By jeść, pić i czytać, trzeba najpierw porządnego pragnienia. Dlatego codziennie rano, przed piętrzącymi się na stole książkami, wznoszę do boga lektury modlitwę żarłocznego czytelnika: “Głodu naszego powszedniego daj nam dzisiaj…”

Wyobraźnia poetycka, Gaston Bachelard

Nie bez powodu przywołujemy te słowa! Dzisiaj, 23 kwietnia, obchodzimy bowiem Światowy Dzień Książki. Z tej okazji życzymy wszystkim naszym czytelnikom, by głód czytania nigdy ich opuścił, a każda kolejna książka rozbudzała apetyt na więcej. To również idealny moment, by wyjawić jakie tytuły – z różnych powodów – nasi redaktorzy uważają za godne uwagi i polecenia. Lista jest całkowicie subiektywna, mamy jednak nadzieję, że wymienione pozycje was zaciekawią. Co byście dodali do tego zestawienia?

Światowy dzień książki

Idris

Cykl Teatr węży – Agnieszka Hałas

Jeśli chodzi o polecanie książek przez znajomych, to jestem bardzo ciężkim przypadkiem. Nie lubię, gdy wywiera się na mnie presję, wręcz zmuszając do zapoznania się z jakąś pozycją, bo „wszyscy ją znają”. Stosuję wtedy logikę mojej rodzicielki, która na moje stwierdzenie, że „wszyscy z tego sprawdzianu dostali jedynki”, odpowiadała niestrudzenie „ale ty nie jesteś wszyscy”. Kończy się to zwykle na tym, że nie znam jakiejś fenomenalnej powieści, którą wszyscy moi znajomi jarają się jak wioski po wizycie wikingów. W efekcie nadrabiam zaległości i nie mogę uwierzyć, że nie dałam się namówić na lekturę wcześniej.

Tak było m.in. w przypadku cyklu Opowieści z meekhańskiegro pogranicza autorstwa Roberta M. Wegnera (koniecznie musicie przeczytać!). Co ciekawe, zachwycona jego książkami, byłam w stanie zaufać mu na tyle, żeby bez mrugnięcia okiem sięgnąć po serię, której okładkę zdobił napis „Robert M. Wegner poleca!”. Dodatkowym atutem był fakt, że Dom Wydawniczy Rebis odział drugie wydanie cyklu Agnieszki Hałas w naprawdę ładne okładki. Na Teatr węży składają się trzy tomy: Dwie karty, Pośród cieni oraz W mocy wichru.

Mogłabym zachwycać się powieściami Agnieszki Hałas długo! Chwalić ją za: wykreowanie intrygującego i brutalnego świata, stworzenie bohaterów z krwi i kości, świetnie opisane relacje między nimi i darowanie sobie romansów, niesamowity klimat opowieści oraz ciekawy sposób przedstawienia realiów, w którym przyszło żyć postaciom. Mogłabym. Sądzę jednak, że o wiele lepiej będzie, jeśli zamiast czytać moje pochwały, po prostu sięgnięcie po pierwszy tom cyklu i przekonacie się sami, że naprawdę warto!

Światowy dzień książki

Kisiel

To, co najlepsze – Harlan Ellison

Istnieją pisarze, którzy – pomimo ogromnego rozgłosu na świecie – są w Polsce mało znani. Tak jest z Harlanem Ellisonem – laureatem wielu prestiżowych nagród literackich, z Hugo i Bram Stoker Awards na czele. Jakiś czas temu moją prywatną biblioteczkę zasiliło To, co najlepsze autorstwa tegoż pana. A co ma on do zaoferowania? Na blisko 700 stronach czytelnik otrzymuje solidną porcję opowiadań fantasy, science fiction, grozy oraz szereg reportaży i osobistych przemyśleń Ellisona. Cały zbiór podzielono tematycznie, a księgę otwierają dwie historie, które zostały napisane, gdy H.E. był ledwie nastolatkiem. Miecz Parmagonu oraz Glokonda, bowiem o nich mowa, opatrzono odręcznymi rysunkami autora. To taka mała przystawka przed kolejnymi i zdecydowanie lepiej napisanymi opowiadaniami.

Jedno z moich ulubionych, Nie mam ust, a muszę krzyczeć, to historia grupki ostatnich ludzi na Ziemi, w pełni kontrolowanych i manipulowanych przez superinteligentny komputer – AS. Czerpie on ogromną radość z katowania oraz zmuszania głównych bohaterów do najbardziej wyuzdanych rzeczy, jakie rodzą się w jego chorych przewodach. Kolejną godną polecenia pozycją jest opis konfrontacji dwóch kierowców na stanowej autostradzie. To typowe science fiction, którego akcja osadzona została w niedalekiej przyszłości. Szosowe pojedynki na śmierć i życie stanowią tu normę, a wszystko monitorowane jest przez specjalne służby. Finał bitwy może być tylko jeden: zwycięzca zgarnia prestiż i fanty finansowe, przegrany odchodzi do Krainy Wiecznych Łowów. Godna polecenia jest też Odsiadka – smutna historia mówiąca o karze, jaką odbywają najgorsi przestępcy.

Jak już wspomniałem wcześniej, na To, co najlepsze składają się osobiste przemyślenia Ellisona. Autor opisuje też swoje doświadczenia, z naciskiem na te, które odcisnęły największe piętno na jego umyśle: od nieudanych kontaktów z kobietami, po relacje z rodzicami, kończąc na spotkanych za życia oszustach. Zbiór tekstów H.E. to majstersztyk i istna gratka dla fanów gatunku. Nie sposób przejść obok niego obojętnie. Ode mnie mocne 10/10!

Światowy dzień książki

Angi

Ślepa sowa – Sadegh Hedajat

Gdy sięgam pamięcią do dnia, gdy Ślepa sowa wpadła w moje ręce na jednym z dzikich książkowych straganów, przypominam sobie, że przeżywałam dość głęboki kryzys w swoim życiu. Zaintrygowała mnie nie tylko smutna historia autora, ale przede wszystkim okładka z wielkim czarnym okiem – prosta, a jednocześnie dotykająca wnętrza aż do trzewi. Od tamtego czasu minęły ponad trzy lata. Książkę, choć cienką, przeczytałam dopiero niedawno w całości. Przedtem zaczynałam ją i odkładałam, a potem znów podejmowałam próby powrotu i musiałam czytać od nowa. Ciągle coś sprawiało, że nie byłam w stanie przeczytać jej od deski do deski. To zarazem najdłuższa i najkrótsza powieść mojego życia.

Tytułowa ślepa sowa w wierzeniach irańskich jest zwiastunem śmierci. Ujawnia się przed człowiekiem, którego dni są policzone. Ale nie łudźcie się, że będzie to kolejna historia o charakterze mitologicznym! Ślepa sowa jest czymś… znacznie bardziej odległym. To swego rodzaju spowiedź, pamiętnik, zapis ze stanów upojenia, narkotycznych wizji, gorączkowych majaczeń i… umierania. To duszący mistyczny czyściec pomiędzy snem a jawą, kipiący poezją i emocjami. Książka jest trudna, przykra i cholernie fascynująca. Chociaż ją przeczytałam, wciąż nie wiem, czym tak naprawdę jest, jak ją interpretować i co o niej myśleć. Z pewnością jest godna uwagi i lektury podwójnej, jeżeli nawet nie potrójnej. Chcę przeczytać ją ponownie ze spokojem ducha. Może tym razem dotrę do jej serca. Spróbujcie, naprawdę warto.

Światowy dzień książki

Justin

Wodnikowe Wzgórze – Richard Adams

Nałogowemu czytelnictwu zawdzięczam wiarę w więź, jaka potrafi połączyć nieświadomego jeszcze nadchodzących wrażeń czytelnika i mających ich przysporzyć książkę. To przekonanie wywodzi się z bałwochwalczych rytuałów, jakim ulegam podczas personalizowania własnego księgozbioru, będącego przecież częścią owej nieskończonej, wszechogarniającej Biblioteki. Gdyż, jak pisze Bachelard, „czyż raj nie jest jedną wielką biblioteką?”. Myślę, że każdy czytelnik-współwyznawca rozumie, czym jest ten nagły impuls, który podporządkowuje sobie dowolny stan i każe zboczyć bezwarunkowo do najbliższego Miejsca Kultu – w moim wypadku Antykwariatu. Ten moment różni się od częstszych w życiu każdego miłośnika książek kompulsywnych zakupów, tłumaczonych promocją, przeciwdziałaniu chandrze czy estetycznym wrażeniem wzbudzonym przez okładkę. To takie ciche objawienie, któremu towarzyszy niewytłumaczalne, wewnętrzne poddanie. Od pierwszego kontaktu rośnie uwznioślający, niezmącony zachwyt. Ekstaza. To nie tyle moment odnalezienia książki, co bycia przez nią odnalezionym. Wybranym.

Tak nacechowane było właśnie moje spotkanie z Wodnikowym Wzgórzem Richarda Adamsa. Pochłonął mnie ten króliczy epos (nie, to nie błąd, nie ma być „królewski”), gdzie losy zwierząt nie są tylko ezopowym kamuflażem, ale mają pełnoprawny udział w uwspólnionych przez naturę wszystkim żywym istotom zjawiskach narodzin, miłości, śmierci, a każde z nich znajduje swój indywidualny wymiar na drodze poznania, poszukiwań i wyborów. Wędrówka grupki („drużyny”!) królików do „ziemi obiecanej”, konfrontacja z inaczej zorganizowanymi koloniami przedstawicieli własnego gatunku, pozyskiwanie przyjaciół i wrogów… Nie tyle kibicowałem tym pełnokrwistym zwierzakom, ale wraz z nimi doznawałem lęku, walczyłem, uciekałem, chłonąłem bogactwo przyrody i jej zjawisk, wierząc, że osiągną ten mityczny cel. Że ich udziałem stanie się przetrwanie, które z czasem wychodzi poza tu i teraz i całym sobą wkracza w Pamięć.

Światowy dzień książki

TOMXYZ

Zabić drozda – Harper Lee

Prawdopodobnie z całego naszego zestawienia polecajek, Zabić drozda jest książką najmniej potrzebującą jakichkolwiek rekomendacji. Uznane światowe dzieło, wielokrotnie wyróżniane, między innymi słynną nagrodą Pulitzera, od dawna figuruje w annałach literatury pod hasłem „klasyka”. Niestety, należę do tego typu ludzi, których ten wyraz skutecznie odstrasza. Ba, mam alergię na hasła „dzieło”, „obowiązkowa lektura”, czy komentarze typu „musisz przeczytać”, „wstyd nie znać”. Potrzeba mi było sporo animuszu, żeby zabrać się za powieść Harper Lee. W końcu kilka lat temu się przemogłem. Bardzo możliwe, że po prostu w pobliżu nie było akurat niczego innego do czytania.

Historia rozgrywa się w fikcyjnym miasteczku na prowincji Stanów Zjednoczonych w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Tłem dla wydarzeń są czasy Wielkiego Kryzysu, zaś główną bohaterką sześcioletnia Scout, której oczami poznajemy otaczający nas świat. Brzmi strasznie banalnie, ale zaskakująca jest aktualność poruszanych w książce problemów, takich jak np. rasizm. To, co mnie w niej urzekło, to wiernie odtworzona beztroska dorastającego dziecka, skonfrontowana ze zjawiskami nienawiści, niesprawiedliwości, a nawet śmierci. To również niesłychana lekkość, z jaką autorka pisze o sprawach istotnych nie tylko z perspektywy jednostki, ale i całego społeczeństwa. To wspaniała umiejętność malowania słowami obrazów zostających czytelnikowi w pamięci na długo po przeczytaniu powieści. To ta niewypowiedziana nostalgia, którą Lee wprawnie przelewa na papier, przenosząc czytelnika w miejscu i czasie niczym za pomocą wehikułu. Jednak Zabić drozda to książka, która przede wszystkim daje mi nadzieję.

Światowy dzień książki

GrublukTheGrim

Wojny Świata Wynurzonego – Licia Troisi

Książka to wspaniała rzecz. Na papierowych stronach wypełnionych drobnym drukiem ukryte są niezliczone światy, historie i niesamowite uczucia. Ich indywidualne odkrywanie daje niezliczone pokłady satysfakcji, wzbogacając nas wewnętrznie. Nie zawsze miałem po drodze z literaturą. W szkole byłem skutecznie zniechęcany do czytania za sprawą znienawidzonych lektur, w domu trwałem pozbawiony inspiracji, ponieważ mało kto z moich bliskich spędzał czas przy książkach. Oczywiście, zdarzyło się raz czy dwa, że sięgnąłem po coś, co wciągnęło mnie do papierowego świata literatury, ale takie przypadki były sporadyczne. Inna kategorię stanowiły komiksy – te mogłem czytać nieprzerwanie w dowolnych, niczym nieograniczonych ilościach.

Wszystko zmieniło się wraz z premierą książki Wojny Świata Wynurzonego autorstwa włoskiej pisarki Licii Troisi. Zafascynowany okładką stworzoną przez utalentowanego Paola Barbieriego, zapragnąłem dowiedzieć się, kim jest owa tajemnicza dziewczyna w kapturze, spoglądająca na mnie pełnym determinacji wzrokiem. Tak poznałem zabójczynię Dubhe i historię jej życia w pełnym niebezpieczeństw Świecie Wynurzonym. Kiedy wkrótce okazało się, że istnieją dwa kolejne tomy tego cyklu, a historia uniwersum stworzonego przez autorkę rozciąga się na dziewięć książek, byłem w siódmym niebie.

Kroniki, Wojny i Legendy Świata Wynurzonego to po prawdzie klasyczne fantasy, ale napisane lekkim i przystępnym językiem. Czytelnik znajdzie tu wszystko, za co może kochać podobne historie – przygodę, tajemnicę i grozę, ale przede wszystkim genialnie napisanych bohaterów, z którymi nietrudno się zaprzyjaźnić i identyfikować.

Cykl powieści Licii Troisi ukształtował moją pasję, dając mi impuls potrzebny do dalszego zagłębiania się w literaturę. To właśnie dzięki jej opowieściom oraz bohaterkom takim jak Nihal, Dubhe czy Adhara traktuję książki jako lekarstwo na szarość tego świata. Bo czy nie lepiej byłoby polecieć do pracy na grzbiecie smoka Oarfa, niż tłuc się kilkadziesiąt minut metrem…?

Światowy dzień książki

Pottero

Biegając z nożyczkami – Augusten Burroughs

Zastanawiając się nad książką wartą polecenia, spojrzałem na swój regalik. Ze względu na ograniczoną przestrzeń życiową, książek jest na nim tylko kilkadziesiąt – tych, do których lubię wracać, podczas gdy cała reszta spoczywa upchana w pudłach. No bo co ja mam z tego polecić? Rekomendowanie Ulissesa, Czarodziejskiej góry, Roku 1984, Lolity czy Buszującego w zbożu jest zbyt snobistyczne, a Kodu Leonarda da Vinci i Harry’ego Pottera – zbyt oczywiste. Już prawie zdecydowałem się na polecenie Dotyku zła, niezłego i trzymającego w napięciu thrillera Alex Kavy, ale ostatecznie padło na Biegając z nożyczkami.

Książka stanowi rzekomo biografię jej autora, Augustena Burroughsa, który w wieku kilkunastu lat został podrzucony przez swoją matkę do rodziny jej psychiatry, doktora Fincha. Mówię „rzekomo”, bo rodzina stanowiąca pierwowzór Finchów po publikacji książki wytoczyła autorowi proces, zarzucając mu naruszenie prywatności, oczernianie i ogólnie wymyślanie albo wyolbrzymianie. Jakkolwiek by nie było, nie zmienia to faktu, że Biegając z nożyczkami jest książką naprawdę przyjemną. O ile można tak powiedzieć o pozycji, w której chłopak z dobrego domu, mający obsesję na punkcie czystości, nagle zamieszkuje w istnym chlewie i sajgonie u patologicznej rodziny, której głowa każe oglądać pozostałym jej członkom swoje stolce, matka ogląda telewizję zajadając purinę, a dzieci bawią się maszyną do elektrowstrząsów albo na potęgę łykają valium.

Szczerze wątpię, czy większość tego, co opisał Burroughs, wydarzyło się naprawdę, ale mimo wszystko Biegając z nożyczkami sprawdza się świetnie jako tragikomedia. Są tutaj trudne tematy, jak wchodzenie w dorosłość, poznawanie własnej tożsamości, które co i rusz mieszają się z kolejnymi dziwactwami Finchów. Dla mnie to jeden z najskuteczniejszych leków na chandrę – książka ma w sobie coś, co sprawia, że podczas lektury zawsze poprawia mi się humor.

Przy okazji: powieść doczekała się w 2006 roku filmowej adaptacji, ale szczerze odradzam jej oglądanie – ma ona tyle wspólnego z pierwowzorem, co nic. Mimo całkiem niezłej obsady, brakuje jej ducha oryginału.

Źródło grafiki głównej znajdziecie tutaj!

Dodaj komentarz

avatar