Layers of Fear

Dziś niezła gratka dla fanów psycholodelicznych horrorów opowiadających o szalonych artystach i ich zabryzganym farbami świecie, zaklętych w pierwszoosobowych przygodówkach. Mowa tu oczywiście o najnowszej produkcji krakowskiego studia Bloober Team – Layers of Fear, która swoją premierę miała 16 lutego tego roku. Ponieważ udało mi się wejść w posiadanie wersji konesera, sprawdźmy, czy też warto położyć na niej ręce.

Zacznijmy jednak krótko od fabuły, wszak grę kupujemy dla samej gry, a nie dodanych do niej bajerów. Rzecz się dzieje w XIX wieku, w posiadłości wielkiego artysty, który porzucił wszystko, żeby stworzyć swoje magnum opus – zwieńczenie życiowej pracy. Sztuce nie można jednak poświęcić się całkowicie bez konsekwencji, bez jakiejkolwiek straty… Sztuka to kapryśna kochanka, a gdy zatracasz się w tym romansie na wiele lat, tracąc po kolei żonę i córkę, przebudzenie okazuje się wielce bolesne. Szaleństwo nadchodzi powoli, ale nieustępliwie, a całe życie z każdym dniem staje się jednym wielkim koszmarem. Co więc pozostaje? Trzeba wrócić do swej kochanki i dokończyć dzieło, zanim obłęd wygryzie rozum do cna…

2

Zawartość edycji koneserskiej jest równie mroczna, co historia protagonisty Layers of Fear. Już samo pudełko, choć pięknie obrobione graficznie, wzbudza uzasadniony niepokój – portret urodziwej kobiety w złoconej ramie, zakryty brudnym płótnem w miejscu, gdzie jej twarz zaczyna się dziwnie zniekształcać. Doskonałe wprowadzenie, prawda? A gdy odepniemy zapiętą na rzep okładkę, znajdziemy wcale nie gorszą grafikę z przedstawioną nań zawartością edycji – plakat, artbook, gra, cyfrowy soundtrack i cyfrowy fankit. Ładnie? Ładnie. Zajrzyjmy do środka.

Pierwsze, co otrzymujemy po otwarciu opakowania, to plastikowe pudełko z grą i kodami do cyfrowych dodatków oraz plakatem, który powiesić na ścianie mogą głównie osoby miłujące turpistyczne trendy. Ponieważ o grze samej w sobie było już słów kilka, skupmy się na plakacie. Zapewne twórcy chcieli przedstawić spotworniałą wersję słynnego obrazu Leonarda da Vinci Dama z gronostajem. Cóż, wyszło na tyle dobrze, że nie mam zamiaru wieszać tego na ścianie w obawie przed dostaniem w nocy zawału serca. Fankit dostarcza równie przyjemych wrażeń podczas czytania mrocznych historyjek o dzieciach, oglądania obrazków doń stworzonych i innych narysowanych wyobrażeń chorego umysłu artysty.

3

Soundtrack zasługuje na osobny akapit – stanowi doskonałe dopełnienie przygody pełnej grozy i postępującego obłędu. Z początku delikatne brzmienie fortepianu wprowadza nas w stan błogości, może nawet transu, żeby później wraz z kolejnymi etapami gry niepostrzeżenie wplątywać kolejne niepokojące nuty. Gdybym powiedziała, że muzyka oddaje klimat gry, mogłabym równie dobrze stwierdzić, że latem jest ciepło, a czernina to gwałt na kubkach smakowych. Soundtrack nie tylko tworzy nastrój, ale również nadaje tempa całej historii, oddaje nastroje i stan bohatera, w pewnym stopniu kreuje stopniu fabułę. Muzyka jest doskonale dobrana – pięć gwiazdek dla twórców.

4

Artbook nie ustępuje pola geniuszowi soundtracku – elegancko przygotowany, z nutką szaleństwa. Choć okładka niepozorna i na swój sposób niewinna, zawartość skrywa w sobie istny obłęd. Oczywiście, po wcale zgrabnych podziękowaniach i wstępie napisanych dla fanów przez studio Bloober Team. Tuż po tym, uraczeni cytatem z Portretu Doriana Greya Oscara Wilde’a, możemy ujrzeć projekt wnętrza wiktoriańskiej posiadłości, w której dzieje się cała historia. Piękne pokoje, bogata biblioteka, wykafelkowana łazienka ze zdobną wanną i nagle sielankowy obraz trafia szlag, gdyż na pierwszy plan wkradają się groteskowe, często psychodeliczne wizje malarza, przeplatane obrazami z horrorów, listami traktującymi o poczuciu winy, pogróżkami do artysty oraz niepokojącymi rysunkami wykonanymi dziecięcą ręką, z których możemy wyczytać historię i przyczyny rozpadu rodziny. Znajdą się również zdjęcia – często zagryzmolone bądź zniszczone w gniewie, fragmenty z prasy na temat wydarzeń z życia artysty i jego bliskich oraz rysunki przedstawiające jego lęki, obsesje i wyimaginowane potwory, które rzekomo doprowadzają go do utraty zmysłów. Piękny, straszny i z pewnością dobrze wykonany artbook.

5

Podsumowując: edycja konesera okazała się niezwykle dobrym zakupem, może nieco nawet zbyt nisko wycenionym jak na swoją bogatą zawartość. Kto w końcu powie, że 59,99 zł to dużo, gdy za edycję kolekcjonerską Mass Effect 3 przyszło płacić prawie 300 zł, nie otrzymując wiele więcej? Widać, że w większości płacimy za markę, nie zaś za zawartość. Wracając jednak do tematu: Layers of Fear: Edycja konesera prezentuje się zaiste godnie i jest warta każdej wydanej złotówki. Poruszająca historia, przerażający plakat, piękny soundtrack i równie śliczny artbook oraz ciekawy fankit – te wszystkie prezenty od Bloober Team z pewnością wywołają na Waszych twarzach uśmiech zadowolenia.

Ocena: 9/10

Plusy
+ cena
+ piękny artbook
+ świetna ścieżka dźwiękowa
+ wyborny horror
+ ilość elementów składających się na zawartość edycji

Minusy
– szkoda, że soundtrack cyfrowy, a nie na płycie
– pudełko trochę zbyt delikatne

Autor: Angi

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Asia Kubiak Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Asia Kubiak
Gość
Asia Kubiak

Piękny ten zestaw. Taki klimatyczny 🙂 Plakat jak dla mnie jest najlepszy!
Pozdrawiam
zalanykawa.wordpress.com