Król Lear

Fonopolis, szerszemu gronu odbiorców znane prawdopodobnie przede wszystkim ze względu na słuchowiska realizowane na podstawie Sagi o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, bezustannie poszukuje wdzięcznych materiałów, które można przekuć na udaną powieść dźwiękową. Jakiś czas temu wzięło na warsztat Króla Leara Williama Shakespeare’a, którego premiera zapowiedziana została na lato minionego roku. Ale albo słuchowisko rodziło się w bólach, albo pojawiły się inne problemy, ponieważ ostatecznie trafiło do sprzedaży dopiero w połowie września tego roku. Czy warto było czekać i czy warto się nim zainteresować? Na oba pytania odpowiedź jest jak najbardziej twierdząca.

Na początek mała uwaga: trudno jest mi zrozumieć, dlaczego z całego dorobku Shakespeare’a zdecydowano się akurat na ten utwór. Wiele dramatów i komedii dramaturga ze Stratford-upon-Avon nie doczekała się dźwiękowych adaptacji na język polski, nie licząc co najwyżej audiobooków. Król Lear był zaś realizowany jako słuchowisko już w 1961 roku. Co ciekawe – również przez Teatr Polskiego Radia, tak jak wersja Fonopolis. Warto mieć jednak na uwadze, że wersja z lat 60. przygotowywana była z myślą o emisji w radiu, stąd też ze względu na ograniczenia tego medium zrealizowano wyłącznie skróconą adaptację. Nowsze wydanie, trwające cztery i pół godziny, stanowi z kolei pełną dźwiękową wersję dramatu.

Zakładam, że treść utworu jest dobrze znana czytelnikom, bo jakby nie patrzeć należy on do kanonu lektur szkolnych, tak więc nie będę rozpisywał się na temat fabuły. Spróbuję jednak odpowiedzieć samemu sobie na postawione wyżej pytanie: dlaczego akurat Król Lear? Ano być może dlatego, że spośród wszystkich dramatów i kronik Shakespeare’a poświęconych królom, opowieść o władcy Brytanii różni się jednym znaczącym szczegółem: Hamlet, Makbet, Ryszardowie i wszyscy inni walczyli o władzę, pożądali jej, starali się ją zdobyć za wszelką cenę, dążąc po trupach do celu, jeżeli było to konieczne. Lear dla odmiany jest pierwszym i ostatnim królem w dorobku stratfordczyka, który dobrowolnie zrzeka się obowiązków władcy i przechodzi na „emeryturę”. Podczas, gdy inni bohaterowie utworów dramaturga byli postaciami tragicznymi ze względu na chorobliwą chęć władzy, która fatalnie się dla nich kończyła, Lear pragnie tylko w spokoju dożyć kresu swoich dni. Nie zauważa jednak, że w momencie, kiedy zrzekł się władzy – zachowując dla siebie tytuł króla, orszak i pewne przywileje oraz stając się fasadowym królem – stracił szacunek innych, którzy zaczęli traktować go jak pośmiewisko. We znaki dają się także wynikające z sędziwego wieku humory, przez które odtrąca Kordelię i Kenta, będących dla niego przecież najbliższymi osobami. Początkowo jest tragiczny przez swoją śmieszność, ale w przeciwieństwie do większości bohaterów Shakespeare’a, czytelnik nabiera do niego sympatii dopiero z czasem, podczas gdy do innych ją tracił.

Powyższa pseudoanaliza postaci na poziomie szkoły podstawowej przytoczona została nie przez przypadek, ma bowiem nakreślić postać, w którą przyszło wcielić się mistrzowi słuchowisk Krzysztofowi Gosztyle, a którą odegrał w sposób absolutnie genialny. W jego kreacji słychać wściekłość i szaleństwo, gdy jest to potrzebne, kiedy indziej zaś jego Lear budzi w słuchaczu autentyczne współczucie. Żal się robi wiedząc, że chociaż się zmienił, jego koniec będzie smutny i tragiczny. Gosztyła jest najjaśniejszą gwiazdą słuchowiska, ale nie brak w nim i innych wartych odnotowania kreacji. Pierwszą z nich jest kolejny mistrz słuchowisk, Mariusz Bonaszewski, któremu przypadła w udziale rola Edgara i którą, jak można było się spodziewać, odegrał w sposób znakomity. Na szczególne uznanie zasługuje również Marian Opania jako Błazen, który jest po prostu świetny – jego przesłodzony, ale zarazem ironiczny głos, kiedy drwi z Leara, to kawał znakomitej roboty. Dodać do tego należy jeszcze świetnie wykonane piosenki, które Opania sam skomponował na potrzeby słuchowiska. Najogólniej rzecz biorąc, do większości ról męskich trudno jest mi się przyczepić, ponieważ zostały obsadzone z wyczuciem i znakomicie zagrane. Chociaż są one dość teatralne, w żaden sposób to nie razi, mamy w końcu do czynienia z dźwiękową adaptacją sztuki teatralnej. Jedynym zgrzytem może być wcielający się w Kenta Adam Woronowicz. Co prawda jest w podobnym wieku co grana przez niego postać, jednak jego głos wydaje mi się do niej zbyt młody i mam wrażenie, że lepiej pasowałby Tomasz Marzecki, któremu przypadła rola księcia Kornwalii. Innym mankamentem jest to, że Kent – po tym, jak zostaje wygnany przez Leara – nie chce opuścić swojego króla i przybiera postać starca, a w celu uniknięcia zdemaskowania zmienia akcent. Problem w tym, że w słuchowisku zarówno jako Kent, jak i starzec Woronowicz brzmi jak Woronowicz, co może prowadzić do nieco idiotycznego pytania: dlaczego ani Lear ani jego córki, które dobrze przecież znają Kenta, nie skojarzyli po głosie, że to on?

Za dużo dobrego niestety nie da się powiedzieć o rolach kobiecych. Co prawda pojawiają się tylko trzy – rzecz jasna córki Leara: Goneryla, Regana i Kordelia – ale wszystkie wypadają nieporównywalnie gorzej niż mężczyźni. Dorota Landowska, Marta Żmuda Trzebiatowska i Anna Cieślak to niestety najsłabsze ogniwa obsady, które również brzmią teatralnie, ale – jakby to powiedzieć – „w zły sposób”. O ile mężczyźni prezentują w tym słuchowisku poziom profesjonalnego teatru, o tyle wymienione panie brzmią trochę bardziej jak studentki aktorstwa albo amatorki, raz będąc przesadnie ekspresywne, a kiedy indziej beznamiętne. Owszem, bywają role, które wymagają takiego ich zagrania, córki Leara jednak do nich nie należą.

5

Nie zamierzam udawać, że jestem filologiem znającym język staroangielski i wiem, który z tłumaczy Shakespeare’a poradził sobie najlepiej i najwierniej oddał jego twórczość. Sugerować mogę się tylko prywatnymi odczuciami, wedle których najbardziej podoba mi się tłumaczenie Stanisława Barańczaka. Co prawda moja siostra, która dla odmiany z wykształcenia jest filologiem angielskim, twierdzi, że to najlepszy polski tłumacz dzieł stratfordczyka, ale dla mnie jego przekłady są po prosty najlepiej przyswajalne dla współczesnego czytelnika, a dodatkowo opracowane z myślą o aktorach grających w języku polskim, wobec czego bardzo dobrze brzmią i układają się w ustach. Słuchowisko to, jakby nie patrzeć, teatr wyobraźni, więc przekład Barańczaka wydawałby mi się naturalną kanwą dla wersji dźwiękowej, jednak realizatorzy zdecydowali się na Józefa Paszkowskiego. Dlaczego? Ponieważ jego tłumaczenie znajduje się już w domenie publicznej, jest lubiany przez aktorów i teatry, frazy z jego tłumaczeń Shakespeare’a, takie jak chociażby „Niech ryczy z bólu ranny łoś”, na stałe weszły już do potocznej polszczyzny? Trudno jest mi na to pytanie odpowiedzieć. Wybór Paszkowskiego ma jednak ten plus (lub tę wadę), że jako opracowany w XIX wieku brzmi dla współczesnego Polaka archaicznie, chociaż nie aż tak, jak dla Anglika archaicznie brzmią dzieła Shakespeare’a. Tłumaczenie to przyjęte zostało z całym „dobrodziejstwem inwentarza”, w tym z takimi cudami, jak Edmund proszący swojego brata: „Spuść się już na mnie” (czyli tłumacząc z polskiego na polski: „Zostaw to mnie”). O ile jednak czytanie dramatów Shakespeare’a w przekładzie Paszkowskiego zawsze było dla mnie mordęgą, o tyle w formie dźwiękowej, kiedy dialogi wygłaszane są przez utalentowanych aktorów, brzmią nieporównywalnie lepiej i znacznie łatwiej się je przyswaja. Możliwe więc, że nawet jeżeli osobiście nie przepadacie za tłumaczeniami Paszkowskiego, w słuchowisku nie będą one tak gryzły.

Ponieważ mamy do czynienia z dźwiękową wersją, słuchowisko pozbawione jest narratora, którego rola ograniczałaby się do czytania didaskaliów. Z tego też względu cała produkcja jest ciągiem dialogów i monologów, które sporadycznie – pod koniec lub na początku aktu – przeplatane są krótkimi wstawkami muzycznymi, a cały ciężar przedstawienia postaci i tego, co dzieje się wokół nich, spada na aktorów i dźwięk. Jeżeli idzie o odtwórców ról, w większości przypadków im się to udaje, np. głos Gosztyły i to, jak kreuje nim postać, od razu rysują wizję zgodną z lakonicznym opisem Shakespeare’a – króla sędziwego, ale dostojnego i szanowanego. Jedynym mankamentem jest tutaj wspomniany wcześniej Adam Woronowicz, który brzmi bardziej jak rozbrykany dwudziestoparolatek, a nie szlachcic liczący sobie blisko pięćdziesiąt lat. Nieco gorzej ma się już sytuacja z próbą oddania innych właściwych dramatowi cech po usunięciu didaskaliów, np. trudno jest odróżnić, kiedy postać mówi do siebie. Na scenie aktor musi wypowiadać słowa na głos, żeby widzowie znali myśli jego postaci, wydaje mi się jednak, że w słuchowisku, będącym zupełnie innym medium, rządzącym się innymi prawami, można by trochę odejść od tej formy i zastosować wybieg, z którego Teatr Polskiego Radia skorzystał przy niedawnym Lśnieniu: zastosować w takich scenach charakterystyczny pogłos czy echo, jednoznacznie dające do zrozumienia, że dana kwestia jest wypowiadana w głowie bohatera. Brak didaskaliów sprawia również, że czasami trudno stwierdzić, do kogo dokładnie zwraca się postać. Będąc przy stronie dźwiękowej warto dodać, że produkcja mimo wszystko jest dość skromna w kwestii odgłosów, co może nieco utrudniać rozeznanie się w scenie. Jak przystało na słuchowisko, Król Lear doczekał się również oprawy muzycznej, dla mnie osobiście będącej najmniej ważnym elementem w tego typu realizacjach. O kompozycjach Łukasza Targosza trudno mi powiedzieć coś ponad to, że są, a utwory, przywodzące na myśl filmowy horror z lat 50. i 60. ubiegłego wieku, nadają jednak całości pewnego smaczku.

Chociaż nie obyło się bez drobnych zgrzytów, na Króla Leara zdecydowanie warto było czekać dłużej, niż pierwotnie zapowiadano, a i po premierze jest to produkcja jak najbardziej godna uwagi. To kawał solidnego słuchowiska, w którym na pierwszy plan wysuwa się grający tytułową postać Krzysztof Gosztyła, kradnący dla siebie każdą scenę, w której się pojawia. Gdyby się zdarzyło, żeś czytelnikiem młodszym, mającym przerabiać ten dramat w szkole, wersja dźwiękowa jest znakomitą alternatywą dla wersji papierowej – nawet w tłumaczeniu Paszkowskiego wchodzi gładko i słucha się jej z wielkim zainteresowaniem.

Podsumowanie
8.5/10

Nasza ocena

Plusy:
+ fenomenalny Krzysztof Gosztyła
+ i pozostali aktorzy
+ bardzo dobre udźwiękowienie

Minusy:
– wyraźnie słabsze głosy kobiece
– przekład Paszkowskiego (jeżeli ktoś go nie lubi tak jak recenzent)
– bez didaskaliów i narratora niektóre momenty mogą być nieco niejasne

Sending
User Review
5 (1 vote)

Dodaj komentarz

avatar