to odcinkowce TVN-u od dawna sprawiają mi problem. Trzeba przyznać, że produkcje podszyte humorem wychodzą im niekiedy świetnie – z przyjemnością oglądałam Przepis na życie, Singielkę czy Samą słodycz, po latach przeprosiłam się z BrzydUlą. Ale poważniejsze seriale… Tu zaczynają się schody. Te sprzed paru lat, które nieraz potrafiły przez wiele odcinków zdradzać ogromny potencjał, kończyły się różnie. Chyba najbardziej rażącym przypadkiem było Prawo Agaty, gdzie finałowa szósta seria jawnie kpiła z poprzednich pięciu i przy okazji z inteligencji widzów. Zaś nowsze produkcje nieraz już na samym początku zniechęcają banalnością tematyki i bohaterów. Chyba dlatego do sięgnięcia po Szóstkę – poza niewielką liczbą odcinków – skłoniła mnie czysta przekora. Plus odrobina sceptycyzmu, bo serial, jak to w TVN-ie bywa, mocno promowano. Tym razem głównie nazwiskiem realizującej go, a modnej ostatnio pani reżyser, której fenomen jakoś zupełnie mnie ominął.

Tytułowa szóstka to trzy pary, mające wziąć udział w tak zwanym przeszczepie łańcuchowym: biorcom, którzy z różnych względów nie mogą otrzymać nerki od bliskiej osoby, przekazuje się narządy od innych dawców z grupy. Relacje między poszczególnymi duetami są różne. Janusz i Olga to ojciec i córka, których stosunki mocno nadszarpnął jego wieloletni alkoholizm. Beata z Marcinem są małżeństwem – dla niej pierwszym, on pochował żonę. Wreszcie Kamil i Natalia, którzy byli parą w momencie przystąpienia do programu przeszczepu. Czas przeszły w słowie „być” jest tu kwestią kluczową, żeby nie powiedzieć decydującą, bo jeśli prawda wyjdzie na jaw, nie tylko nasi ex-kochankowie będą mieli masę kłopotów. Poczet istotniejszych postaci dopełniają lekarze z zespołu opiekującego się szóstką oraz Staszek – syn Marcina z pierwszego małżeństwa, Paweł – bliźniaczy brat Olgi i Iza – obecna partnerka Kamila.

W sumie trudno nie podchodzić do tego serialu jak do jeża, skoro Szóstka już na dzień dobry serwuje nam powód do zażenowania – jedną z najbardziej pretensjonalnych i kiczowatych czołówek, jakie moje oczy widziały. W głośnikach mamy smętną nutę z damską wokalizą, zaś na ekranie obrazki przedmiotów na czarnym tle, układające się w takie metafory, że głowa mała. Roztrzaskujący się kieliszek? Walący się domek z kart? Serio? Pewien niesmak pozostaje, nawet przy założeniu, że opakowanie nie czyni zawartości. Choć w tym konkretnym przypadku okazuje się ono nie do końca prawdziwe, bo ten nieprzyjemny rodzaj wymuszonej (a udającej subtelną) egzaltacji przy oglądaniu prędko nas nie opuści. I nie zatuszują go ani całkiem dobra realizacja techniczna, ani niekiedy przepiękne krakowskie plenery.

Szóstka

Podczas seansu dość szybko odkrywa się, że świat przedstawiony tego serialu jest trochę jak gabinet krzywych zwierciadeł. Rzeczy w nim niby są znajome, ale powykrzywiane, wyolbrzymione lub pomniejszone – ogólnie nierealne. Przekształcanie rzeczywistości w fabularnych produkcjach filmowych niby jest czymś zupełnie normalnym, ale w Szóstce trudno jest doszukać się jakiejś przemyślanej koncepcji w tym względzie. Chyba, że za takową uznamy usilne wciskanie widzowi różnych bardzo banalnych chwytów z ledwie skrywanym krzykiem: „to jest takie prawdziwe, życiowe, masz się wzruszyć!”. Koleżanka Beaty z dializ, która nie doczekuje przeszczepu, ckliwy pochód pacjentów wykluczonych z listy oczekujących… Nawet mało zaprawiony w bojach odbiorca dostrzeże koszmarną schematyczność zwrotów akcji, gdy niechętna udziałowi Kamila w programie Iza magicznie nawróci się po spotkaniu z zaryczaną Beatą, sam Kamil ponownie zbliży się do Natalii, a osoba prowadząca samochód w stanie silnego wzburzenia na prostej drodze efektownie wpakuje się do rowu. Kontrastuje to dość mocno z fabularnym wydziwianiem, kiedy wraz z rozwojem wydarzeń twórcy zaczynają się bawić w próby łączenia bohaterów w nowe pary – [Pokaż]… Jak to ktoś z mojego bliskiego otoczenia złośliwie zauważył, nakreślone pomiędzy zdjęciami protagonistów strzałki na oficjalnym plakacie serialu chyba nie oznaczały kolejności przeszczepów, a zwiastowały owe dziwne pairingi. Przyznam – w tej dziwacznej fabularnej mieszaninie należało się spodziewać, że według tego klucza finalnie Kamil skończy z Januszem, bo najpewniej byłby to najbardziej udany związek w całej Szóstce.

Tak oto otrzymujemy filmową rzeczywistość, w której ludzie wywnętrzają się przed obcymi bez cienia oporów i przeżywają wszystko, nawet totalny drobiazg, niczym – kolokwialnie mówiąc – żabka okres. A do tego posługują się językiem, który normalnie można usłyszeć co najwyżej w ciemnych, od lat nieodkurzanych zakamarkach uniwersytetów: te wszystkie „weźże”, „pójdźże” i inne postukujące drewnem książkowe sformułowania wręcz fizycznie bolą. Wprawdzie od trzeciego odcinka można odczuć pewną poprawę, scenarzyści łaskawie pozwalają postaciom wyrażać się potocznie, a nawet przeklinać, ale nadal trafiają się przeraźliwe kwiatki w rodzaju: „a ja jestem z tym okej”. Nie wiem, jak reszta świata, ale ja z takimi kalkami językowymi używanymi nieironicznie nie spotykam się w codziennym życiu.

Tytułowi bohaterowie, którzy powinni być fundamentami całej historii, mieć mocne i autentyczne charakterystyki, w pięciu przypadkach na sześć zawodzą. Zasadniczo problemy są dwa: protagoniści albo są ledwie zarysowani, pozbawieni realistycznych motywacji, jakby porzuceni przez scenarzystę w pół drogi, albo irytujący, chaotyczni i bardzo nie do polubienia. Ewentualnie wykazują cechy obu tych postaw na przestrzeni całego serialu. Nie należy się łudzić, że dowiemy się czegoś więcej o przeżyciach Marcina związanych ze śmiercią pierwszej żony, o rodzinnej przeszłości Janusza i jego dzieci lub o tym, o co tak naprawdę chodzi Kamilowi w kontekście jego związków z kobietami. Nic ponad kilka łopatologicznych scen czy kwestii włożonych bohaterom w usta z subtelnością rzutu kamieniem. Trochę jakby zrobiono to wyłącznie dlatego, żeby nikt nie miał pretensji o całkowite pominięcie tematu. Jeżeli Marcin i Kamil przejawiają w serialu jakiekolwiek indywidualne rysy, jest to wyłącznie zasługą odtwórców tych ról. O ile solidne aktorstwo w wypadku Grzegorza Damięckiego nie dziwi, o tyle Mateusz Rusin sprawia tu miłą niespodziankę. A przynajmniej tym, którzy dość uważnie śledzą jego ekranowy i/lub teatralny dorobek. W Kamilu nie znajdziecie kolejnej wariacji maniery cwaniackiego „ziomeczka”, którą niestety Rusinowi zbyt często zdarza się w ostatnich latach kopiować w różnych rolach. Tutaj jest poważnie, wiarygodnie, powiedziałabym wręcz, że z pewnymi przebłyskami świeżości niczym ze złotych początków jego kariery. Jeżeli szukacie mocnych powodów, żeby obejrzeć cały ten serial, to Rusin jak najbardziej może być jednym z nich.
Honorowa wzmianka należy się Marcinowi Bosakowi w roli Pawła – choć jego bohater początkowo jest typowym sfrustrowanym dorosłym dzieciakiem z nieustającymi pretensjami do ojca, dzięki aktorstwu tego pana nie ma się ochoty zastrzelić go po pierwszym kwadransie. I bardzo dobrze, bo brat Olgi zyskuje przy bliższym poznaniu, czytaj w dalszej części serialu.

Szóstka

Mdli protagoniści, okej. Ale kiedy twórcy zaczynają „dosmaczać” postacie, wcale nie jest lepiej. Mocnym banałem jest zestawienie byłej i obecnej dziewczyny Kamila – czyli biednej, chorej i nieszczęśliwej Natalii z Izą, zarysowaną grubą krechą i przeładowaną histerycznymi reakcjami zazdrości. Tak jakby w niezbyt zawoalowany sposób starano się skierować przychylność widza na jedyną słuszną stronę. Niestety nieskutecznie, bo Natalia sympatii nie budzi, podobnie jak reszta żeńskiej części tytułowej szóstki. Wszystkie trzy zachowują się jak roszczeniowe egoistki, którym należy się cały świat w prezencie, bo tak strasznie cierpią – Beata i Natalia z racji choroby, w dalszej części serialu Olga z tytułu bycia córeczką alkoholika; przy tej ostatniej dodatkowo nie pomaga fakt, że grająca ją Julia Wyszyńska jest bardzo marna aktorsko, „odhacza” wszystkie sceny tym samym tembrem głosu i niezmiennie obrażonym wyrazem twarzy. Beata w ogóle przypomina zbiór scenariopisarskich grzechów ciężkich, zażarcie starający się o tytuł nadwiślańskiej Mary Sue. Ogarnięta obsesją macierzyństwa (chociaż poziom jej inteligencji emocjonalnej pozwala co najwyżej na lalkę typu Baby Born), zdaje się opowiadać o tym każdej napotkanej osobie niczym stereotypowy weganin o swojej bezmięsności, ciągle poszukuje atencji, wiecznie wyje (uwierzcie, trudno to nazwać płaczem), histeryzuje, o wszystkie zaś swoje grzechy, błędy i nieszczęścia obwinia resztę świata. A pomimo takiego zachowania nie dość, że jest lubiana przez otoczenie, to jeszcze cieszy się dużą przychylnością mężczyzn. Nie tylko swojego ślubnego Marcina, z nieludzką cierpliwością znoszącego jej fochy, ale również dawnego szkolnego kolegi Adama oraz – nie pytajcie mnie, jakim cudem – wspominanego już bohatera drugoplanowego. Plus jako wisienka na torcie fakt dodatkowy: Beatka jest z domu dziecka. Nie wierzę w to, że ktoś mógł taką postać stworzyć zupełnie nieironicznie, a jednak tak się stało. Co więcej, nie mogę pozbyć się wrażenia, że poświęcono jej ciut więcej czasu ekranowego niż pozostałym protagonistom.

I wtedy na tym miałkim tle wchodzi on, cały na ciemno – Janusz. Postać w dużej mierze obliczona na bycie komiczną, ale paradoksalnie okazująca się tą, w której żyłach płynie krew, a nie kawałki papieru. Ambitny, choć średnio zaradny niepijący alkoholik, po kilkuletnim pobycie w Wielkiej Brytanii proszący o zwracanie się do niego angielskim imieniem John, rzucający na prawo i lewo rubasznymi żarcikami. Choć zapewne w założeniu twórców miał być bohaterem „problematycznym”, u którego wesołkowate zachowanie kontrastuje ze (słabo zaznaczoną w fabule oczywiście) nie najlepszą przeszłością, ale w obliczu przynależności do drużyny protagonistów bladych bądź irytujących staje się jedyną główną postacią budzącą szczerą sympatię widzów. Zresztą, jak tu nie lubić gościa, który na spotkanie w sprawie transplantacji przychodzi niemal jak do mięsnego po podroby? Często nieadekwatne do powagi sytuacji postępowanie Janusza zdaje się bardziej wiarygodne od pompatycznych tudzież ckliwych zachowań reszty. Nie bez wpływu na całokształt tej postaci pozostaje świetne aktorstwo Sławomira Orzechowskiego, który słusznie uchodzi wśród wielu widzów za mistrza drugiego planu w polskich serialach – wszak potrafi naturalnie „sprzedawać” nawet najbardziej płaskie teksty, co udowodnił chociażby w Szóstce właśnie.

Grono autentycznych, dających się polubić postaci w produkcji TVN-u jest wąskie, ale nie jednoosobowe. Niedostatki większości protagonistów w pewnym stopniu rekompensują również bohaterowie dalszoplanowi w osobach członków zespołu lekarskiego opiekującego się szóstką. Choć scenarzyści nie pozwolą im zanadto rozwinąć skrzydeł, a wątek dowodzącego całą operacją profesora Bielika zostanie zamknięty w totalnie beznadziejny sposób, to swoimi zabawnymi dialogami czy małymi scenkami rodzajowymi są w stanie zaskarbić sobie sympatię odbiorców. Trudno się dziwić, gdy w tym skromnym materiale z powodzeniem „rzeźbią” tacy aktorzy jak sam Marian Dziędziel w roli profesora czy cudnie przyziemna, obdarzona zabójczym śmiechem Agnieszka Pilaszewska jako doktor Malewicz. Z drugiej strony praktycznie do ostatniego odcinka nie byłam w stanie całkowicie przekonać się do Magdaleny Biegańskiej, odtwórczyni roli bezimiennej pani psycholog. Początkowo podobny problem miałam z Szymonem Piotrem Warszawskim, czyli drużynowym beniaminkiem doktorem Lipskim, ale w dalszej części serialu miał coraz więcej momentów chwały. Tak czy siak nie mogę wyzbyć się wrażenia, że zespół lekarski okazał się ciekawszy od pacjentów. Kto wie, może ci bohaterowie zasługują na swojego spin-offa? Podejrzewam, że mógłby być o wiele bardziej udany i sympatyczny niż serial macierzysty.

Szóstka

Szóstka niestety nie zasługuje na szóstkę, a nawet na sześć punktów w skali od jednego do dziesięciu. Nagromadzenie różnych banalnych rozwiązań w warstwie fabularnej czy charakterystykach bohaterów psuje dobre wrażenie robione przez udane elementy, a całość przy oglądaniu nie daje satysfakcji. Zwłaszcza, że budowane przez cały serial napięcie finalnie zostaje rozładowane w atmosferze pośpiechu i bez szczególnych emocji, mimo paru zwrotów akcji. Obawiam się, że więcej przeżyć dostarczy widzom nie to, że któryś z operowanych może umrzeć, ale fakt, że jeden z lekarzy zemdleje w trakcie przeszczepu… Ten objawiający się na wielu poziomach brak równowagi w konstruowaniu świata przedstawionego sprawia, że staje się on po prostu papierowy. A że niezbyt realistycznych, nierównych aktorsko seriali mamy u nas na pęczki, Szóstka poza paroma dobrze zagranymi rolami oraz ładnymi widokami nie oferuje niczego nowatorskiego czy interesującego. Smutne marnotrawstwo potencjału.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Szóstka
Produkcja: TVN
Typ: serial
Gatunek: obyczajowy
Data premiery: 31.03.2019
Liczba odcinków: 6
Twórcy: Kinga Dębska (scenariusz i reżyseria), Michał Godzic, Aneta Głowska (scenariusz)
Obsada: Gabriela Muskała, Grzegorz Damięcki, Mateusz Rusin, Maja Pankiewicz, Julia Wyszyńska, Sławomir Orzechowski, Marianna Zydek, Marcin Bosak, Marian Dziędziel, Agnieszka Pilaszewska, Szymon Piotr Warszawski, Magdalena Biegańska i inni.

PRZEGLĄD RECENZJI
NASZA OCENA
4.0
KOREKTASylwester Gdela
Poprzedni artykułGroza w pełnym słońcu. Recenzja książki Upiór południa
Następny artykułUff, jak gorąco! Wrażenia z koncertu Rammsteinu w Chorzowie
Dagmara „Daguchna” Niemiec
Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Niedawno skończyła Akademię Filmu i Telewizji i została reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się 100-stronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych (http://ostatniazzielonych.pl).

Dodaj komentarz

avatar