Oszukana. Recenzja Wonder Woman Volume 1: The Lies (DC Rebirth)

cover

To jest chyba najtrudniejsza recenzja, z jaką miałam do tej pory do czynienia. Jeszcze nigdy żaden komiks nie wzbudził we mnie takiej… frustracji. To nawet nie jest winą scenarzysty, czy też rysowników. Jak dla mnie DC po prostu zrobiło skok na kasę. Albo mimo fascynacji Wonder Woman nie jestem w „grupie docelowej” tego komiksu. Nie wiem, ale dawno nie czułam się tak… sfrustrowana po lekturze.

Historia zaczyna się obiecująco – od rozważań Wonder Woman na temat prawdy, która „nieustannie się zmienia” (brzmi znajomo, co nie?). Kim właściwie jest? Ulepionym z gliny „dzieckiem-cudem”? Czy też córką Zeusa i boginią wojny? Dlaczego może zgnieść wykuty przez Hefajstosa hełm, skoro powinien być on niezniszczalny? W próbie uporządkowania sprzecznych wspomnień owija się lassem prawdy… i dowiaduje się, że została „oszukana”. Postanawia więc wyruszyć na poszukiwanie prawdy i w tym celu odwiedza dawną przyjaciółkę…

Do tego momentu jest bardzo dobrze. Scenarzysta, Greg Rucka, podejmuje się tu niełatwego zadania: pogodzenia sprzecznych kanonów, które każdego – poza oddanymi fanami komiksów DC – przyprawiłyby o zawrót głowy. W tym celu wyprawia bohaterkę na quest „poszukiwanie prawdy” – pomysł spójny z charakterem Amazonki, dla której prawda zawsze była zarówno największą wartością, jak i bronią. Myślę, że jest to dobry punkt startowy nawet dla niezbyt obytego z kanonem DC komiksiarza – ostatecznie o tym, jaka NAPRAWDĘ była przeszłość bohaterki, dopiero się dowiemy, prawda?

Szkoda, że ciąg dalszy tego tomu zupełnie nie dotrzymuje zawartej we wstępie obietnicy.

deceived

Nie zrozumcie mnie źle – mamy historię. Campową i po campowemu głupawą, ale jednak. Boję się zdradzić za dużo, więc powiem tylko, że kojarzyła mi się trochę z Conanem Barbarzyńcą, a trochę z Indianą Jonesem. Mamy postacie znane z innych historii o Wonder Woman: Barbarę Ann Minervę, znaną również jako Cheetah, Ettę Candy (w tej wersji jest ona Afroamerykanką) i Steve’a Trevora z brodą drwala. Mamy bijatyki i dramatyczne zwroty akcji. Jest zawiązanie akcji następnego tomu. Quest bohaterki również nie zostaje zapomniany. Wypatrzyłam nawet kilka feministycznych żarcików, które wywołały u mnie parę uśmiechów. Czego tu chcieć więcej? Sensu.

Miałam bowiem nieodparte wrażenie, że nic z tej opowieści nie rozumiem. Relacje między postaciami wydawały mi się nie takie. Pełne dziur. Zwłaszcza relacja Amazonki z Cheetah, która jest tu bardzo ważnym elementem. Brakowało mi… kontekstu? Zarysowania nowego kanonu? Nie umiałam tego określić, ale było to bardzo wyczuwalne. W pewnym momencie rzuciłam lekturę i zdecydowałam się sprawdzić, co ja takiego właściwie przegapiłam. Okazało się, że to wydanie zbiorcze… zawiera w sobie tylko zeszyty 1, 3, 5, 7, 9 i 11, plus rozpoczynający całą historię WONDER WOMAN: REBIRTH #1. Gdzie są numery 2, 4, 6, 8, 10? Są częścią osobnej, równoległej historii Wonder Woman: Year One (przy której pracowała zresztą inna rysowniczka, niż przy The Lies), czyli nowej wersji początków Wonder Woman jako superbohaterki. Cały kontekst, którego poszukiwałam… jest gdzie indziej. Kiedy będę miała okazję go poznać? Kiedy wyjdzie drugi tom wydania zbiorczego. Czyli w maju.

Aha.

botox

Jak ja mam ocenić historię, której znam tylko połowę? Dlaczego DC skazało mnie na konieczność domyślania się wszystkiego? Czy myśleli, że czytelnicy się nie zorientują w trakcie i po prostu będą lecieć za miałką fabułą? A może uznali, że i tak wszyscy czytali wydania zeszytowe, więc wszystko jedno? Kilka fragmentów z Year One zaszczepiło mi w głowie myśl, że czytanie całej historii w kolejności wymyślonej przez Ruckę (czyli na zmianę The Lies i Year One) byłoby przyjemniejszą lekturą. Fabularne znaki zapytania byłyby wypełniane przez równoległą historię z przeszłości (która, notabene, wydaje się dużo ciekawsza, niż historia The Lies) i wszystko byłoby jak należy… Zamiast tego została po lekturze frustracja i nieprzespana noc spędzona na szukaniu wszystkich niewyjaśnionych wątków. DC, tak się zwyczajnie nie robi.

Może chociaż oprawa graficzna wynagrodzi jakoś te cierpienia? Trzeba przyznać, że ilustrator The Lies, Liam Sharp, dobrze dobiera styl ilustracji do opowiadanej historii. We wstępie mamy prostotę, dynamizm i dramatyzm, gdy zaś Wonder Woman wyrusza swoją misję, kreska nagle staje się grubsza i bogatsza w ornamenty. Zmienia się również paleta kolorystyczna – wygląda, jak przepuszczona przez filtr sepii albo wzięta z Indiany Jonesa i Świątyni Zagłady. Urok staroświeckiego kiczu jak najbardziej pasuje do danej historii. Muszę przyznać, że krajobrazy i wnętrza są tu naprawdę świetnie oddane. Jeśli chodzi o przedstawianie postaci… tu mam mieszane uczucia. Jednej rzeczy nie mogę przeboleć. Każda kobieta w tym komiksie ma usta jak po kuracji botoksem. Dosłownie każda. Panie rysowniku, ja wiem, ze teraz Angelina Jolie jest ikoną urody, ale proszę… Niech pan zróżnicuje trochę rysowanie tego elementu twarzy, bo wbrew pozorom potrafi on bardzo wpłynąć na całościowy wygląd postaci. Poza tym, dlaczego twarz Wonder Woman zmienia się z kadru na kadr? Nie chodzi mi tu bynajmniej o zmiany w mimice – mam raczej wrażenie, że Sharp nie do końca wiedział, jak ma Amazonkę rysować. Raz upodabnia ją do dziewczęcej wersji przedstawionej przez Nicola Scott w Year One, innym razem – próbuje stylizować na bohaterkę z czasów Conana. Żaden z tych dwóch pomysłów nie trafia do końca w moje upodobania estetyczne, ale to już jest kwestia subiektywnych odczuć. Żeby nie wyszło, że tylko marudzę i marudzę: Steve Trevor jako drwal i czarnoskóra Etta Candy mnie jak najbardziej przekonują. Bardzo mi się też podoba przedstawienie Wonder Woman w ubraniu cywilnym pod koniec tomu.

civil

Można by się spodziewać, że z okazji nadchodzącej premiery filmu o Wonder Woman DC spróbuje pozyskać nowych czytelników… i robi to w wyjątkowo perfidny sposób. Moim zdaniem The Lies po prostu nie sprawdza się jako samodzielna całość, a decyzja by upchnąć Year One w tomie drugim, zdaje się podyktowana względami marketingowymi. W końcu ludzie będą chcieli się dowiedzieć, o co chodziło w części pierwszej, prawda? Chyba, że już znają tę historię z zeszytówek, ale wtedy i tak będzie im wszystko jedno. Mimo głębokiej frustracji nie mogę całkowicie skreślić tej historii – to tak, jakby skreślić serial po tym, jak się widziało tylko nieparzyste odcinki. Poczekam więc do maja i zrecenzuję również tom drugi. A potem może nawet i kolejne. Czuję się jednak… oszukana. Całkiem jak Wonder Woman.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Wonder Woman Volume 1: The Lies
Wydawnictwo: DC Comics
Typ: Komiks
Gatunek: Komiks superbohaterski
Data premiery: 22.02.2016
Scenariusz: Greg Rucka
Rysunki: Matt Clark, Liam Sharp
Liczba stron: 176

Joanna Kaniewska

Joanna Kaniewska

Japonistka, tłumaczka, badaczka popkultury, rocznik 1991. Nie boję się słowa na F (kończącego się na „izm”). Nie zgorszy mnie też słowo na G (kończącego się na „er”). Lubię pisanie, podróże, muzykę, kwiaty i pocztówki. Czasem dzielę się przemyśleniami na swoim blogu: typebnegativenowonderland.wordpress.com