Relacja z Pyrkonu 2017

Pyrkon 2017

Imprezy masowe bywają różne, różne są także na nie spojrzenia. W tej relacji przyjdzie wam więc poczytać o wrażeniach z tegorocznego Pyrkonu reprezentantek naszej grupy – surowej i krytycznej Angi, oraz bardziej ludzkiej Deneve. Miłej lektury!

Angi:

Jak to często w życiu bywa, zaczęło się niewinnie. Na Pyrkonach pojawiam się już od kilku lat i dane mi było zaobserwować rozwój tej imprezy, a także narastające w niej tendencje. Włączając więc swoje wiecznie krytyczne oko, wyruszyłam na Targi Poznańskie, by w ten ostatni weekend kwietnia bawić się i integrować od rana do wieczora z towarzystwem podobnych mi geeków. Niestety, czekało mnie rozczarowanie. Gdyby nie obecność mojej niezastąpionej drużyny, umarłabym zapewne z nudów, bądź opuściła Pyrkon już na samym jego początku. Jako niedzielna fanka mang i anime, nastawiałam się głównie na rozrywkę elektroniczną i tematykę ściśle okołogrową. Nie ukrywam, na tę imprezę szłam z dość niesprecyzowanym planem i być może to był mój błąd. Jednakże, czy nie robi tak większość uczestników tego typu imprez?

Pyrkon

Pyrkon się rozrasta – to fakt i nie da się mu przeczyć. Szkoda tylko, że wzrost popularności nie jest w tym przypadku wprost proporcjonalny do jakości. Pierwszym problemem był nieprzemyślany podział dostępnej powierzchni. Największa z hal udostępniona została wystawcom, z których większość sprzedawała praktycznie to samo. Z użytku zostały wyłączone takie pawilony jak 7A i 8A, przez co połowa budynku straszyła ciemnością i pustkami zza grubych szyb. Pawilony noclegowe połączone z punktem medycznym zostały z kolei odsunięte aż na krawędź Targów Poznańskich, przez co by dostać się do nich, należało biegać zygzakami między zamkniętymi pawilonami. Cały Pyrkon był porozrzucany po różnych miejscach przecinanych tymże. Jeżeli w tym szaleństwie była metoda, to nie dane było mi jej zauważyć, a i niespecjalnie miałam ochotę dogłębnie analizować ten problem.

Kolejną wyjątkowo upierdliwą kwestią okazała się organizacja prelekcji. Kolejki zawijały się niczym precle już godzinę przed planowanym rozpoczęciem atrakcji. Szczególnie oblegane były Sekcja Naukowa i Gier Elektronicznych, gdzie by stanąć na początku ludzkiego łańcucha, należało koczować pod salą przynajmniej półtorej godziny przed prelekcją. Niby niczyja wina, bo dużo ludzi, a miejsca ograniczone, lecz skoro popyt na niektóre z nich był większy, czemu nie umiejscowić kilku jednocześnie, by podzielić głodny tłum? Pozytywnym zaskoczeniem był fakt, iż po zakończeniu jednej prelekcji nie wyrzucano z sali tych zapaleńców, którzy pragnęli zobaczyć także kolejne. Korzystając więc z tej strategii, wraz z drużyną przekoczowaliśmy tak w jednej sali przez bite cztery godziny. Chwała kapkom i napojom gazowanym!

Pyrkon

Jakość prelekcji była doprawdy różna. Tak się złożyło, iż udało mi się przetrwać jedynie na czterech, które traktowały o: „Wielowymiarowej roli jedzenia w grach”, „Dekadzie wirtualnego wiedźmina”, „Grach w walce z lękiem i depresją” oraz „Grze w romans – miłości w grach wideo”. Przyznam, iż po ponad godzinie wyczekiwania na debatę o jedzeniu, srodze się zawiodłam na jej treści. Nie było w niej nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby rozwinąć temat roli pożywienia w grach, w kółko powtarzane były oczywiste oczywistości. To, że dodaje ono smaczku i pomaga wejść w klimat wiedziałby każdy głupi i bez słuchania prelekcji. Podobnież z przykładami z gier wszelkiej maści, które można wszak poznajdować sobie w domu. Równie mocno, o ile nie bardziej, zawiodłam się na „Grach w walce z lękiem i depresją”, która to prelekcja skończyła się bardzo szybko, a i jej treść sprawiała wrażenie chamskiej oraz nachalnej reklamy gry. Nie minęło pół godziny, gdy prowadząca zakończyła swe przemówienie i liczyła na to, że resztę czasu wypełnią pytania wraz z dyskusją, jednocześnie zapraszając na rozmowy przy jej stoisku w strefie gier indie. Mało treści, mnóstwo pominiętych wątków, które zasługiwały na pociągnięcie i bezwstydny product placement sprawiły, że niektórzy uczestnicy odczuli spory niesmak. Na szczęście wybawieniem okazały się dwie pozostałe prelekcje poprowadzone przez jedną i tą samą osobę – Adama Flamma. Zarówno o dekadzie z wirtualnym wiedźminem, jak i romansach w grach słuchało się z przyjemnością. Przyszło mi poznać kilka smaczków o początkach romansów w grach (Donkey Kong?! Naprawdę?!), a także o historii przygód Białowłosego na ekranach komputerów (w pierwszych projektach Geralt miał nosić jakże gustowne fioletowe wdzianko). Dzięki tym dwóm godzinom ostatecznie stwierdziłam, że czas nie był stracony.

Pyrkon

Atrakcje poza prelekcjami były liczne pod warunkiem, iż uczestnik nie nastawiał się na zabawę w strefie gier elektronicznych. Gracze w tym roku musieli się bowiem obejść smakiem. Wystawców było mało, a przestrzeń dla nich ograniczona, przez co poza kilkoma pomniejszymi kioskami ze sprzętem komputerowo-konsolowym, nielicznymi wystawcami typu Blizzone, czy Kinguin oraz śmiesznie małą strefą Indie, gracze nie mieli czego szukać na Pyrkonie. Obejście całej strefy zajmowało bowiem najwyżej dwie do trzech godzin, a i atrakcje oraz turnieje proponowane mogły się schować. Nie zmienia się więc podział na PGA, jako imprezę typowo dla graczy i Pyrkon ogólnofantastyczny. Reszta atrakcji, pokroju turniejów, konkursów cosplay, walk na miecze, czy spotkań z autorami ulubionych komiksów i powieści stanowiły zapewne nie lada gratkę dla wszystkich nimi zainteresowanych. Przyznam, że o połowie z nich dowiedziałam się już po zakończeniu całej imprezy, gdy dokładnie przeglądałam program (tak to jest, kiedy czekasz z przygotowaniami do ostatniej chwili.). Przez dzikie i nieprzejednane tłumy bałam się zwyczajnie pchać tam, gdzie nie szło nawet szpilki włożyć.

Ogólne wrażenia z tegorocznego Pyrkonu były mieszane. Jako gracz czułam się nieco zagubiona, jako fanka sci-fi i fantastyki żałowałam, iż nie dane mi było wziąć udziału we wszystkich atrakcjach. Niestety, nieposkromione ludzkie morze i nieprzemyślane rozlokowanie imprezy po pawilonach sprawiły, iż większość z nich zwyczajnie mi umknęła pomimo trzymanego w rękach programu. Wbrew najszczerszym chęciom, by pofolgować sobie i przepuścić wypłatę, nie było w zasadzie na czym zawiesić oka. Większość stoisk była podobna do siebie, a ich zawartość nie powalała na kolana (no, może poza Fabryką Słów i Cubem, tam jak zwykle było pełno perełek.). Cena biletów, gigantyczne kolejki i konieczność koczowania pod salami w oczekiwaniu na prelekcje sprawiły, iż dwa razy zastanowię się, zanim wydam pieniądze na karnet w przyszłym roku, bowiem niedzielę wolałam przesiedzieć wygodnie w domku.

Pyrkon

Den:

Nie wiem, czy mogę się nazwać konwentowym weteranem. Na konwenty jeżdżę, odkąd tylko dowiedziałam się o ich istnieniu i puścili mnie na nie rodzice. Sam Pyrkon odpuściłam tylko raz z ciężkim sercem. Wiecie, co mnie zatrzymało? Ospa wietrzna. Wiecie, co może zatrzymać mnie w przyszłym roku? Koszty akredytacji lub niechęć. Powtórzę się po Angi: Pyrkon się rozrasta. Czy to dobrze? Trudno określić. Z jednej strony powinno to oznaczać więcej atrakcji. Co oznacza z drugiej?

Pyrkon zdecydowanie nie jest konwentem dla początkujących. Kiedyś był, bo sama na nim zaczynałam i nie odbiłam się od ściany. Teraz początkujący konwentowicz ma jedynie szansę zniechęcić się ogromnymi kolejkami na prelekcje, w których, nawet jeśli wysiedzi godzinę, nie może mieć pewności, że zmieści się w sali. Poniekąd jestem w stanie zrozumieć organizatorów: każde pomieszczenie ma swój metraż, którego magicznie się nie powiększy, a przepisy przeciwpożarowe są bezlitosne. Postawmy się jednak w roli uczestnika, który swoje zarobione lub odłożone pieniądze przeznacza na konwent. W tym momencie płaci za atrakcje, z których nie może nawet skorzystać. Bo, powiedzmy szczerze, kolejkony mogą być zabawne, ale nie dzień w dzień po kilka godzin. Jedynym wyjściem było zabunkrowanie się w jednej z sal (o ile udało się do niej dostać) i przesiedzenie tam kilku prelekcji pod rząd… z nadzieją, że nie dopadną cię przepisy przeciwpożarowe, wszystkie prelki będą ciekawe, a w międzyczasie nie zachce się do toalety.

Falkon

Z prelekcjami, jak wiadomo, bywa różnie i niewiele w tym winy organizatorów. Przykro jednak, że niektórzy prelegenci na ostatni moment odwoływali swoje prelekcje, a inni… reklamowali na nich swoje gry. Zawód konwentu? Prelka o „Grach w walce z lękiem i depresją”. Ludzi napaliło się na nią od groma, sporo przyszło na wcześniejszą prelekcję, żeby na pewno mieć miejsce, sama jarałam się jak dzika kuna w gorejącym krzewie. I co? Prelekcja nie dość, że skończyła się w zasadzie w połowie wyznaczonego czasu, a speszona prelegentka zaproponowała, by przez pozostałe pół godziny o czymś podyskutować, to w zasadzie całe „show” polegało na tym, że gry pomagające w walce z depresją wymieniono z tytułu. A, no i jeszcze reklamowano nową grę. Trochę przykro. Wyszłam w „połowie”.

Miałam szczęście trafić również na prelekcje dobre lub bardzo dobre. Świetnie bawiłam się na tej o teoriach spiskowych oraz dotyczącej dziesięciolecia Wiedźmina w uniwersum gamingowym. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze ludzie, którzy czerpią radość z dzielenia się swoimi pasjami i robią to w niesamowity, zaangażowany oraz entuzjastyczny sposób.

Pyrkon

Miłym zaskoczeniem okazał się brak kolejek po akredytacje. Wszystko odbywało się płynnie oraz szybko, bez zbędnego stania na mrozie czy deszczu, bo w tym roku pogoda niestety nie dopisała. Równie miłe okazały się ceny w punktach gastro. Bo albo pamięć mnie myli, albo rok temu było drożej. Tym razem na terenie konwentu można było najeść się za rozsądną cenę. Chociaż okoliczne sklepy pewnie i tak odnotowały nagły wzrost sprzedaży.
Nie wydaje mi się, żeby umiejscowienie sleeproomów nieco dalej od głównego ogniska imprezy było złym pomysłem. W sleeproomie się śpi, myje i przebiera, więc przejście kilku dodatkowych kroków z rana, a później wieczorem (o ile w ogóle miało się zamiar spać) nie powinno robić różnicy. Za to można było mieć pewność, że ludzie zainteresowani samą imprezą, nie będą się kręcić przy strefie noclegów. Jeśli chodzi o resztę pawilonów… Generalnie nie mam problemów z orientacją, ale kilka razy się zgubiłam. Nie da się ukryć, że Pyrkon momentami stawał się niemałym labiryntem.

Żeby nie było, że wyłącznie się czepiam: uwielbiam pyrkonowy gamesroom. Co roku jestem zachwycona sposobem organizacji. Osobna kolejka do rejestracji, osobna do oddawania gier i dwie do wypożyczania, podzielone na „wiem, w co chcę zagrać” oraz „nie wiem, w co chcę zagrać”. Coś świetnego. Ponadto samo pomieszczenie oraz liczba stołów są ogromne, więc nawet w czasie największego obłożenia dało się znaleźć wolny stolik. A jeśli ktoś wytrwale trzaska ze znajomymi w karcianki po nocach, to mógł mieć dla siebie niemal cały gamesroom.

Pyrkon

Pyrkon, jako impreza masowa, oczywiście musi się zwrócić. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że powierzchnię Targów Poznańskich trzeba opłacić i że te pieniądze z nieba się nie wezmą… ale co za droższą z roku na rok wejściówkę ma przeciętny konwentowicz? Większą Krainę Wystawców. Bo merchandising musi dobrze działać. Nie do końca mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że na każdym stoisku było to samo. Przypinki, owszem, pojawiają się praktycznie wszędzie. Ale odróżnia je to, że na jednym stoisku będą to przypinki z M&A, na drugim z seriali, na trzecim z gier wideo. Poza tym jest to element tak mały, że trudno jest mieć o to pretensje. Sporo w tym roku było rękodzieła, jeszcze więcej komiksów. Gdzieniegdzie ceny były przyzwoite, w innych miejscach… cóż. Najlepiej zobrazuje to chyba anegdotka: sześć lat temu na Pyrkonie kupiłam portfel za dwadzieścia złotych. Teraz ten sam portfel kosztuje 2,5 raza więcej. Ach, no i nie zapomnijmy wspomnieć o największym raku Krainy Wystawców: mowa tu oczywiście o stoiskach, których właściciele kupują na platformie zakupowej z Chin pluszaki i inny gruz za grosze, a potem sprzedają go na konwentach nawet za 700% ceny.

W przeciwieństwie do Angi całkiem dobrze bawiłam się w strefie gier elektronicznych, zarówno w części przeznaczonej na gry indie, jak i przy większych stoiskach. Cóż mogę powiedzieć, DotA 2 to moja słabość i łatwo mnie w ten sposób kupić, choćby przez to, że dookoła częściej spotyka się wszystko, co poświęcone LoLowi.
Pyrkon, czy też inne konwenty, to morze. Morze ludzi. Ludzi fantastycznych, kolorowych, uśmiechniętych i po prostu wspaniałych. I mowa tu nie tylko o cosplayerach, choć ci, jak zwykle, dopisali. Nie jestem tylko do końca pewna, czy dla samych ludzi i obozowania pod salami prelekcyjnymi warto wracać i wydawać takie pieniądze. Bo trudno wątpić w to, że za rok akredytacje będą kosztowały równe sto złotych.

Za akredytację prasową dziękuję organizatorom Festiwalu Fantastyki Pyrkon.

Pyrkon
Pyrkon
Pyrkon
Pyrkon
Pyrkon
Pyrkon
Pyrkon
Pyrkon
Pyrkon
Pyrkon

Izabela "Deneve" Ryżek

Izabela "Deneve" Ryżek

Studiuję archeologię na UMK w Toruniu… a tak naprawdę mieszkam w Internecie, lubię koty, flejmy i (nie)śmieszne memy. Rekreacyjnie katuję się analizą słabych książek (ale ćśś, to przecież guilty pleasure!). Można mnie spotkać na koncertach, konwentach i imprezach naukowych. Trochę nie mam życia, a trochę je przegrywam – głównie w karcianki, planszówki, RPGi, a ostatnio również gry typu moba. Człowiek-siedem-nieszczęść. Psuję wszystko, co jest do zepsucia (głównie siebie), kolejna plaga egipska pewnie nosiłaby moje imię.