Burza

John William Waterhouse, Miranda – The Tempest, 1916, źródło: Wikimedia Commons

Burza była jedną z ostatnich i najmniej docenionych sztuk Williama Shakespeare’a. Trudno dzisiaj określić, dlaczego. Pewne jest, że współcześnie dostrzeżono jej artystyczne walory, co owocuje licznymi adaptacjami. Tylko w Polsce dramat ten do tej pory pojawił się w teatrach aż 53 razy, na ekranach w formie teatru telewizji po dwakroć, zaś w radio – po trzykroć. Chciałabym dzisiaj skoncentrować się na drugiej wersji bazującego na Burzy słuchowiska, którą w ramach emitowanego przez Program I Polskiego Radia cyklu Wielka klasyka w 2011 roku zrealizował Henryk Rozen. Raz, bo przyznam od razu: była to pierwsza dźwiękowa inscenizacja tego dzieła, na jaką wpadłam. Dwa, bo pozostała jednym z tych paru słuchowisk, do których powracam i chciałabym się podzielić spostrzeżeniami o tym, dlaczego tak się stało.

Próbowano Burzę interpretować wielorako. Jedni widzieli w niej magiczną baśń, inni historię walki o władzę. Współcześnie bardzo popularna stała się teoria postkolonialna, którą osobiście pogardzam mocno, jak zresztą całym trendem naginania klasycznych dzieł do natrętnie promowanych kwestii społeczno-politycznych. Szczęśliwie Henryk Rozen nie zdecydował się pójść tą drogą. Postawił na wizję w zasadzie baśniową, gdzie bohaterowie zderzają się z tym, co niewytłumaczalne z racjonalnego punktu widzenia.

Aby tę niezwykłość podkreślić, należało sprawić, aby i słuchacze poczuli się wrzuceni w wir magii. Dokonano tego za sprawą najnowszych zdobyczy techniki – słuchowisko zrealizowano i wyemitowano w systemie dźwięku przestrzennego Dolby Pro Logic II. W ten sposób efekty akustyczne wydają się o wiele bardziej realne. Odnosi się wrażenie, że od świata przedstawionego nie oddziela siateczka głośnika czy słuchawki. Wprawdzie teoretycznie do pełnego odbioru potrzebne jest kino domowe i konkretny dekoder, ale zdradzę wam sekret – w praktyce wystarczy zwykłe stereo, aby poczuć, że jest różnica między Burzą, a tradycyjnie nagranym słuchowiskiem.

Burza

Henryk Rozen (po lewej) podczas nagrania słuchowiska Sześć postaci scenicznych w poszukiwaniu autora, fot. Wojciech Kusiński/PR

Można mieć żal, że nie wykorzystano tłumaczenia Stanisława Barańczaka. Jak chyba wszystkie jego translacje dzieł Shakespeare’a, skrzy się ono autentycznym dowcipem i pozbawia dramat archaicznego brzmienia. Rozen mimo to sięgnął po zapomniany nieco przekład Leona Ulricha. Zapewne niejeden w tym momencie westchnie z ulgą, że nie zdecydował się na ten zmajstrowany przez Józefa Paszkowskiego – wszak jego tłumaczenia chyba już wszędzie mają opinię nadających się tylko na archiwalną półkę. Wersja Ulricha wydaje się od takiej ułomności wolna. Pomimo że (co zabawne) pochodzi z tego samego okresu. Bez większego trudu można odnaleźć oryginalny tekst w Sieci i zauważyć, że w toku adaptacji Rozen trochę dopomógł szczęściu – tam, gdzie było to możliwe, zrezygnował z tych paru jednak obecnych przestarzałych wyrażeń. Oczywiście nie ma mowy o żadnych dokonywanych na siłę uwspółcześnieniach. W efekcie język, którym posługują się bohaterowie nie tylko nie razi, ale pozostaje w jakimś sensie neutralny czasowo, co dodatkowo podkreśla baśniowość całości.

Nie da się ukryć, że jakiegokolwiek pomysłu na adaptację by nie mieli twórcy, kwintesencją teatru radiowego zawsze są aktorzy. Skupmy się więc na nich. Przyznać muszę, że istotna będzie tutaj moja dość szczególna perspektywa osoby, która obserwuje naszych polskich aktorów tak ze strony filmu i teatru, jak również dubbingu, pozostającego dziedziną rządzącą się swoimi własnymi prawami. Zapewne dlatego moje uczucia po tym, jak jeszcze przed wysłuchaniem Burzy rzuciłam okiem na listę płac, były dość mieszane. Krótko mówiąc: człowiek dobrze obeznany z dorobkiem głosowym większości obsadzonych aktorów może podejść do tego słuchowiska z przeświadczeniem, że umiejętności tej gromadki zna już doskonale i niczym oni nie mogą go zaskoczyć.

O, jak bardzo pomyli się ktoś, kto wystartuje do Burzy z takim podejściem…
Zacznijmy od drugiego planu. Wszyscy ci, którym przyszło zagrać królewską świtę i okolice, wywiązali się ze swoich zadań lepiej niż dobrze. Przezwyciężyli zarówno owo bycie „osłuchanym”, jak i często nieszczególną ilość ciekawego materiału do zagrania. Bo nie każdy z tych bohaterów doczekał się wyrazistego rysu osobowości. Chociażby takiego, jak u Trynkula i Stefana, który dał grającym te role Ryszardowi Jabłońskiemu i Jackowi Różańskiemu szansę na solidny komediowy występ. Miłogost Reczek stara się oddać Antonia jako personę sprawiającą wrażenie porządnej, ale jednak niebudzącą nadmiernego zaufania. I choć miewa gorsze momenty, to niewiele w grze ustępuje Mirosławowi Zbrojewiczowi, konstruującemu w zbliżony, acz nie identyczny sposób Sebastiana. Stanisław Brudny to klasa sama w sobie, choć uczciwy stary Gonzalo niemal stuprocentowo trafia w jego tradycyjne emploi. Pozostali również nie schodzą poniżej pewnego przyzwoitego poziomu. Ale mimo wszystko szczególnie ciekawie na tym tle prezentuje się Kazimierz Kaczor jako Alonso. Cichy, wycofany, zgaszony. Przygnębiająco przesiąknięty przekonaniem, że jego ukochany syn nie przeżył sztormu i nijak nie pozwalający się przekonać, że może być inaczej. I kiedy mówi, że najchętniej podążyłby za chłopcem w morską głębinę, aby spocząć z nim na dnie na wieki wieków, wierzymy, że faktycznie jest gotów to zrobić.

Burza

Leon Charewicz podczas nagrania słuchowiska Apolinaria, fot. PR

Grono głównych bohaterów dostarcza jeszcze więcej wrażeń. Największym zaskoczeniem jest Leon Charewicz jako Kaliban, z jednego chociażby powodu – to połączenie jest absolutnie sprzeczne z jego ekranowym wizerunkiem. W filmach i serialach widujemy go jako mężczyzn nieporadnych, tkwiących mocniej lub słabiej pod pantoflem swoich ukochanych kobiet. Tu jest stworem zepsutym i zdolnym do wszystkiego, a zarazem sprowadzonym do parteru, upokorzonym przez mającego nad nim kontrolę Prospera. To ten rodzaj postaci, przy której nietrudno jest ulec pokusie pójścia na łatwiznę i zagrania całości w przerysowany sposób. Ale Charewicz jest rozważny. Wie, kiedy może pozwolić sobie na wyrazistość, a kiedy lepiej odpuścić. Nie potrzebuje nadmiaru ekspresji, aby pokazać, jak niską i przegraną istotą jest Kaliban.

Ferdynand to zupełnie inna bajka. Wcielający się w niego Grzegorz Kwiecień w kręgach miłośników polskiego dubbingu ma opinię aktora, któremu większość reżyserów chce zrobić krzywdę – bo obsadzają go gdzie popadnie i bez żadnego pomyślunku, sugerując się głównie jego niskim i nad wiek poważnym głosem. W Burzy młody aktor wreszcie miał szansę się wykazać. Po trosze oddaje sposób, w jaki królewskiego syna widzi nieobeznana ze światem Miranda. Początkowo w Ferdynandzie jest wiele subtelności. Można by powiedzieć, że nierealnej, gdyby nie to, że Kwiecień z wyczuciem miesza z nią nuty ludzkich uczuć. Coraz mniej jest księcia z bajki, coraz więcej zwykłego, choć szlachetnego z charakteru chłopca.

Ten bliższy rzeczywistości Ferdynand daje Kwietniowi większe pole do popisu. Aktor zmienia nawet sposób mówienia na bardziej naturalny, aby było jasne, że mamy do czynienia z facetem z krwi i kości, choć środków wyrazu wciąż używa subtelnie. Wystarczy mu kilka głębszych oddechów i ukradkowo urywanych zdań, aby pokazać zmęczenie ciężką pracą. Nieco donośniejsze wygłoszenie kilku słów, by wyrazić szczęście. Ale kiedy trzeba oddać, jak bardzo zakochany jest w Mirandzie, to miłość wycieka z niego wszystkimi zgłoskami!

Skoro mowa o jedynej pani w tym męskim gronie, w interpretacji Mileny Suszyńskiej stanowi idealne dopełnienie Ferdynanda, aczkolwiek nie jest mdła i wydelikacona. To, jak młoda aktorka sprzedaje tekst, przypomina mowę typowej nastolatki, z jednej strony trochę niepewnej, z drugiej jednak chętnej na nowe wrażenia. Urocze są te króciutkie momenty zawahania, wkradające się pomiędzy słowa niektórych kwestii. Tak samo sposób, w jaki Miranda prosi ojca o łagodniejsze traktowanie swego wybranka. Nie brzmi to jak prośba; raczej jak fuknięcie przesiąknięte wyraźną sugestią, że będzie gryźć i kopać, jeśli Prospero jej nie posłucha. A jak się złości na… belki, które jej staruszek kazał nosić Ferdynandowi! Szukając analogii w świecie znanych nam z (pop)kultury księżniczek, bliżej jej do, dajmy na to, Meridy Walecznej niż do uładzonej Królewny Śnieżki.

Burza

Grzegorz Kwiecień podczas nagrania słuchowiska Apolinaria, fot. PR

Jednak kto inny rozdaje tutaj karty. I to dosłownie. Prospero: władca, mędrzec, ojciec, czarnoksiężnik. Wszystkie te typy postaci ma w swoim dorobku Krzysztof Gosztyła, więc któż nadałby się lepiej na księcia Mediolanu? Niektórzy miłośnicy radiowego teatru okrzyknęli tego aktora „królem słuchowisk” i sądzę, że nie ma w tym zbyt wiele przesady. Choć jest świetny na ekranie, to w mediach związanych z dźwiękiem najbardziej rozwija skrzydła. Sprawia wrażenie świadomego, jak grać głosem tak, aby uzyskać odpowiedni efekt bez pomocy środków wizualnych. Jest przy tym daleki od jednowymiarowego postrzegania swojego bohatera, a w przeciągu całego słuchowiska funduje nam niezłą przebieżkę po całym wachlarzu emocji. Początkowo brzmi w sposób, który powinien budzić szacunek słuchaczy. Ale…

Nieposłusznemu Kalibanowi jak stary belfer wylicza nieprzyjemności, jakie ześle na niego w ramach kary – chociaż chwilę wcześniej w przypływie gniewu najzwyczajniej na niego krzyczy. Gdy Miranda sprzeciwia się woli Prospera, głosem przesiąkniętym ojcowską, nerwową troską tłumaczy jej swoje racje. Do Ferdynanda początkowo odnosi się stanowczo, żeby koniec końców z poczciwą czułością wyswatać go ze swoją jedynaczką. I nawet, gdy do innych bohaterów zwraca się chociaż trochę szorstko, w kierowanych do samego siebie kwestiach zdaje się być dla nich znacznie bardziej wyrozumiały i… ogólnie rzecz biorąc, ludzki. Dlatego książę Mediolanu w wykonaniu Gosztyły to nie tylko popis świetnego głosowego aktorstwa, ale również postać, która z biegiem akcji naprawdę coraz bardziej daje się lubić.

Burza

Krzysztof Gosztyła podczas nagrania słuchowiska Gdy się zbudzimy spośród zmarłych, fot. Wojciech Kusiński/PR

Lecz tak jak Prospero byłby bezradny bez swojego wiernego sługi Ariela, tak kreacja Gosztyły nie byłaby pełna bez godnego go partnera w osobie Przemysława Stippy. Choć ten ostatni określany bywa mianem aktora charakterystycznego, trudno jest przypiąć mu jednoznaczną łatkę – ma w swoim szerokim dorobku różnorodne role. Być może to właśnie ta wszechstronność zadecydowała o tym, że tak doskonale sprawdził się w Burzy. Granego przez niego Ariela nie można nazwać oczywistym. W jednej chwili jego głos jest zwiewny, w następnej piskliwy, dziecinny. W jeszcze dalszej prawie kobiecy albo chłopięcy, czy też zjeżdżający nienaturalnie w stronę niskich, złowieszczych tonów… Nie da się zapomnieć, że całą tę rolę rozpoczyna scena burzy i głośne, maniakalne śmiechy niczym z sennego koszmaru. W całokształcie Arielek to całkiem dobry duszek, ale po takim wstępie wie się, żeby trzeba chociaż trochę na niego uważać.

Nie jest to jednak tylko popis modulacji, warsztatowa huśtawka. Za każdym rodzajem głosu idzie odpowiedni dla niego zbiór emocji. Ariel Stippy jest jednocześnie nierealnie eteryczny i przyziemnie figlarny, czule infantylny i złowrogo niepokojący. Sprzeczności pożenione w obrębie jednej postaci jak ogień z wodą. A do tego wszystkiego jeszcze swego rodzaju wisienka na torcie – jako przeobrażony w nimfę Ariel, nasz aktor śpiewa po prostu jak anioł. Aż dziw bierze, dlaczego chyba nikt jeszcze nie próbował wykorzystać go konkretniej jako wokalisty. Ogółem nie boję się stwierdzić, że to nie tylko jego najlepszy do tej pory występ w słuchowiskach, ale i również jedna z najbardziej udanych ról w ogóle.

Burza

Przemysław Stippa podczas nagrania słuchowiska Sześć postaci scenicznych w poszukiwaniu autora, fot. Wojciech Kusiński/PR

Nasuwa się przy okazji tej radiowej Burzy jedno ważne pytanie. Czy elementy, które zadecydowały o jej powodzeniu, są faktycznie czymś aż tak szczególnym? Dobry pomysł inscenizacyjny, odpowiednie i ładnie brzmiące językowo tłumaczenie, aktorstwo w zależności od osoby od solidnego po wyśmienite? Czy to czasem nie są rzeczy, które (nie tylko przy słuchowiskach) powinny być czymś ogólnie przyjętym? Właśnie. Jak najbardziej, ale różnicę między teorią a praktyką chyba nawet dziecko dostrzega.

Żyjemy w czasach popularności inscenizacji, które męczą odbiorców niekiedy na wszystkich poziomach. Może dlatego tak bardzo cieszy, że powstają jeszcze słuchowiska robione „po bożemu”, bez niepotrzebnego kombinowania. Burza jest zdecydowanie jednym z nich. Pod płaszczykiem dobrze opowiedzianej fantastycznej baśni oferuje historyjkę tak bardzo realistyczną w warstwie emocji i relacji pomiędzy bohaterami, że chyba bardziej się nie da. Pełną tego, co zawsze pozostaje aktualne – miłości, nienawiści, zazdrości, żądzy władzy i innych ludzkich słabości. Taką, do której będzie się chciało powracać nie raz i nie dwa.

Podsumowanie
8.5/10

Nasza ocena

Plusy:
+ rezygnacja z nachalnie promowanej interpretacji tekstu
+ tłumaczenie i adaptacja
+ znakomity pomysł na realizację dźwięku
+ aktorstwo, z odtwórcami głównych ról na czele

Minusy:
– część drugiego planu miewa gorsze momenty
– od biedy można narzekać na niewykorzystanie tłumaczenia Barańczaka

Sending
User Review
0 (0 votes)

Dodaj komentarz

avatar