Ostatnia wieczerza na cztery ręce – recenzja słuchowiska Mozart i Salieri

Przemysław Stippa (Salieri) i Grzegorz Małecki (Mozart) podczas pracy nad słuchowiskiem, fot. Jacek Konecki/PR.

Literatura chętnie żywi się tymi sytuacjami, które nigdy się nie wydarzyły, chociaż na dobrą sprawę istniały ku temu sprzyjające okoliczności. Bo skoro dwie postaci historyczne żyły w tych samych czasach, to dlaczego nie miałyby się spotkać? W takim duchu Paul Barz napisał Kolację na cztery ręce – i podobna myśl zapewne przyświecała Aleksandrowi Puszkinowi, gdy tworzył jednoaktówkę zatytułowaną Mozart i Salieri. Po tekst sporadycznie sięgano na polskich scenach, ale za to aż dwukrotnie w Teatrze Polskiego Radia: w latach 90. słuchowisko na jego podstawie przygotował Zdzisław Dąbrowski, zaś w kwietniu tego roku Igor Gorzkowski.

Choć niniejszą recenzję chciałabym poświęcić nowszej adaptacji, trudno mi będzie uniknąć jakichkolwiek odwołań do jej poprzedniczki. Choćby dlatego, że z oczywistych względów to na nią trafiłam jako pierwszą. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – są aspekty, w wypadku których spojrzenie na obie inscenizacje jednocześnie może okazać się bardzo pouczające.

Wolfgang Amadeusz Mozart i Antonio Salieri w rzeczywistości nie byli wrogami. Nie rywalizowali ze sobą, bo podobno za bardzo nie mieli po co. Każdy z nich pracował na swoim muzycznym polu i był zadowolony. Ale taka wersja nie brzmi zbyt efektownie. Bo jak to tak? Cudowne dziecko muzyki i płodny kompozytor służący na dworze wiedeńskim mogliby tak po prostu nic do siebie nawzajem nie mieć? Niemożliwe! Może właśnie dlatego wizja zaproponowana przez Puszkina w napisanym ledwie pięć lat po śmierci Salieriego tekście była tak atrakcyjna również dla późniejszych twórców. Nikołaj Rimski-Korsakow oparł na niej operę, Peter Shaffer – sztukę teatralną, zaś Miloš Forman – film fabularny (będący zresztą ekranizacją dramatu Shaffera).

Przemysław Stippa (Salieri) podczas pracy nad słuchowiskiem, fot. Jacek Konecki/PR.

Nie oszukujmy się – nie fabuła jest tu najważniejsza. O tym, co ma się wydarzyć w finale, dowiadujemy się już w połowie historii. Przy mniejszym szczęściu możemy wpakować się na ten „spoiler” jeszcze przed wysłuchaniem, w jakimś streszczeniu czy opisie. Podstawą jest napięcie, budowane niemal od samego początku i utrzymane aż do ostatnich minut tego, niezbyt długiego zresztą, słuchowiska. Kto wie, być może właśnie świadomość zbliżającego się nieuchronnego, tragicznego finału też robi swoje. Ale w przeciwieństwie do wersji z lat 90., w nowej środek ciężkości przesunięty zostaje na jedynych bohaterów tego kameralnego dramatu. Czytaj: na dwie silnie osobowości, których spotkanie nie może przejść bez echa. Choć na pozór może się wydawać, że zachowują się dość normalnie. Tak… po ludzku.

Adaptacja Dąbrowskiego zdawała się w tym względzie inscenizacją robioną „po bożemu”. Naprzeciwko siebie postawieni zostają Salieri Jarosława Gajewskiego – dojrzały, poważny i zarazem mocno zawzięty – oraz Mozart młodziutkiego Marcina Przybylskiego – wesoły smarkacz o zaraźliwym śmiechu, choć opanowujący emocje, gdy wymaga tego sytuacja. Ot, obie postacie przedstawione w taki sposób, w jaki zapewne przeciętny czytelnik by je sobie wyobraził. W żadnym razie nie należy tego uznawać za wadę. Twierdzę wręcz, że bez takiej „podstawy” trudno byłoby w pełni docenić perspektywę, z jakiej zdecydował się pokazać bohaterów Gorzkowski.

W wykonaniu Przemysława Stippy Salieri nie wydaje się materiałem na łotra. Zgaszony, za powściągliwą maską dumy, próbuje ukryć zszargane do granic wytrzymałości nerwy. Porównując go z odpowiednikiem ze starszej wersji, a nawet z rolami tego aktora w innych słuchowiskach, jest wręcz cichutki. Nie takie cechy kojarzą się z kimś, kto mówi o sobie: Zazdroszczę. Jak głęboko, jakże boleśnie dziś zazdroszczę – nieba! Z kolei grany przez Grzegorza Małeckiego Mozart na tle „poprzednika” sprawia wrażenie wyjątkowo poważnego. Trudno w nim znaleźć wiele z utrwalonego dość mocno w kulturze wizerunku kompozytora jako dorosłego dzieciaka. Owszem, pozostaje względem starszego od siebie Salieriego beztroski i przekorny. Ale to beztroska i przekora bardzo świadome.

Istotne również wydaje się to, że pierwotny (i zachowany w starszej inscenizacji) dystans wiekowy pomiędzy kompozytorami został przez reżysera mocno skrócony za sprawą bardzo nieoczekiwanych decyzji obsadowych. Wszak to obdarzony chłopięcym głosem i aparycją Stippa zdawałby się bardziej odpowiadać przyjętemu wizerunkowi Mozarta niż niewątpliwie męski Małecki. Ponadto obu aktorów dzieli tylko parę lat różnicy, nie zaś – jak miało to miejsce w wersji z lat 90. – kilkanaście.

Grzegorz Małecki (Mozart) podczas pracy nad słuchowiskiem, fot. Jacek Konecki/PR.

Na poziomie adaptacji tekstu Gorzkowski też konsekwentnie trzyma się swoich założeń w kwestii konstrukcji postaci. Dość sprytnie wprowadza kwestie nieobecne w oryginale: odbiorca nieznający pierwowzoru nie jest w stanie ich wskazać jako dołożonych czy niepasujących, a całość na tym zyskuje. Najpiękniejszym przykładem jest scena, w której Mozart prezentuje Salieriemu właśnie napisany utwór. Jego krótki monolog nie tylko zostaje rozszerzony, ale i podzielony pomiędzy obu bohaterów. Tak powstaje zabawna sytuacja, bardzo daleka od minorowego nastroju oryginału – młodszy z kompozytorów próbuje naprowadzać starszego na to, co miał na myśli podczas tworzenia. Z drugiej strony Gorzkowski wie, kiedy niedomiar jest lepszy od nadmiaru. Usunięcie chociażby kilku linijek finałowego monologu Salieriego całkowicie zmienia i motywację tej postaci i wydźwięk całej historii.

W historii o kompozytorach walczących o prymat w świecie muzyki nie powinno zabraknąć tej ostatniej. Ba, w kilku miejscach jej obecność wymusza literacki pierwowzór. Jednak realizatorzy postanowili nie poprzestawać ani na tych momentach ani na użyciu paru utworów jako akompaniamentu wybranych scen. Trudno byłoby uwierzyć w ludzi, dla których muzyka jest sensem życia, a którzy zarazem nie poświęcają jej zbyt wiele czasu. Dlatego w kilku sekwencjach nieobłożonych żadnymi odautorskimi wytycznymi można usłyszeć, że bohaterowie – dialogując ze sobą czy monologując – przygrywają czasem na fortepianie.

Gdybym musiała nazwać jednym słowem to, co sprawia, że Mozart i Salieri to udane słuchowisko, powiedziałabym: niejednoznaczność. Można się jej doszukać chyba w każdym aspekcie, choć sama konwencja pozostaje jasna i kameralna. Teoretycznie prostota z wieloznacznością łączyć się nie mogą. A jednak jakimś cudem Igorowi Gorzkowskiemu się to udało. Z dramatu, który zdawał się oczywisty, powstała inscenizacja, której w żadnym wypadku nie można za takową uznać. Może to nie jest słuchowisko zdolne zatrząść w posadach czyimś systemem wartości, ale… Czy propozycja zgłębienia tego, co może tlić się w wielkich umysłach, nie brzmi kusząco?

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Mozart i Salieri
Realizacja: Teatr Polskiego Radia
Typ: Słuchowisko
Gatunek: Dramat
Data premiery: 16 kwietnia 2017
Autor: Aleksander Puszkin
Adaptacja tekstu i reżyseria: Igor Gorzkowski
Obsada: Grzegorz Małecki, Przemysław Stippa

Dagmara „Daguchna” Niemiec

Dagmara „Daguchna” Niemiec

Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Aktualnie uczy się w Akademii Filmu i Telewizji, jak zostać reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się 100-stronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych (http://daguchnatoja.blog.onet.pl).