Pyrkon

Pewnego razu trzech śmiałków przygód żądnych na wyprawę wybrać się chciało. Posłyszeli od gawiedzi, co echem plotki niesie, że w mieście Pyry fantastyczny festiwal szykują. Poczynili więc krok – każdy swoim sposobem – coby zbadać zjawisko coroczne. Wyruszyli chyżo prawie bladym świtem, by uraczyć się zabawą w przebraniu – jeden wybrał tworzenie, drugi zawód gryzipióra, trzeci wniknął w tłum uczestników. A po cóż im role tak różnorodne? Ano spiknęli się bowiem, żeby relację słuszną stworzyć, pod różnym kątem należało zerkać. Po trzech dniach swawoli, gdy już wszystko przycichło, uczynili, co dane im było:

Obawy i nadzieje

Yaiez:

Wreszcie za mną pamiętny, dziewiczy lot na poznański festiwal fantastyki ogólnie Pyrkonem zwany. Co prawda mam za sobą pobyt na terenie eventu w czasie jego trwania jako niewolnik usiłujący za pomocą merytorycznych porad zachęcić gawiedź do zakupu komiksów, ale dopiero w tym roku mogłem wyściubić nos poza pawilon nr 5. W związku z powyższym moje obserwacje mogą okazać się przydatne dla ludzi wybierających się do tej nerdowskiej Mekki po raz pierwszy.

Połączenie wrodzonego skąpstwa i przemyślanej taktyki relacyjnej popchnęło mnie również do zdecydowania się na zbiorowy nocleg w niesławnym sleeproomie oraz podróż przy pomocy przypadkowo znalezionych w sieci towarzyszy niedoli i obie te opcje niezdecydowanym McKwaczom polecam z czystym sercem i nieco mniej czystymi stopami – bo prysznice udostępnione na miejscu były ucieleśnieniem koszmaru mikofoba. Jeśli jednak udało się nie utonąć, to kawałek miejsca na podłodze ozdobiony za pomocą dwóch mat i koca okazał się całkowicie wystarczający do zapadnięcia w sen, tak bardzo potrzebny zmęczonemu ogromem atrakcji umysłowi. Nikt mnie nie okradł, nikt nie narobił mi do bagażu, nikt też (o dziwo) nie obudził mnie, wykrzykując informację, że „zaraz będzie ciemno”.

Angi:

Kolejny rok minął, kolejny Pyrkon miał miejsce. I, oczywiście, kolejny raz postanowiłam, że nie wypada takowego wydarzenia przegapić. Zawsze uważałam za zbrodnię omijanie tak wielkich eventów, jeżeli dzieją się one tuż pod twoim nosem. Przyznam jednak, iż po zeszłorocznej edycji długo zastanawiałam się, czy na pewno chciałabym ponownie zanurzyć się w ten wiecznie kolorowy ludzki ocean. Ceny biletów poszły w górę, a jakże, choć jakości nijak nie przybyło. Pyrkon rośnie, to fakt, ale ramię w ramię ze wzrostem powinna iść także jakość.

Szczycąc się swoim wiecznie krytycznym okiem i wrodzonym wścibstwem, przyjęłam na tej wyprawie rolę „gryzipióra”. Choć określenie to posiada zabarwienie nieco pejoratywne, żartobliwie oddaje ciekawską naturę reprezentanta zawodu. Nie połasiłam się na dodatkowe przygodny w postaci sleeproomu – jego zła sława zmroziła mnie już na wstępie, a i po co się pchać po nocleg na twardej ziemi, gdy niedaleko czeka cichy pokój z własnym ciepłym łóżkiem. Nie raz dało się słyszeć historie o tym, że by zachować cały swój dobytek trzeba albo na nim spać, albo zamknąć na klucz w jakiejś bezpiecznej szafce. Kradzież przy takiej olbrzymiej grupie nie jest niczym zaskakującym, lecz wciąż niepojętym. W zeszłym roku ginęły nawet buty. Kolejnym problemem sleeproomu są także wszechobecne zapachy – często bardzo nieprzyjemne mieszanki potu i niemytego ciała. Część uczestników najwyraźniej zapomniała, że dezodorant to nie prysznic w sprayu i należy do mycia użyć zarówno wody, jak i mydła. A i o ciszy, gdy oczy się kleją, można w sleeproomie zapomnieć. Te czynniki sprawiły, że nawet przy nagłym przypływie żądzy przygód wolałabym skorzystać z pokoju w motelu. Od tego problemu wybawiło mnie mieszkanie w samym centrum, dzięki temu skupiłam się na zwiedzaniu i słuchaniu – ot typowym czynnościom dla grotołaza mojego pokroju. Posłuchałam, pochodziłam, popatrzyłam i nieco w tej relacji wypociłam…

Rev:

Jestem Pyrkonowym weteranem. Pojawiam się tam regularnie od dziesięciu lat (albo i więcej), dobrze pamiętam czasy kolejkonu, i to jeszcze prowadzącego do akredytacji zrobionej ze stolików skradzionych z gimbazjalnych klas. Ech, to były czasy! Przybywasz pięć godzin przed otwarciem, by koczować niczym mongołowie na stepie, na chodnikach prowadzących do jakiejś postkomunistycznej szkoły. Nie to co teraz, podchodzisz bez kolejek do kasy dzień wcześniej i otrzymujesz swoją wejściówkę bez marnowania czasu.

Ale dość już tych wspominek, czasy się zmieniły. Według mnie na lepsze. Pyrkon dla mnie stał się symbolem, tego, że nasze piwniczne hobby (nieważne czy to manga, czy fantastyka, RPG czy inne) szturmem zdobyło swoją pozycję w mainstreamie. Biorąc to pod uwagę, nie mógłbym spać, jeśli nie dołożył swojej cegiełki do tej wielkiej imprezy. Stąd też po reewaluacji swoich umiejętności, postanowiłem kontynuować swoją karierę jako Pyrkonowy twórca larpów typu chamber w bloku, tak zgadliście, larpowym. Mimo ogromu wysiłku, jakiego wymagała praca projektowa i realizacja mojego pomysłu, stwierdziłem, że to za mało. W tym roku podniosłem sobie poprzeczkę i zostałem także panelistą… To znaczy prowadzącym panel, i to nie byle jaki, bo Jak prowadzić RPG dla dzieci i młodzieży?. Taka ilość punktów, które dzierżyły moje wszystkie imiona, nazwisko i ksywkę sprawiła, że wchodziłem za darmo. Dlatego też trudno mi wypowiedzieć się na temat podwyżki ceny i jej opłacalności. Ja tego nie odczułem i było mi z tym przyjemnie.

Sleeproom

Atrakcje

Yaiez:

Szykując się do wyjazdu, postanowiłem zrobić odstępstwo od swojej niepisanej zasady, zakładającej robienie wszystkiego z minimalną odpowiedzialnością i porównywalnie dużą dawką improwizacji. Już na etapie planowania przytłoczyła mnie ilość możliwości, a realia tylko spotęgowały ten dystans między ambicjami na ułożoną dorosłość a faktycznymi możliwościami logistycznymi. Wszystko, od ilości chętnych, aż po taki banał jak dystans między pawilonami, bez przerwy udowadniało mi, w jak głębokim poważaniu los ma moje drobiazgowo wykalkulowane zamiary. Aby dostać się na prelekcję, pograć w coś czy też po ludzku pożegnać produkty przemiany materii, trzeba często niestety krążyć w okolicy niczym sęp nad świeżym, parującym truchłem antylopy.

Koniec końców zdecydowałem się skupić na kilku interesujących mnie prelekcjach okołokomiksowych oraz (głównie z powodu dawno niepodsycanej nostalgii) papierowym erpegowaniu. Tych pierwszych widziałem cztery, z sześciu planowanych. Do pozostałych dwóch drogę zagrodziły mi kolejki, w których mniej więcej połowie powinna skończyć się ludziom minimalna nadzieja na wejście do sali, nawet zakładając, że wszyscy leżeliby na sobie. Prawdą jest, że przed wejściem na popularniejsze tematy wypada ustawić się przynajmniej z godzinnym wyprzedzeniem (co jest też dobrą okazją do poznania ludzi). Problem pojawia się, gdy ich godziny niemalże się pokrywają. Ostatecznie pociłem tyłek na krześle, słuchając dwukrotnie Joachima Tumanowicza, który w piątek nakreślił rzeczywisty obraz sławetnej Srebrnej Ery komiksu, ograniczając się do najbardziej wyrazistych i śmiechogennych z setek konkretnych absurdów tamtych czasów (od tej pory każdy problem chce rozwiązać ciepając jego źródło w kosmos). Ten sam prelegent zamknął dla mnie Pyrkon, opowiadając zwięźle, ale jakże prawdziwie, o tym, co go w komiksach irytuje.

Zręcznym połączeniem dwóch biegunów moich zainteresowań sobotę naznaczył mi Mateusz „PanMateusz” Działowski, prezentując, jak na przestrzeni lat, w obie strony, komiksy dzieliły się inspiracjami z rapem. Stojąc w kolejce, miałem pretensjonalną nadzieję na możliwość dopowiedzenia pominiętych oczywistości w stylu stylistyki i tematyki prezentowanej przez Czarface lub rapera znanego pod wiele mówiącym pseudonimem MF Doom. Nie dostałem takiej okazji, więc szanuję w opór. Na samym końcu, tylko ze względu na trochę mniejszą pewność siebie przy prezentacji, uplasował się u mnie przedstawiciel Stowarzyszenia Badaczy Popkultury Trickster. Daję mu jednak duży, mocno subiektywny plusior za dobitne zaznaczenie sympatii do postaci Karnaka przy okazji rzetelnej analizy tego, co i dlaczego poszło nie tak przy realizacji fatalnego serialu Inhumans. Żółwik, aż zbieleją kłykcie.

Piątkowy wieczór, przed piwną integracją, jak i większą część ostatniej nocy zajęły mi sesje RPG. Nie chciałem mielić kolejny raz tematów, które już dawno mi się przejadły. Z listy dostępnych systemów wybrałem dwa, które nie zapalały absolutnie żadnej lampki w moim mózgu. Pierwsza, rozegrana na sporym luzie, przygoda w bardzo łatwo przyswajalnym Eternal Steel zakończyła się sukcesem drużyny głównie dzięki ożywionemu, wysmarowanemu smalcem i podpalonemu truchłu konia, w którym (oczywiście w celu symbolicznego zasugerowania klątwy wywodzącej się od smoczego bóstwa) strategicznie umieściliśmy ogromną, żywą i oczywiście kradzioną anakondę. Po kolejnym zmroku usiadłem ze świetną grupą współgraczy przy jeszcze mniej mi mówiących i nieznacznie bardziej złożonych od strony technicznej Widmowych Wzgórzach. Chociaż tym razem nie dostałem okazji do napychania martwych zwierząt żywymi, to doskonale dobrana (choć rzadko zgodna) ekipa i świetny mistrz gry kupiły moją uwagę na tyle mocno, że po dwóch rozegranych sesjach bezczelnie olałem nowopoznanych znajomych tylko po to, aby w roli obserwatora śledzić trzecią. Pomiędzy tym wszystkim starczyło mi jeszcze czasu na niezliczoną ilość drobiazgów: nadrobiłem trochę zaległości w Czytelni Komiksów Nova (wreszcie nadgryzłem Technokapłana i Amerykańskiego Wampira!), sromotnie przerżnąłem dwie partie karcianek z zatrważająco młodszymi ode mnie maniakami i obserwowałem, jak inni kultywują z wypiekami na twarzy te pasje, które w przyszłości chciałbym lepiej zrozumieć. Naprawdę nie wyobrażam sobie, jak na Pyrkonie można się nudzić, nawet przy mocno ograniczonej gamie zainteresowań.

Angi:

Logistyka i organizacja mają to do siebie, że zawsze znikają, gdy tylko przychodzę. Pobieżnie przeglądając plan atrakcji i prelekcji, już na wstępie pogodziłam się z myślą, że bez Zmieniacza Czasu panny Granger się nie obejdzie. Interesujące mnie prelekcje nachodziły na siebie, wydarzenia i atrakcje były przeładowane ludźmi, a kolejki rosły, zakręcały i zniechęcały skutecznie do życia. Organizatorzy Pyrkonu przygotowali dla uczestników tzw. żetony, które umożliwiały wejście na prelekcje oraz eventy bez kolejki. Oczywiście, ich liczba była bardzo ograniczona. Pozostali nieszczęśnicy musieli obejść się smakiem i jak co roku odstać swoje, coby mieć chociaż cień szansy na wejście do sal. Jak nietrudno się domyślić, udało się nielicznym. Co bardziej zdeterminowani koczowali pod salami już półtorej do dwóch godzin przed prelekcją, ja z kolei odpuściłam sobie tę wątpliwą przyjemność i po prostu skupiłam się na rozmowach i zbieraniu zdjęć oraz informacji. Czas jest cenny, a i nigdy nie ma pewności, czy faktycznie warto tyle czekać na prelekcję, która może okazać się jedynie rozczarowaniem. Ktoś mógłby rzec, że żałuje tylko ten, który nie próbuje, lecz będąc całkowicie szczerym, w większości przypadków od pokuty kolejkonu odstraszały już same nazwy prelekcji (Zmarł mi dziadek, zatańczmy! – seriously?!), które nie dość, że niewiele mówiły o samej treści, to jeszcze dodatkowo wprowadzały niepotrzebne zamieszanie.

W pozostałych przypadkach jak co roku niczym mantra powtarzały się dyskusje na temat Gwiezdnych wojen, tworzenia gier, starć superbohaterów wszelkiej maści i Nie z tego świata. Brakowało mi interesujących punktów o nieco głębszym spojrzeniu – można było natknąć się na nieliczne prelekcje o mitologii i kulturze, na palcach jednej ręki dało się policzyć rozmowy o fechtunku i tym podobnym. Postawiono tradycyjnie na masę, na mainstream, który w mniejszym, bądź większym stopniu znają wszyscy, zamiast dodać coś nowego od siebie (w logiczny i składny sposób, rzecz jasna). Maskaradzie również jest co zarzucić. Pomimo obecności Phillipiuka, forma prowadzenia wydarzenia wołała o pomstę. Panie, które rzucały komentarze co do kolejno wchodzących przebierańców, powinny zapaść się pod ziemię i więcej nie zabierać się za zadanie, które tak bardzo je przerasta. Biednego Phillipiuka z kolei nie było prawie w ogóle słychać, gdyż można było odnieść wrażenie, jakoby mikrofon był wyciszany za każdym razem, gdy miał przemawiać. Słowem, jest co naprawiać, jest co zmieniać.

Rev:

Jako twórca i uczestnik larpów Pyrkon od zawsze spędzałem w większości w tym bloku. W tym roku się nie zawiodłem. Do wyboru były różnorodne i rozmaite pomysły. Wydaje się, że twórcy tegorocznego programu larpowego poświęcili sporo czasu, by zbalansować ilość symulacji klasycznych z tymi o bardziej ambitnej tematyce, wymagającej większego zaangażowania. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie, fantasy, sci-fi, współczesność, klimaty samurajskie, to tylko kilka z najpopularniejszych.

Uczestnictwo w larpach niestety ma minus, jakim jest czas, który pochłaniają. Biorąc to pod uwagę, udało mi się wziąć udział w dwóch i było to całkiem przyjemne doświadczenie, chociaż bardzo długie. W połączeniu z punktami programu, które sam przygotowałem, sprawiło, że nie udało mi się w tym roku skorzystać z pozostałych bloków.

Muszę jednak wskazać, że sale przeznaczone jako hala wystawców czy hala esportu były w tym roku tak duże i tak solidnie wyposażone, że można było bardzo przyjemnie spędzić tam czas, włócząc się, oglądając ekskluzywne towary, wielkie kolekcje, stoiska wydawców czy testując jakieś nowe, dopiero co zapowiedziane gry planszowe.

Atrakcje

Pokaż mi swoje towary…

Yaiez:

Teraz proszę tak po cichu, w tajemnicy przed moją narzeczoną i urzędem skarbowym: na Pyrkon wziąłem o około 20% więcej kasy, niż początkowo zamierzałem, a wydałem jakieś 30% więcej, niż wziąłem. To, co większość wystawców tam odwala, powinno być karalne, a przy wydatkach powyżej 300 zł potencjalnego klienta powinna obowiązywać rozmowa z terapeutą. Macie czasami tak, że wpadnie wam w oko w internetach jakieś cudeńko, o którego istnieniu nie mieliście pojęcia? Trafiacie czasami na figurkę tej jednej, jedynej postaci z Marvela, o której wiecie chyba tylko wy (heloł Moon Knight jeszcze dwa lata temu)? No to Pyrkon to taka nachalna, dostosowana do naszej historii przeglądania reklama, gdziekolwiek się skieruje wzrok. Od bodźców nakłaniających do rytualistycznego bicia pokłonów bogom kapitalizmu uciec tam się po prostu nie da. Wszystko jest kolorowe, błyszczące, wyjątkowe, dostępne od ręki tylko tu i teraz, no i niestety w wielu przypadkach przecenione.

Aby mieć zakupowy szał z głowy, postanowiłem wszystkie swoje żądze spełnić pierwszego dnia i ciężki tobołek z zakupami zostawić w bezpiecznym lokum naszej miejscowej, redakcyjnej wtyki. Chciałem oczywiście najpierw się rozsądnie rozejrzeć, rozeznać w cenach, wywalczyć jakieś zniżki… chciałem. Już na samym starcie Angi przywiodła mnie na stoisko poznańskiego sklepu komiksowego KiK, gdzie usłyszałem o jednej zniżce, drugiej zniżce, trzeciej zniżce i serce zaczęło bić mi mocniej. Nie chciałem stracić przytomności, więc mówiąc drżącym głosem „t-to ja z-zaraz wrócę” odszedłem na piętnaście kroków, obróciłem się na pięcie i zostawiłem u chłopaków 80% swoich pieniędzy. Opłacało się, nawet po wliczeniu ślicznej torby z jeżem, którą musiałem kupić kilka stoisk dalej, aby uratować bark przed niechybnym zwichnięciem z powodu ciężaru moich konsumenckich grzeszków. Szybko wróciłem na początek hali w celu wydania stówy na upatrzony już wcześniej fullcap z czachą Punishera, podobną akcję jak przy KiKu (znowu zwrot o 180° po kilku krokach) odstawiłem przy stoisku Stworki Potworki, nieskutecznie uciekając przed zakupieniem figurki Hulka z Marvel Diamond Select i odetchnąłem z ulgą. Ta jednak długo nie trwała, bo sobota odkryła setki bajerów, które jakimś cudem przeoczyłem, snując się jak zombie kilkanaście godzin wcześniej. Setki gadżetów, ogromne plakaty na drewnianych stelażach z oldskulowymi okładkami komiksów, figurki (nie, nie POPy, nigdy nie POPy), akcesoria dla artystów. Przypomniało mi się, że przecież bardzo potrzebuje dorwać jakąś nową bluzę, a i podkładka pod myszkę z galerią symboli Batmana na przestrzeni lat przyjęła koloryt ulic Gotham i w ostatniej chwili udało mi się opamiętać. Do pawilonu piątego wchodziłem już tylko zmierzając do czytelni komiksów, odwracając wzrok od setek stoisk kipiących niemalże epileptyczną paletą naprawiaczy spóźnionego dzieciństwa, udało mi się zignorować szumiące mi cichutko w głowie „kup mnie”.

Przynajmniej do niedzieli, gdy wziąłem jeszcze t-shirt dla narzeczonej.

Angi:

Chciałabym już na samym wstępie ogłosić, że słowa mojego przedmówcy, jakobym niczym syrena powiodła go ku zębom skał, były całkowitym pomówieniem. Ja tylko przeszłam się grzecznie po hali wystawców, odwiedziłam kilka znajomych twarzy i przy okazji przywiodłam Yaieza na chwilkę do KiK-a. Skąd mogłam wiedzieć, że ogarnie nas zakupowa gorączka i nagle pół wypłaty pójdzie tańcować? Jak już sam zresztą zauważył, Pyrkon, a dokładniej Sala Wystawców, zawsze była Trójkątem Bermudzkim dla wszystkich żeglarzy na pyrkonowym morzu. Byłam więc jedynie ofiarą, jednym z wieluset rozbitków, którzy wypłynęli z tego szaleńczego portu uciech w samej koszuli i portkach, lżejsi o zawartość portfela. Wysoki sądzie, jestem niewinna!

Przyznam szczerze, że w Hali numer 5 spędziłam większość swojego czasu, myszkując pomiędzy stoiskami, świecąc oczami za coraz to nowszymi pokusami i przetracając grube pieniądze na komiksy, loterie (ach, moje biedne serce hazardzisty!) i gry. Cóż miałam robić? Przeceny były wprost wszędzie! A i grzech to wielki nie skorzystać z okazji, kiedy sama pakuje ci się pod nogi. Miałam określony budżet, którego za nic miałam nie przekraczać. Gdy już zaspokoiłam swoje komiksowe żądze i zostało mi jeszcze trochę drobniaków na małe co nieco, pojawił się on – Rev – i wszystko poszło w diabły. Jako weteran planszówek i były sprzedawca gier bez prądu, Rev doskonale wiedział, jak należy przedstawić produkt, by biednej gawiedzi zaczęła lecieć ślinka, a oczy spoglądały obłąkańczo na przecenione pudełka pełne niezapomnianych przygód. Naprawdę chciałam się oprzeć, tak długo trenowałam silną wolę. Niestety, gładka gadka i kilka słów kluczy wystarczyło, by otworzyć w mojej głowie pancerne wrota do kryjówki małego chciwca. Złorzecząc otwarcie na podstępnego zdrajcę Reva, przekroczyłam swój budżet i opuściłam stoisko Cube’a ze słodko-gorzkim uczuciem w sercu. To był punkt kulminacyjny, po którym stwierdziłam, że w zasadzie mogę jeszcze szarpnąć się na krawat Ravenclawu przy stoisku Collectora. Później było już tylko gorzej…

Rev:

Ten rok był dla mnie ogromnym wyzwaniem… miałem bowiem odłożoną sporą sumkę pieniędzy. Paradoksalnie, teraz, gdy uczę się oszczędzać, moim celem nie było wydanie jak najwięcej (mając zasoby), a jak najmniej.

I udało się! Kupiłem sporo, ale w większości były to zakupy racjonalne, produktów wyjątkowych, których nie dostałbym na co dzień. Dlatego też ostatecznie poza dwoma koszulkami oraz minigrami będącymi prezentami dla narzeczonej, zakupiłem grę planszową legacy Charterstone w wersji angielskiej (skutecznie wykonując rzut na handlowanie i obniżając jej cenę), komiiksy: Gromowładną oraz dwa tomu serii Podoboje, koszulkę dla siebie, skórzany karwasz, który będzie stanowił element mojego stroju na nadchodzący larp oraz tradycyjnie nalepki.

Tutaj też chciałbym się zatrzymać i omówić kwestię tej mojej konwentowej tradycji. Nalepek nie kupuję wyłącznie z powodów tego, że nalepki są super i trzeba nimi oklejać laptopy. Kupuję je, ponieważ uwielbiam wspierać artystów! Szczególnie tych młodych. Gdybym był milionerem, zapewne zostałbym mecenasem sztuki fandomowej. W tym roku zakup nalepek dyktowany był jednak nie tylko kunsztem artystki (milenamlynarska.com), która je przygotowała, ale też bardzo istotnym faktem – rzeczona artystka jako jedna z niewielu przyjmowała płatność kartą! Tak, moi drodzy twórcy kontentu graficznego, warto pomyśleć o tym, by pozyskać taki sprzęt. Osobiście coraz rzadziej noszę przy sobie drobne i tym razem miałem już powstrzymać się od zakupu, ale zpytałem mimo to… i okazało się, że przyjmuje! Dzięki temu udało mi się rzutem na taśmę, by w niedzielę dopełnić tradycji.

fanty

Ludzie, elfy i potwory

Yaiez:

Nocne poty, groza, słabo skrywana niechęć. To krótki opis pigułki uczuć, jakie towarzyszyły moim myślom o tym, co w Pyrkonie wydawało mi się najgorsze. Fandom, bo o nim oczywiście mowa, jest dla mnie trochę jak mocna kawa. Lubię, ale możliwie rzadko, w niewielkich ilościach, no i najlepiej jeszcze (dla kurażu) obcowanie z nim zaprawiam sobie jakimś rumem, albo szkocką. Co prawda wielu z moich najbliższych znajomych odznacza się mocnym nerdziarstwem, ale to jest strefa prywatna. W strefie publicznej, wręcz kulturalnej, częściej obracam się w środowisku dziwnie ubranych miłośników muzyki niesłuchalnej. To oznacza, że podobnie jak lwia część tej hałastry, cechuje mnie taki poziom pretensjonalności i hipokryzji, że nawet starając się zminimalizować te cechy (no bo to w sumie też już przestaje być hip) wypadam w ich zakresie dziesięciokrotnie gorzej, niż przeciętny obywatel. Odrzucają mnie słodziaśni otaku, dystansuję się od aspołecznych, chodzących encyklopedii Gwiezdnych wojen, szerokim łukiem omijam wszystkich furries i tonę uparcie w tej hipokryzji.

Wiecie, co jest najgorsze? Przez te trzy dni pobytu w Poznaniu musiałem odpowiedzieć sobie na kilka pytań odnośnie do swojej osoby, pogodzić się z pewnymi faktami. Społeczność dosłownie wchłonęła mnie za pomocą prostej, wszechobecnej, początkowo irytującej życzliwości. Jeden z moich ulubionych, niesłuchalnych zespołów (The Body, polecam, ale nie polecam) wydał ostatnio nowy krążek pod wymownym tytułem I Have Fought Against It, But I Can’t Any Longer i tak właśnie się czuję. Poddaję się, przyznaję i przepraszam – jestem z wami i na zawsze już będę. Jeśli boicie się wchłonięcia do wesołej, kolorowej sekty, której rytuały zwykle uwzględniają tańce w linii conga, to nie przyjeżdżajcie na Pyrkon. Przyjechałem sam, choć plany były inne, ale wyjechałem z gronem nowych, zdrowo pomylonych znajomych, których mam nadzieję spotkać również w przyszłym roku.

W tym miejscu wypada również wspomnieć o tych wszystkich ludziach, którzy pofatygowali się specjalnie po to, żeby coś zaprezentować, niekoniecznie jednocześnie cokolwiek sprzedając za setki ciężko zarobionych cebulionów. Od ekipy z figurkami Transformers, przez które spóźniłem się na jedną z prelekcji, przez przedstawicieli postapokaliptycznego festiwalu Oldtown, aż do kolejnego mostu między różnymi aspektami mojego życia hobbystycznego, czyli drużyn rekonstrukcji historycznej. Wszystko przyciągało wzrok, a otwartość i chęć kontaktu, cierpliwość do drobiazgowych tłumaczeń zatrzymywały licznych gapiów na dłużej. Jeśli ci wszyscy ludzie będą z podobnym nastawieniem nawracać mnie podobnych synów marnotrawnych, to ta impreza nieprędko wygaśnie.

Angi:

Jako zatwardziały anti-social i chodzący przykład introwertyzmu, ciężko przeżywałam wszechobecną duchotę i nawałnicę ludzi podczas tych trzech dni. Już wczesnym rankiem w piątek, gdy ujrzałam ludzkiego grubego boa ciągnącego się od wejścia wschodniego aż do następnego skrzyżowania, jadąc tramwajem, wiedziałam, że czeka mnie ścisk, hałas i walka o świeże powietrze. Szykowałam się na najgorsze – konieczność przepychania się między delikwentami o problemach z podstawową higieną, unikanie „Free hugs”, a do tego wystawanie w kilometrowych kolejkach do łazienki. Ku mojej uldze, nie było w połowie tak strasznie, jak się zapowiadało.

Po początkowym tłoku czekało mnie kilka miłych niespodzianek. Nikt mnie nie zaczepiał, w miarę sprawnie przemykałam pomiędzy stoiskami, udało mi się bez problemu odnaleźć swoich redakcyjnych towarzyszy broni oraz starych znajomych, a i zdjęcia wyszły całkiem niezgorsze, gdyż nikt nie pakował się bezczelnie w kadr. Co prawda sobota przyniosła ze sobą tsunami mas ludzkich, niemniej można się było tego spodziewać. Jednakże łatwo było uniknąć dzikich tłumów, zasiadając z doborowym towarzystwem przy piwie z dala od palącego słońca i szalejących mas. Z bocianiego gniazda dało się zauważyć sporo całkiem zgrabnych cosplayów, przyjrzeć się atrakcjom takim jak walki na strzelanie z łuku (pozdrawiam typka, który strzelał, trzymając łuk tył na przód!), walki na miecze, czy strzelanie z karabinów.

Rev:

Ludzie jak zwykle dopisali. Uwielbiam otwartość społeczności na konwentach. Było prawie jak na festiwalu muzycznym. Cosplayerzy chętnie mimo zmęczenia robili sobie zdjęcia w dziwnych miejscach i sytuacjach (Spotkałem Tyrande Whisperwind na bramce wyjściowej <3), a przypadkowo poznane podczas punktów programu (np. larpów) osoby bardzo szybko nawiązywały interesujące dialogi.

Ale i tak nic nie pobije historii z mojego nocnego eksplorowania przestrzeni targów. Wpierw umiliłem sobie czas oczekiwania w kolejce do toalety rozmową i śmieszkowaniem z totalnie przypadkowymi osobami, które pozdrawiam (jeżeli to czytasz, to porównałeś mnie do jakiegoś niszowego muzyka, do którego totalnie jestem podobny xD). By następnie trafić na zbitą w stado gromadę ludzi pod sleeproomem. Zainteresowany, zapytałem, co się dzieje… nikt nie wiedział. Dopiero po chwili okazało się, że w samym środku nauczał Jezus Chrystus we własnej osobie i w różowych majtkach. Dlatego też pozostałem i ponagrywałem to zjawisko. Jezusa noszono, śpiewano mu barkę, próbowano ukrzyżować i przyjmowano jego błogosławieństwo… W zabawę jednocześnie zaangażowanych było jakieś pięćdziesiąt osób. Skończyło się tym, że na środku przejścia położyliśmy się w kółeczku i zrobiliśmy umieralnię. Rozmawialiśmy ze sobą i krzyczeliśmy do siebie, leżąc tak i wpatrując się w przelatujące nad nami samoloty, mimo że mało kto znał siebie nawzajem. Co chwila ktoś dołączał do umierania lub zostawał zombie (wstawał i odchodził). To doświadczenie trwało dla mnie kilkanaście minut, ale sprawiło, że poczułem się zupełnie, jakbym był z powrotem na festiwalu Woodstock.

Myślę, że bardzo dobrze świadczy to o pyrkonowej społeczności.

cosplay

Organizacja – co z czym

Yaiez:

Tutaj rozpisywać się nie będę. Podobało mi się wszystko, oprócz tego co mi się nie podobało, a tego nie było zbyt wiele. Biadolenia ze strony odbiorców uniknąć się nie da, tak samo jak nie da się uniknąć kilku potknięć przy organizowaniu tak ogromnej imprezy. Biorąc pod uwagę, że Pyrkon to wydarzenie tworzone przez pasjonatów, dla pasjonatów, to organizatorzy zasłużyli na piątkę z plusem i najwyżej lekkim klapsem w tyłek, na zachętę.

Nie wszystko jednak było idealnie, a z uczciwości odniosę się jedynie do tych zadziorów, które ubodły mnie osobiście. Poniżej wszelkich oczekiwań spisała się apka Eventory, mająca w założeniu ułatwić zaplanowanie aktywności i poruszanie się na terenie festiwalu. Figę z makiem, tyle dostałem. Może po prostu jestem zbyt głupi, żeby szybko ogarnąć skomplikowane cuda cyfrowej techniki mobilnej, ale interfejs i funkcje tego ustrojstwa były tak dalekie od intuicyjności, jak to tylko możliwe. Dodatkowo rażąca była możliwość wyboru jedynie czterech zainteresowań na początku rejestracji, przy czym spanie w sleepromie i chęć integracji liczyły się jako jedne z nich. Początkowo chciałem wybrać osiem, więc zostawiając zapis do informacji odnośnie do noclegu musiałem zlikwidować ponad połowę. Nie do końca dobrze działały też zapisy na zamknięte sesje RPG. Na wspomniane wcześniej Eternal Steel zapisałem się od razu po otwarciu sześcioosobowej listy, która pięć minut później była już pełna. Na samą sesję przyszła, oprócz mnie, jedna z zapisanych osób, a ewentualni dodatkowi gracze zostali zniechęceni informacją o braku wolnych miejsc. Najbardziej jednak dotknął mnie brak opcji rezerwacji miejsc na prelekcje przy bilecie z akredytacji. Zwykłego gościa z karnetem to nie dotyka, ale organizatorom chyba powinno zależeć na chociaż minimalnym ułatwieniu mediom dostępu do wszystkich punktów programu, przynajmniej poprzez wcześniejsze rozpatrzenie wniosków i udostępnienie zainteresowanym kodów wymaganych przy zapisach. Jakbym był jeszcze mniej ogarnięty, niż jestem (o ile to możliwe) to pewnie nie dostałbym się nigdzie, a i tacy ludzie się zdarzali.

Jakby chociaż można było te smutki zapić, ale piwo było zbyt drogie, aby dało się ekonomicznie zrównać mózg z betonem. W sumie pochwalam, nie zarejestrowałem w nocy żadnej większej, żenującej szajby pijackiej.

Angi:

Konwenty mają to do siebie, że sprzyjają wielu ciekawym wypadkom i niekoniecznie mądrym pomysłom. Podczas przechadzki wraz z grupą znajomych dowiedziałam się zupełnym przypadkiem, że dnia ostatniego, tj. w niedzielę, na jakiś czas zamknięto szatnię tuż przy wschodnim wejściu. Było to o tyle niedogodne dla uczestników, że jeden petent o nosie brudnym od ciemnych interesów zwęszył okazję do wzbogacenia się. Tak oto na miejscu zamkniętej szatni powstała nowa – dzika. Długa kolejka nieświadomych uczestników ciągnęła się i zakręcała w grubego ślimaka w celu złożenia swoich dóbr w ręce owego podejrzanego typka. Jegomość za „cołaskę” wrzucał ich dobytek na tyły, wydając wraz z mrugnięciem oka numerki powypisywane na kartkach papieru. Można by rzec, iż potrzeba matką wynalazku i siostrą fortuny, lecz złote czasy cwaniaczka prędko się zakończyły. Organizatorzy wzięli go na dywanik i wyciągnęli konsekwencje. Na szczęście nikt nie utracił swoich precjoz, a i nie znalazły się kolejne sępy, które spróbowałyby podwędzić bonusowe torby, gdyż gżdacze bardzo prędko pojawili się na miejscu zbrodni, niwelując szkody. Więcej strachu niż szkody, ale anegdotka idealna do powspominania przy piwku.
A skoro już o piwku mowa, niespecjalnie zachwyciły mnie kraftowe wytwory dedykowane konwentowiczom. Choć ceny kraftów były w miarę normalne, podciąganie pod nie cen piw, które można dostać w sklepie za 4-5 złotych uważam za zbrodnię. Podobną zbrodnią były ceny jedzenia i picia bezalkoholowego. Mogłoby się wydawać, że dostawcy jadła i napitku postanowili podwoić, jak nie potroić ceny swoich wyrobów na pohybel konwentowiczom. A co, niech płacą za przyjemności! Tfu, ci przebierańcy! A mówiąc na poważnie, wstydźcie się. Wszystko ma swoje granice, a te ceny wołały aż po pomstę do nieba. To już zwykłe złodziejstwo.

Aplikacja, pożal się pierożku, na szczęście umknęła mojemu oku. Przysłuchując lamentom uczestników i nie tylko, o bardzo nieintuicyjnym działaniu tego ustrojstwa, utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze było nie marnować na nie cennej pamięci telefonu.
Prócz serii niefortunnych zdarzeń przedstawionych powyżej, w tym roku czekała mnie także bardzo miła niespodzianka. Jako iż Pyrkon co roku napędza sporą ilość turystów, rozsławiając Poznań w różnych zakątkach Polski, władze miasta sprawiły uczestnikom i organizatorom przemiły prezent. Każda wejściówka, w zależności od długości wykupionego pobytu, stanowiła również bilet mpk, który umożliwiał nieograniczone poruszanie się po mieście bez konieczności zakupu biletu na przejazd. Cóż za przemiły ukłon w stronę przyjeżdżających!

Rev:

Według mnie organizacja jak od lat była na wysokim poziomie. Kolejkonu nie doświadczyłem, wejścióweczkę odebrałem dzień przed. Wszystkie punkty programu, które prowadziłem, odbyły się, nie było fuckupów z godzinami, wsparcie gżdzaczowo-organizacyjne na wysokim poziomie. Tutaj szczególne gratulacje dla Mateusza Wilczka za świetne i profesjonalne zarządzanie blokiem larpowym. Podchodził do sprawy z sercem i zaangażowaniem. Wspierał, gdy zwykły twórca programu miał problem i wysłuchiwał każdej uwagi. Jedyne problemy, które napotkałem, nie były jego winą, a za ich rozwiązanie odpowiadają wyższe instancje w organizacji pyrkonowej. Mowa tutaj o niewielkich i dusznych salach larpowych, które przy ilościach 10-15 graczy stają się śmierdzącymi saunami oraz braku wody nawet dla prowadzących. Było to o tyle smutne, że ostatniego dnia, kiedy prowadziłem panel dyskusyjny, posiadaliśmy w sali lodóweczkę ze schłodzonymi energetykami. Mając takie wsparcie, Pyrkonie, mogliście się postarać, by larpowcy i rpgowcy też coś takiego dostali. Smutnym faktem jest też brak jakiegokolwiek wynagrodzenia dla tworzących larpy czy rpgi. Pracy przy tym jest sporo, a jedyna rekompensata to darmowe wejście. Ponownie, mając wśród uczestników foodtrucki i inne miejsca spożycia jedzenia, fajnie byłoby dostać taki kupon na burgera za dobrze wykonaną pracę! Liczę, że w przyszłości uda się wam to poprawić!

org

Wrażenia

Yaiez:

Pyrkonie, o Pyrkonie! Cóż żeś ze mną uczynił! Ogołociłeś mnie z pieniędzy, bezlitośnie skróciłeś mój walecznie utrzymywany dystans do kolorowej, fantastycznej społeczności, zmusiłeś do picia kraftowego piwa. Ja naprawdę jestem domatorem i bardzo szybko, nawet przy najlepszej zabawie w plenerze, zaczyna mi brakować mojej kanapy, półki z komiksami, komputera. Tym razem nie było nawet chwili, w której z żalem pomyślałbym o całym materialnym dobytku, pozostawionym kilkaset kilometrów dalej. Impreza, do której podchodziłem mocno sceptycznie, okazała się czarną dziurą, która za horyzontem zdarzeń skrywa zupełnie inny, hermetyczny i fascynujący świat. Istniejące tylko trzy dni każdego roku miasteczko, którego mieszkańcy starają się być dla siebie jak rodzina i zagrzebują wszystkie różnice po to, aby wspólnie cieszyć się ze swoich pasji, wciąż tak często marginalizowanych pomimo wyraźnego wzrostu oddziaływania popkultury na codzienne życie w naszym kraju. Zostałem przyjęty z otwartymi rękoma i serdecznie zaproszony na przyszły rok. Z pewnością skorzystam.

Angi:

Jak co roku przybyłam, zobaczyłam i skorzystałam. Pozbyłam się chomikowanych oszczędności, rozpoczęłam bardziej zaawansowany etap zapoznawania się z komiksami, a także przełamałam nieco niechęć do własnego gatunku. Ba, zdarzyło mi się nawet uśmiechnąć kilka razy, patrząc na tę kolorową, zwariowaną bandę uczestników! Poczułam się na chwilę tak, jak gdybym na trzy dni trafiła do zupełnie innego wymiaru – azylu wszystkich nerdów, geeków i po prostu ludzi z trochę bardziej niestandardowym hobby. Trafiłam na przyjazne twarze, pogrążyłam się w zakupowym szaleństwie, a i pozbierałam wcale dużo ciekawych historii z wielu ust. Ten ukryty wymiar dodał koloru szarej rzeczywistości i nudnemu życiu codziennemu. Czy pojawię się znów za rok i skorzystam? Jak najbardziej, gdyż pomimo oczywistych wad, Pyrkon ma także całe gros zalet, których nie sposób zaznać gdziekolwiek indziej.

Rev:

Mimo że po prawie dziesięciu latach jeżdżenia nieco przyzwyczajam się do formy, Pyrkon nadal jest moim numerem jeden na liście konwentowej w Polsce i pewnie tak już zostanie. 🙂 Mnie się podobało.

Dodaj komentarz

avatar