Ogrody Chwały

Autor zdjęcia: PhotoMIX-Company, źródło: pixabay.com.

Od stosunkowo niedawna wyczuwam w Teatrze Polskiego Radia nasilenie pewnej tendencji – mody na słuchowiska reżyserowane przez aktorów. I nie chodzi mi tu o takie osoby jak Marcin Hycnar, Łukasz Lewandowski czy Krzysztof Czeczot, które działalność reżyserską traktują na równi z aktorską. Mam na myśli ludzi dotychczas stojących przed mikrofonem, i znanych z takiej aktywności w teatrze radiowym. Takich małych zaskoczeń w ciągu ostatnich lat nie brakowało. Paweł Ciołkosz i Rozmowa z człowiekiem, którym się gardzi, Marcin Przybylski i Pieśń ujdzie cało, niedawno Przemysław Wyszyński i Witz.

W maju 2017 roku do tego całkiem sympatycznego grona dołączył Grzegorz Kwiecień. Postać absolutnie mi nieobca. Z jednej strony członek zespołu aktorskiego stołecznego Teatru Narodowego, w którym bywam częściej niż u lekarza. Z drugiej – rozpoznawalny aktor dubbingowy i radiowy, ze sporym jak na tak młody wiek dorobkiem. A nade wszystko – Ferdynand z mojej ukochanej dźwiękowej inscenizacji Burzy Szekspira. Teraz do tego wszystkiego możemy dołożyć jeszcze debiut reżyserski w Teatrze Polskiego Radia, pod postacią słuchowiska Ogrody Chwały na podstawie sztuki Jacka Zawady.

W spektaklach radiowych, tekst jest ważny jak chyba w żadnej innej formie teatralnej. Nieistotne, czy to adaptacja mniej lub bardziej znanej pozycji literackiej, czy utwór stworzony specjalnie na potrzeby słuchowiska, lub wywodzący się z tak zwanej współczesnej dramaturgii. I muszę przyznać, że z tymi drugimi ostatnio mam spory problem. Słuchowiska oparte na wielkiej i małej literaturze zazwyczaj bronią się w ostatecznym rozrachunku, bo siła książkowego pierwowzoru potrafi odwrócić uwagę od pewnych niedoskonałości adaptacji i inscenizacji. Teksty tworzone z przeznaczeniem do teatru (w tym również tego radiowego) nie zawsze taką moc posiadają. Niestety właśnie tutaj tkwi pierwszy i podstawowy problem, jaki dostrzegam w Ogrodach Chwały, i który jednak podcina tej produkcji skrzydełka niemal na samym początku – a mianowicie tekst, który młody aktor wybrał na swój radiowy debiut reżyserski. Nie jestem pewna czy była to dobra decyzja.

Ogrody Chwały

Jacek Zawada (autor tekstu), Grzegorz Kwiecień (reżyser) oraz Andrzej Brzoska (realizator dźwięku) w studiu radiowej Trójki, fot. Katarzyna Borowiecka.

Osią fabuły jest telewizyjny show, tytułowe Ogrody Chwały, w którym tyleż demoniczny, co kabotyński prowadzący, wciąga kolejne pary uczestników w coraz bardziej drastyczne i odzierające z intymności wyznania i zadania. Nie wiadomo, jaki jest klucz doboru wyzwań w każdej z tych kategorii. Raz mówi się o szukaniu prawdy, raz o wymierzaniu sprawiedliwości, a kiedy indziej – o dostarczaniu rozrywki. Może żadna z tych opcji nie jest prawdziwa, a może każda. Ta zasada z czasem okazuje się mieć zastosowanie praktycznie do wszystkiego, co się dzieje – nie tylko w obrębie studia. Pomysł sam w sobie jest całkiem ciekawy i mógłby wystarczyć do stworzenia intrygującej fabuły, ale… Za często daje się wyczuć, że brakuje w tym wszystkim konsekwentnego zamysłu, a autor tekstu chce złapać zbyt wiele srok za ogon.

Dużym problemem jest użycie konwencji teleturnieju, przy jednoczesnym pominięciu zasad dla niej typowych. Nie da się ukryć, że większość kultowych programów rozrywkowych tego rodzaju ma bardzo nieskomplikowany punkt wyjścia. Odpowiedz na dwanaście pytań i wygraj milion złotych. Kręć kołem, odsłaniaj litery i odgadnij hasło, by zgarnąć samochód. Ogrody Chwały takiego jasnego i konkretnego założenia nie posiadają. Może poza tym, że do wygrania są duże pieniądze. Ale co trzeba zrobić, żeby je zdobyć? Odbiorcy dowiadują się tego dopiero w drugiej połowie słuchowiska. Pierwsza skupiona jest na wyciąganiu graczom trupów z szafy, tak naprawdę jeszcze zanim zacznie się właściwa rozgrywka. Ale nawet kiedy prawdziwa gra wreszcie się rozpoczyna, nie przynosi satysfakcji – tylko zachowania uczestników podbudowują klimat. Nie da się ukryć, że realia teleturnieju mają w sobie wielki potencjał fabularny, który tutaj zostaje wykorzystany w minimalnym stopniu.

Oryginalne i ciekawe pod względem dramaturgicznym jest nadawanie graczom nowych imion na potrzeby rozgrywki. Ale tuż obok pojawiają się pomysły dość banalne, którymi próbuje się zamienić Ogrody Chwały w Battle Royale czy Głodowe Igrzyska. Jedna z uczestniczek lamentuje, że z mężem mieli zostać zaciągnięci do studia siłą – ale jak tu jej wierzyć, gdy kolejni gracze nie sprawiają wrażenia do czegokolwiek zmuszonych, a jeden z nich stwierdza wprost, że nie zamierza opuścić studia bez znacznej gotówki? Do tego odpowiadanie na pytania z lufą przy skroni, oddawanie ostatecznej decyzji w ręce krwiożerczej publiczności, wisząca nad zawodnikami groźba publicznej egzekucji w wypadku przegranej bądź złamania zasad… Pojawiająca się poza właściwym pojedynkiem gra w Palce Midasa też zabrzmi aż nadto znajomo. Zresztą, to i tak nie jest jeszcze najgorsze – nawet pobieżne przejrzenie oryginalnej sztuki, dostępnej w Sieci, daje wyobrażenie o tym, jak dobrze sprawiła się osoba odpowiedzialna za adaptację tekstu (czyżby sam reżyser?), usuwając naprawdę sporo fragmentów niebezpiecznie balansujących na granicy pretensjonalności i przerysowania. Jeżeli nie przekraczających ją.

Ogrody Chwały

Mariusz Bonaszewski podczas pracy nad słuchowiskiem Wesele, fot. Wojciech Kusiński/PR.

Warto w tym momencie zadać sobie bardzo istotne pytanie. Czy taki tekst dzisiaj jest zasadny? Czy temat manipulacji medialnej, czynionej dla okrutnej rozrywki, nie jest już nieco przebrzmiały? Taka historia mogłaby być odpowiednio uderzająca jakieś 8-10 lat temu. W czasach, kiedy polscy widzowie po raz pierwszy zobaczyli, jak Jerry Springer w swoim talk show napuszczał na siebie ludzi publicznie piorących swoje brudy. Gdy na krajowej antenie pojawił się teleturniej Kłamca, gdzie pomiędzy walczącymi o nagrodę pieniężną potrzebującymi osobami stawał człowiek ze spreparowaną historią, którego gracze mieli za zadanie wytropić i wyeliminować z programu. Wtedy, kiedy różne obyczajowe tabu telewizyjna rozrywka łamała w Polsce po raz pierwszy, a nas, jako potencjalnych odbiorców, zaczęto straszyć, że każdy kolejny pomysł na show będzie jeszcze okrutniejszy i jeszcze głupszy.

Minęła dekada. Niektórzy wciąż twardo trzymają się zdania, że w telewizji będzie już tylko gorzej, ale nadal nie posuwamy się na małym ekranie do ostateczności. Wszystkie kontrowersyjne lub balansujące na granicy dobrego smaku pomysły rozrywkowe w krajowych telewizjach, pokroju Momentu prawdy czy Hole in the Wall, były zawsze raczej ewenementami, które rynek weryfikował bez litości – rzadko utrzymywały się na antenie dłużej niż około rok. Poza tym, w dobie Internetu oraz wszelakich usług typu wideo na życzenie, media rozumiane jako telewizja nie mają już tak decydującego znaczenia w kreowaniu mentalności widowni. Oczywiście jest więcej niż pewne, że twórcy telewizyjni będą poszukiwali coraz to dziwniejszych pomysłów na przyciągnięcie widzów. Ale na wizję przedstawioną w Ogrodach Chwały nie ma co liczyć. Na szczęście.

Wyżej wymienione niedostatki tekstu bolą tym bardziej, że od strony realizacji słuchowisko stoi na całkiem porządnym poziomie, a Kwiecień udowadnia, że mógłby związać swoją przyszłość z reżyserią radiową na równi z aktorstwem. Obsada właściwie nie ma słabych punktów, poza Małgorzatą Kozłowską w roli Lisy Laroux, jednej z uczestniczek programu. Nie dość, że już na papierze ta bohaterka nie budzi sympatii, to jeszcze wcielająca się w nią aktorka gra z nieprzyjemną, nieprzekonującą manierą. Na szczęście reszta prezentuje się dużo lepiej. Nazwiska takie jak Paweł Paprocki czy Aleksandra Bożek, nieczęsto pojawiające się w teatrze radiowym, sprawiają przyjemność już samą swoją obecnością, że o grze aktorskiej nie wspomnę. Miłą niespodziankę zrobił mi Mateusz Rusin jako doktor Palmer. Od pewnego czasu nie wiem co o nim myśleć – zaczął swoją karierę wykazując wielki potencjał, by potem nagle i nie wiedzieć, czemu przejść do grania każdej postaci w dokładnie ten sam sposób. W Ogrodach Chwały mile mnie zaskoczył. Dopiero przy odczytywaniu listy płac dowiedziałam się, kto wcielił się w rolę pana doktora, bo podczas słuchania w ogóle go nie poznałam.

Ogrody Chwały

Jacek Braciak podczas pracy nad słuchowiskiem Muzykant, fot. Grzegorz Śledź/PR2.

Ale trzeba przyznać, że to Mariusz Bonaszewski jako Charles Bennington i Jacek Braciak jako Patrick Falkner ciągną poziom całego słuchowiska ku górze oraz kradną show – dosłownie i w przenośni. Przed pierwszym z panów stało trudne zadanie. Postać prowadzącego nawet po adaptacji oryginalnego tekstu pozostała momentami mocno przejaskrawiona, i w wykonaniu niedostatecznie wprawnego aktora stałaby się niezdrowo bliska niezamierzonej parodii. W wykonaniu Bonaszewskiego Charles nadal jest (nomen omen) teatralny, ale w sposób jak najbardziej świadomy. Nie pozwala ani na moment zapomnieć o tym, że jego zachowanie jest kreacją na potrzeby widowiska, lecz jednocześnie nie irytuje odbiorcy. Z kolei Braciak doskonale sprawdza się jako bardzo inteligentny, pewny siebie Patrick, który nie robi z siebie ofiary, nie udaje, że przyszedł tu po cokolwiek innego niż wygraną i uznanie, a ponadto jest na tyle bezczelny, że próbuje wykiwać tak prowadzącego, jak i publiczność. Powściągliwa, pozbawiona niepotrzebnych fajerwerków gra aktorska sprawia, że ten bohater chyba jako jedyny z uczestników potrafi wzbudzić w słuchaczach jakąkolwiek sympatię. Przynajmniej na jakiś czas.

Strona techniczna słuchowiska nie wzbudza znaczących zastrzeżeń, aczkolwiek są aspekty, które mimo wszystko drażnią. Oprawa dźwiękowa towarzysząca teleturniejowi sprawia wrażenie dość przypadkowej i niespójnej. Jakby – podobnie jak w samym tekście – zabrakło tu konkretnego pomysłu na wizerunek teleturnieju. Można to usprawiedliwić faktem, że dla odpowiedzialnego za opracowanie muzyczne Radosława Rutkowskiego Ogrody Chwały były debiutem w tej roli. Za to trudno zrozumieć, dlaczego tak doświadczonemu realizatorowi dźwięku, jakim jest niewątpliwie Andrzej Brzoska, zdarzyły się wpadki w rodzaju dżingla, notorycznie urywającego się przed wybrzmieniem do końca, czy niezbyt naturalnie zmontowane rozmowy telefoniczne. To nie są wielkie rzeczy, ale rażą i zasmucają w sytuacji, gdy przytrafiają się takiemu fachowcowi.

Ogrody Chwały budzą sprzeczne uczucia. Z jednej strony dostajemy dowód na duży potencjał reżyserski, jaki okazał się drzemać w młodym aktorze, z drugiej jednak nie da się pominąć tego, że z pustego i Salomon nie naleje – ze złego tekstu bardzo trudno jest stworzyć udane słuchowisko. Nic chyba nie złości bardziej niż taka sytuacja. Pozostaje założyć, że Ogrody Chwały są wprawką, a prędzej czy później pojawi się kolejna realizacja radiowa, tym razem oparta o dobrą literaturę, która pozwoli reżyserowi i aktorom w pełni zaprezentować swoje talenty.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Ogrody Chwały
Realizacja: Teatr Polskiego Radia
Typ: słuchowisko
Gatunek: dramat
Data premiery: 21 maja 2017
Autor: Jacek Zawada
Reżyseria: Grzegorz Kwiecień
Obsada: Mariusz Bonaszewski, Paweł Paprocki, Małgorzata Kozłowska, Mateusz Kwiecień, Małgorzata Rożniatowska, Rafał Zawierucha, Aleksandra Bożek, Mateusz Rusin, Jacek Braciak, Anna Sroka-Hryń, Andrzej Blumenfeld, Marita Iwańska

Dodaj komentarz

avatar