Miasteczko South Park

Jubileuszowa, dwudziesta seria Miasteczka South Park już za nami. Co przyniosła rocznicowa transza odcinków, która zaliczyła rekordową ilość obsunięć? Warto zaznaczyć, że po raz pierwszy w historii serialu aż trzykrotnie przekładano premierę kolejnego odcinka, każdorazowo motywując to chęcią napisania lepszego scenariusza i dostarczenia fanom satysfakcjonującej treści. Czy warto było czekać i jaki kierunek obrali Trey Parker i Matt Stone?

Najważniejsze pytaniem, jakie zadałem w poprzednim tekście, brzmiało: w jakim kierunku podąży jubileuszowa seria – czy dość stonowany odcinek był jedynie ciszą przed burzą, czy może „nową jakością”? Okazuje się, że prawidłowy jest drugi wariant. Chociaż we wrześniu się na to nie zapowiadało, otrzymaliśmy serię pod wieloma względami wyjątkową, czyli: inną od poprzednich. Można odnieść wrażenie, że wprawką do niej była dziewiętnasta, w której twórcy odeszli nieco od charakterystyki wcześniejszych, składających się z luźnych, najczęściej niepowiązanych ze sobą odcinków, odnoszących się do bieżących wydarzeń. Co prawda w większości serii zdarzały się „dyptyki” czy „tryptyki”, ale w dziewiętnastej wiele wątków podporządkowanych było motywom przewodnim – poprawności politycznej i gentryfikacji South Parku – przy zachowaniu pewnego luzu. Seria dwudziesta jako pierwsza w historii serialu od początku do samego końca posiada ciągłą fabułę. W pierwszym odcinku narzuconych zostaje kilka tematów – takich jak internetowy trolling, wojna płci w szkole podstawowej w South Parku, wybory prezydenckie w Stanach i nostalgronka – które w następnych odcinkach są kontynuowane i rozwijane. Co prawda pojawiają się odniesienia do bieżących wydarzeń, ale są one wplecione w spójny wątek fabularny i pojawiają się mniej licznie, niż wcześniej.

Ze względu na ciągłą fabułę, dwudziesta seria Miasteczka South Park jest na swój sposób oryginalna, pytanie brzmi jednak: czy spodoba się to fanom? Patrząc na oceny na Rotten Tomatoes, widać pewien dysonans – chociaż krytycy ocenili ją na 100%, ocena widzów wynosi tylko 70% (na tę chwilę, aczkolwiek jeszcze wczoraj wieczorem wynosiła 66%). Mnie osobiście, chociaż doceniam dość odważny pomysł Parkera i Stone’a, brakowało trochę tej nieprzewidywalności – w tej serii mamy mniej jechania po bandzie, mniej „występów” celebrytów (chociaż Elon Musk dubbinguje w niej sam siebie), mniej parodii czy nawet mniej wulgarności, chociaż – rzecz jasna – postaci dalej przerzucają się „fuckami”, a parę scen może zniesmaczyć. Prawda, obrywa się chociażby Przebudzeniu Mocy, remake’owi Pogromców duchów, Donaldowi Trumpowi czy J.J. Abramsowi, ale jest tego jakby mniej niż wcześniej. Taki odbiór przeze mnie serii podyktowany jest zapewne faktem, że przez kilkanaście lat oglądałem serial mający inne założenia, dlatego ich zmiana po tak długim czasie skutkuje włączeniem się takiego wewnętrznego nostalgronka, przypominającego, jak wyglądał wcześniej. Dwudziesta seria z całą pewnością nie jest zła, to w dalszym ciągu zabawna i prześmiewcza satyra, ale mam wrażenie, że przez podporządkowanie jej ciągłemu scenariuszowi trochę straciła swój pazur – popychanie fabuły do przodu i konieczność zmieszczenia jej w dziesięciu dwudziestominutowych odcinkach nie pozwalały na dodanie zbyt wielu dodatkowych wątków czy scenek. Z drugiej jednak strony pozwoliło to na stworzenie dramatyzmu i dobre nakreślenie historii, która przeradza się w opowieść o nieuchronnej zagładzie ludzkości, spowodowanej naszą aktywnością w Internecie. A wszystko to przez „łowcęzdzir42”, który dla beki umieszczał ludziom w ustach męskie członki i tak zretuszowane zdjęcia wrzucał do Sieci.

Ciągłość fabuły i konsekwentne jej budowanie to jednak niejedyna nowość, bo seria jest oryginalna również z innego względu – w niektórych aspektach mocno odchodzi od świata realnego na rzecz własnej historii. Nie usłyszymy tutaj ani jednego złego słowa na temat Donalda Trumpa, ponieważ konkurentem Hillary Clinton do fotela prezydenckiego od dziewiętnastej serii jest pan Garrison. Co prawda po wygranych wyborach zmienia image, żeby przypominać znanego miliardera, jest równie co on kompetentny do rządzenia jednym z największych światowych supermocarstw, ale mimo wielokrotnego wyszydzania go za postawy właściwe Trumpowi, sam prezydent elekt osobiście nie oberwał od Parkera i Stone’a ani razu. Bardzo dużą zmianą jest również Cartman. Od pierwszego odcinka broni kobiet i osoby o innych kolorach skóry, ale nikt nie wierzy w jego przemianę, podejrzewając go o bycie łowcązdzir42. Nawet kiedy zostaje „zabity” przez kolegów, nie wychodzi z niego diabeł, wręcz przeciwnie – znajduje miłość i dalej jest wcieleniem cnót. Chociaż mieszkańcy South Parku, zdaje się, jako tako uwierzyli w jego przemianę, widz mimo wszystko bezustannie się zastanawia: czy to tak naprawdę, czy może jednak Cartman, będący przecież genialnym strategiem, gra tak dobrze, że wszyscy mu uwierzyli, ale w rzeczywistości szykuje jakąś iście biblijną zemstę?

Na temat warstwy technicznej nie będę się przesadnie rozwodził – South Park jaki jest, każdy wie. Widać co prawda, że twórcy trochę eksperymentowali z nowymi rodzajami ujęć, ale wykorzystano je w niewielu scenach. Jak zwykle serial jest jednak świetnie zdubbingowany, w tej serii dodatkowo dość często uzupełniany ciekawymi ilustracjami muzycznymi. Nostalgronka, które ze swój hymn obrały „Africę” z repertuaru Toto są po prostu urocze, sceny, w których internetowe trolle są trollowane przez „Never Gonna Give You Up” Ricka Astleya bawią, a scena z drugiego odcinka, w której wykorzystano „Gortoz a ran” z Helikoptera w ogniu jako tło dla dramatycznych wydarzeń potrafi ruszyć za serce, nawet jeżeli całość zrobiona została tylko dla beki.

Dwudziesta seria Miasteczka South Park to seria udana. Chociaż początkowo myślałem, że z okazji jubileuszu twórcy pojadą po bandzie tak bardzo, jak tylko się da, obrali inny kierunek, rezygnując z pewnych rzeczy, które wcześniej kojarzyliśmy z tym serialem. Stosunkowo mało przeginania pały, grzeczny i ułożony Cartman, większy nacisk położony na dorosłych, prawie całkowity brak Kenny’ego, niewiele Stana, a do tego ciągła fabuła. Bez wątpienia Parker i Stone zaskoczyli mnie tymi dziesięcioma odcinkami, nawet jeżeli inaczej, niż się spodziewałem. Czy był to jednak tylko jednorazowy wyskok, czy może jednak dwudziesta pierwsza seria pójdzie tym samym tropem? Wiele by na to wskazywało, bo twórcy pewne wątki (jak chociażby nostalgronka) tylko nakreślili, a potem je zmarginalizowali, nie dając na nie żadnych odpowiedzi, co może sugerować, że zostaną one wyjaśnione w kolejnych odcinkach. Dodatkowo tytuł ostatniego odcinka, The End of Serialization as We Know It, jest dość wymowny, ale może to wszystko trolling ze strony twórców? Może jednak okaże się, że wszystko to było tylko złym snem np. Cartmana i wydarzenia zostaną skasowane? Albo zostaną skasowane tak po prostu, bo w końcu cechą Miasteczka South Park jest jego brak ciągłości? Zostaną rozwiązane w The Fractured but Whole? Tego dowiemy się dopiero za kilka miesięcy. Bez wątpienia będę czekał na to, jak sytuacja się rozwinie, a póki co zachęcam do oglądania – przypominam, że wszystkie odcinki za darmo i legalnie dostępne są na oficjalnej stronie serialu.

Podsumowanie
8.5/10

Nasza ocena

Plusy:
+ spójna, ciągła fabuła
+ humor
+ dobrze dobrana muzyka
+ ogólnie: wszystko to, za co kochamy Miasteczko South Park

Minusy:
– spore zmiany względem poprzednich serii mogą zrazić część fanów serialu

Sending
User Review
3 (2 votes)

Dodaj komentarz

avatar