Pyrkon

Czarne chmury znowu przykryły niebo nad miastem doznań. Dobrzy obywatele opuścili rolety, zabili drzwi deskami, poukrywali swoje pociechy w bezpiecznych domach i złożyli ręce w modlitwie. Oto bowiem, na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, spod ziemi wyrósł pradawny monolit, który swoją pieśnią (a w tym roku najwyraźniej było to Skibidi), przywołał dzikie hordy egzotycznie ubranych kultystów. Piwnicę opuścili ludzie z wszystkich grup społecznych i przeróżnych narodowości, czyli ewidentnie grajdołek lewicowej propagandy. Połączyło ich jedno, oprócz perfidnego jeżdżenia komunikacją miejską na koszt biednych mieszkańców – miłość do popkultury i fantastyki. Z nieba grzmot, ziemia się trzęsie, co za tupet, jak oni śmią mieć zainteresowania?!

Etap przygotowań

Yaiez:

Skąd ten negatywny wstęp, naznaczony stereotypowym ostracyzmem i uprzedzeniami? To proste – przed tegorocznym wyjazdem trochę się naczytałem w internecie, co o całym tym kolorowym przedsionku piekła, który my nazywamy Pyrkonem, sądzą mieszkańcy Poznania. Jako że, w przeciwieństwie do zeszłego roku, to nie było moje pierwsze rodeo, chciałem naładować baterie obiektywizmu poznając skrajne opinie. W poszukiwaniu sensownych obaw i zastrzeżeń znalazłem głównie przeważające głosy zadowolenia i kontrastujące z nimi, wyssane z palca, ignoranckie hejty, które to właśnie posłużyły mi za bogate źródło bzdur ujętych we wstępie. Bańka mojego negatywnego nastawienia do fandomu pękła w zeszłym roku, więc chciałem na sprawę spojrzeć trochę z zewnątrz. Okazało się to tak samo niemożliwe, jak i (koniec końców) zupełnie niepotrzebne.

Powiem od razu, żeby nie było wątpliwości – w tym roku, w ogólnym rozrachunku, znów bawiłem się świetnie. Do domu wróciłem skrajnie zmęczony, zdecydowanie biedniejszy finansowo, ale i bogatszy o kilka doświadczeń i porcję nieznanej mi wiedzy popkulturowej. Z drugiej strony zeszły rok umożliwił mi nabranie dystansu do skrajnego entuzjazmu, którym zachłysnąłem się poprzednio. Podszedłem do tematu bardziej rzeczowo, wziąłem na tapet więcej prelekcji, postarałem się skorzystać z większej ilości atrakcji i lepiej zorientować się w tym, jacy ludzie tak naprawdę na Pyrkon przyjeżdżają. Wbrew przeczącej temu stwierdzeniu powierzchowności, widocznej na pierwszy rzut oka, prawda często nie była kolorowa. Może się starzeję, a betonowa podłoga skrajnie przepełnionego sleeproomu nie pomogła mi na nerwobóle dolnej partii pleców, ale w przyszłym roku na teren targów przybędę zdecydowanie ostrożniejszy. No ale przybędę, a to już mówi całkiem wiele.

Angi:

Jeden festiwal, a tyle skrajnych poglądów. Choć Yaiez zanurzył się w internetowym oceanie opinii, ja postanowiłam odpuścić sobie wątpliwą przyjemność szargania sobie nerwów czytaniem tych mniej i bardziej zgodnych z prawdą wypowiedzi internautów. Pojawiłam się na Pyrkonie czysta i niewinna, chcąc, jak co roku, wyrobić sobie własne zdanie na temat tego, jak zmienia się to wydarzenie. Pozostaje faktem stwierdzenie, że Pyrkon rozrasta się w zastraszającym tempie. Rosną ceny za wejściówki, rośnie ilość uczestników, a kolejki czy to po bilety, czy też na prelekcje wydłużają się niczym pyton próbujący zmierzyć swoją potencjalną ofiarę. Czy to zmiana na lepsze? Trudno stwierdzić, bo przy tak ogromnym wydarzeniu niemożliwym jest, by można było skorzystać ze wszystkich atrakcji naraz bez konkretnej taktyki i małego oddziału bojowego. Postanowiłam więc klasycznie skupić się strefie wystawców, autografach i ogólnej rozrywce dostępnej w poszczególnych blokach. Jakie pozostawiły one na mnie wrażenie? Już spieszę z odpowiedzią.

Czytelnia

Atrakcje

Yaiez:

Problemy na bok, bo akurat przytłaczająca ilość potencjalnych zajęć pozostaje niezmiennie główną cechą Pyrkonu. Podejrzewam, że nie istnieje choćby jedna osoba, której udało się zrealizować wszystkie wstępne założenia, więc i ja (nauczony doświadczeniem) poszedłem w tym roku trochę na żywioł. Szczęśliwie trafiło się, że udało mi się umówić z grupą dobrych znajomych, więc ich plany stały się częściowo moimi. To wyeliminowało szaleńczą przypadkowość z mojej festiwalowej codzienności, zmniejszyło wątpliwości i przytłumiło lęk związany z włóczeniem się w samotności po specyficznej, wypełnionej kuriozalnymi niewyspańcami, nocnej rzeczywistości tego miejsca.

Przede wszystkim, ponownie, zachciało mi się udawać żądnego wiedzy intelektualistę, który z uporem maniaka męczył stawy, biegając z prelekcji na prelekcję. Pech chciał, że terminarz koniecznych spotkań z żywym inwentarzem i chęć zgrania zakupów z możliwością ukrycia ich przed potencjalnymi entuzjastami cudzej własności zablokowały moją drogę do dwóch najbardziej mnie interesujących, stricte komiksowych wykładów. Ostatecznie wyglądało to tak, że w chwilach większego luzu zaglądałem na wciąż średnio funkcjonalną apkę, wypatrywałem ciekawych haseł i (w zależności od widełek czasowych) umilałem sobie oczekiwanie piwem o cenie przewyższającej czarnorynkowy koszt nerki, albo od razu leciałem zająć miejsce w rządku zniecierpliwionych entuzjastów. Udało mi się wbić na powalające (dosłownie, na więcej nie miałem siły) siedem prelekcji, czyli prawie dwa razy więcej niż w zeszłym roku. Może to właśnie kwestia liczby, która pozwoliła mi szerzej spojrzeć na jakość tej statycznej zabawy, ale moje zwoje najbardziej naznaczyły tematy poprowadzone słabo, po łebku i nieumiejętnie. Słuchając w wypełnionej po brzegi auli o jakościowych anime, które mogłem przeoczyć, zawiodłem się pewnymi brakami w wiedzy prowadzącego. Ostatecznie poznałem tylko jedną serię godną mojej uwagi, tak bardzo wybrednej w kwestii japońskiej animacji. Prelekcja o wpływach fantastyki na twórczość Davida Bowiego była pierwszą, z której wyszedłem przed czasem – zjadająca mówczynię trema w połączeniu z karygodnie przygotowaną prezentacją tylko podkreśliły ogólny chaos wykładu, który ostatecznie był emocjonalnym listem miłosnym do rzeczonego artysty, tylko powierzchownie dotykającym kluczowego zagadnienia.

Uniknąłem spazmów żenady dzięki pozostałej piątce pogadanek. Dosyć skrótowa historia animowanych seriali bawiła luźną atmosferą zamkniętą w formie humorystycznego dialogu pań prowadzących, a pierwszy dzień pozytywnie zamknęła mi wypełniona informacjami analiza trzydziestopięcioletniej historii Żółwi Ninja, której jedynym problemem było narzucenie przez organizatorów wcześniejszego zakończenia. Sobotę, jakby fatalnie to nie brzmiało, przywitałem, słuchając z przyjemnością o życiu i karierze Uwe Bolla. Udało mi się przeżyć horror niemiecko-kanadyjskiej kinematografii, by następnie zapoznać się z podsumowaniem stuletniej tradycji polskiego komiksu, podczas której Pan Tomasz Kołodziejczak (całkowicie słusznie zresztą) nie omieszkał wyraźnie zaznaczyć ważnej roli wydawnictwa Egmont. Na sam koniec wróciłem do swojego modus operandi, człapiąc na bardzo luźną, sympatyczną prelekcję o roli nowego pokolenia superbohaterów, tak bardzo wysuniętego na pierwszy plan popkultury przez, między innymi, budzący zasłużone zachwyty film Spider-Man Uniwersum.

Oczywiście pocenie tyłka na zaskakująco wygodnych krzesłach nie było jedynym powodem, dla którego wybrałem się do Poznania. Chciałem, jak na poprzedniej edycji, spędzić przynajmniej jedną noc, męcząc dyżurnych Mistrzów Gry w możliwie różnych sesjach RPG. Plan prosty, teoretycznie osiągalny (sesji było naprawdę dużo), ale praktyka ponownie okazała się bezlitosnym niszczycielem naiwnej teorii – ponarzekam na ten temat w sekcji o organizacji. Skoro ceny piwa skutecznie uniemożliwiały zatracanie się w alkoholowym marazmie, udałem się do bloku gier planszowych i to tam spędziłem prawie całą noc. Pograłem w perfidne podróbki Neuroshimy i innych znanych pozycji, nie udało mi się zdobyć względów ujętych na tekturze gejsz i usnąłem, szykując się do rozgrywki w Pandemic. Porażek było mnogo, ale z każdej rozgrywki udało mi się wyciągnąć towarzyski fun, rekompensujący moje wyraźne braki taktyczne. Tradycyjnie skorzystałem też z zasobów Czytelni komiksów Nova, przypominając sobie nieśmiertelne Osiedle Swoboda. Następnie pograłem w kilka retro klikaczy i obserwowałem jak inni, z potem na czole, mierzą się w potyczkach MOBA. Spisane tu doświadczenia nie brzmią bogato, ale dwa pierwsze dni zleciały mi niemalże natychmiastowo, padłem jak kłoda w okolicach godziny trzeciej, a niedzielę spędziłem głównie odpoczywając, masując odciski i ubolewając nad koniecznością rychłego powrotu do codzienności.

Angi:

Poza pełnieniem roli przemytnika dóbr zakupionych przez Yaieza, jak i zawodowego zdobywcy autografów, większość Pyrkonu spędziłam, biegając między poszczególnymi halami w celu ogarnięcia, co tak naprawdę w trawie piszczy i jakie tendencje panują wśród uczestników festiwalu. Jak nietrudno się domyślić, gigantyczne kolejki pojawiały się w strefach prelekcyjnych. By liczyć na choćby cień szansy na dostanie się na upatrzone prelekcje tradycyjnie należało wyczekać swoje. Pierwsi zapaleńcy pojawiali się nawet półtorej godziny przed rozpoczęciem wybranej prelekcji, a i też nie zawsze takie zabiegi kończyły się sukcesem. Istnieje przecież coś takiego, jak rezerwacje, a te skutecznie ograniczały ilość dostępnych miejsc dla uczestników, którzy postanowili iść na żywioł i spróbować swojego szczęścia w czekaniu na dziko.

Podobnie sprawa się miała w przypadku strefy autografów. Mając nadzieję na jak najszybsze zdobycie autografu Stana Sakai, w kolejce ustawiłam się już dwie godziny przed jego planowanym przyjściem. Zaprawdę była to słuszna decyzja, gdyż kolejka rosła sukcesywnie do znacznych rozmiarów, a programowe 45 minut nie mogło wystarczyć na uradowanie wszystkich chętnych pyrkonowiczów. Radość szczęśliwców, którym udało się zdobyć autografy swoich idoli, nie miała końca. Pojawiło się wszystko – okrzyki radości, łzy, jąkanie i nerwowy bełkot. Kto by pomyślał, że jeden podpis może wywołać taką falę emocji…

Najprzyjemniej spędziłam jednak czas w czytelni Nova, gdzie w mogłam w spokoju przysiąść, dać odpocząć nogom po całodniowym chodzeniu i poczytać czwarty tom Lucyfera, którego za nic nie mogłam znaleźć nigdzie indziej. Kilka godzinek minęło mi jak kilka chwil, a świat zewnętrzny przestał istnieć. Czy może być coś piękniejszego?

Autograf

Gdzie moja wypłata?

Yaiez:

Za spory, osobisty sukces uznaję fakt, że tym razem uniknąłem pokusy wbicia pełną parą na legendarną, piątą halę już pierwszego dnia Pyrkonu. Wiedziałem, co i za ile chcę kupić, zamierzałem plan zrealizować całkowicie i tak dla odmiany nie wydać więcej, niż początkowo wyliczyłem. Zgadnijcie, czy się udało. Naprawdę ręce mi opadają – jakim cudem ja, teoretycznie świadomy człowiek, znający wartość pieniądza, porzuca wszelki rozsądek, widząc gabloty wypełnione przepięknymi figurkami Gundamów? Na początku nic nie zapowiadało ekonomicznego kryzysu. Podskoczyłem do Egmontu, gdzie uzupełniłem braki nowości z mojej listy must have i zakupiłem reedycję Usagiego Yojimbo, celem zdobycia na nich autografu od Stana Sakai. Zgarnąłem jedną czapeczkę z Batman Beyond, bo jak każdy normalny człowiek nakryć głowy z daszkiem muszę mieć kilka na różne okazje i zacząłem przemierzać pawilon w poszukiwaniu superbohaterskich figurek. To chyba wtedy wpadłem do króliczej nory.

Jeśli jeszcze nie wiecie, zbieram figurki. Marvel Legends, Diamond Select, mała skala, ruchome stawy. Mam swoje wyraźne preferencje, ścisłą listę życzeń i poszukiwanych egzemplarzy, no i oczywiście osiągalne widełki cenowe. Problem w tym, że takie bajery to ja sobie zamawiam praktycznie co miesiąc, przywykłem i spowszedniały mi. Wypatrzyłem sobie niedmuchaną nówkę Gwenpool, jakiegoś klasycznego Kapitana Amerykę i zamarłem w świadomości, że brakuje mi w tych potencjalnych pochłaniaczach mamony “efektu wow”. Posmutniałem, pocieszając się oszczędzoną gotówką i udałem się w kierunku wyjścia. Pech chciał, że podniosłem wzrok akurat w momencie, w którym wyrosło przede mną stoisko Gundam Polska. Przyjeżdżając byłem pewny jednego – trzymać się napoczętych wątków hobbystycznych, nie zaczynać nic nowego. No to zacząłem, wziąłem dwie i w chwili pisania tego tekstu wciąż składam pierwszą, mniejszą. Jakby tego było mało, z nowej wypłaty już przyklepałem kolejne pudełko z japońskim robotem, którego akurat wtedy na miejscu zabrakło. Skusił mnie, prężąc się dumnie w jednej z gablotek, przyciągających wzrok zdecydowanej większości przechodzących. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie tylko ja dałem się tak łatwo przekonać do sypania gotówką w plastik.

Prawdziwa przesada przychodzi jednak dopiero wtedy, gdy człowiek po stwierdzeniu przesady wstępnej przesadza uparcie dalej. Niedzielny poranek, oprócz zaskakująco dobrego espresso, rozjaśnił mi niespodziewany telefon o nagłym, dodatkowym przypływie niewielkiej ilości zielonych. Po przetarciu zimnego potu z czoła i wzięciu kilku głębokich wdechów, udało mi się opanować szalejącego w moim sercu ducha kapitalizmu. Zrezygnowałem z planu zakupu figurek z Destiny 2 (w bloku gier elektronicznych też sprzedają szpej, kto by się spodziewał!) i zadowoliłem się kilkoma mikrymi gadżetami pokroju breloczka do kluczy. Teoretycznie w ogóle nie były mi one potrzebne, więc sceptyk dostrzeże w moich krokach brak silnej woli, ale udało mi się do domu wrócić bez czerwonego minusa na saldzie konta bankowego. W porównaniu do zeszłego roku czyni to ze mnie mistrza asertywności, rozsądku i umiaru.

Zakupy

Angi:

Jak przesadzać, to grupowo, bez umiaru i opamiętania. Jako z natury oszczędna osoba postanowiłam, że na hali 5 pojawię się tylko w chwili, gdy już naprawdę nie będę miała innych zajęć, a i wtedy ograniczę zakupy jedynie do perełek niedostępnych nigdzie indziej. Żadnych loterii, żadnych bibelotów, spokojny spacerek i rozsądne gospodarowanie ciężko zarobionymi pieniędzmi. Tak oto po wejściu na teren Pyrkonu od razu przypuściłam szturm na halę wystawców, by z obłąkańczym wzrokiem rzucić się na najbliższe stoisko z komiksami. Pech chciał, że były to stoiska KiK-a i Egmontu, gdzie znajdowały się prawie wszystkie zbierane przeze mnie serie komiksowe. Chyba nie muszę mówić, że były przecenione, a „pin i zielony” wcisnęłam szybciej, niż zdążyłam się zorientować, co tak właściwie się wydarzyło. Ach, zapomniałam wspomnieć. Chcąc przechytrzyć samą siebie i zapobiec nagłej i całkowitej utracie rozumu, nie zabrałam gotówki. Łudziłam się, że stanowiska pyrkonowe nie będą przygotowane na płatności kartą i królować będzie pieniądz papierowy. Resztki nadziei prysnęły jak mydlana bańka, gdy tylko zauważyłam pierwszy terminal płatniczy. To był koniec mój i moich oszczędności.

Moja przygoda w Krainie Wystawców zakończyła się zakupem sześciu książek, czterech komiksów, a i pewno byłoby tego więcej, gdyby nie brak środków na koncie i równe zero gotówki pod ręką. Nawet teraz, gdy miałam czas ochłonąć i spokojnie spojrzeć wstecz, wciąż nie dociera do mnie, jakim cudem mogłam tak szybko stracić głowę i popaść w ciężki zakupoholizm.

Zakupy

Fanatycy i przebierańcy

Yaiez:

Byłem święcie przekonany, że poprzednia edycja ziemniakowego eventu przyniosła mi objawienie w kwestii mojej osobistej tolerancji do dziwactw fandomu. Pokochałem tę życzliwość i otwartość, tak bardzo różną od codziennej szarości, z bulgotem zatopiłem się w poczuciu wspólnoty i wszechobecnej radości z tak rzadkiej możliwości całkowitego wyjścia z piwnicy, pod rękę ze swoimi ekscentrycznymi pasjami i upodobaniami. Serio, brakowało tylko anielskiej łuny z nieba i dźwięku niebiańskich trąbek – byłem oczarowany tym, jak skutecznie Pyrkon łączy ludzi o podobnych zainteresowaniach. Ludzi, często bardzo niesłusznie, wciąż cierpiących z powodu ostracyzmu swoich lokalnych środowisk.

Jak już jednak wspomniałem, ubiegły rok przyniósł mi trochę refleksji, zatoczyłem koło i można powiedzieć, że w tej kwestii mój stosunek do miłośników fantastyki zaliczył mały regres. Słuszność takiego podejścia udowodniło kilka spraw, które wypełzły na światło dzienne wraz z niewielką grupą tych bardziej obleśnych, jaskiniowych ogrów, tak trudnych do uniknięcia przy wrzuceniu tysięcy mniej lub bardziej umiarkowanych wyrzutków na jeden, ogrodzony teren. Od głośnej ostatnio afery związanej z szokująco niesmacznym filmikiem Jak poderwać cosplayerkę?, do licznych oskarżeń o wykorzystywanie tabliczek „Free Hugs” jako okazji do przekraczania wszelkich granic przyzwoitości. Stereotypy piszą się same. To cudowne, że Pyrkon daje wykluczonym na co dzień nieśmiałkom okazję do wyjścia w świat i poznania kogoś, do kogo można otworzyć gębę. Takie przypadki dowodzą niestety, że pośród tej pozytywności kryje się sporo zaburzeń, zgorzknienia, perwersji i całkowitego nieprzystosowania do życia w społeczeństwie. Można się kłócić, że takie przypadki są mniejszością, ale uwierzcie mi na słowo – to mniejszość bardzo zauważalna, odczuwalna, boleśnie obecna w każdym miejscu targów. Śliniące się na widok pośladków oblechy, roszczeniowi frustraci bez nadziei na resocjalizację, młodzież wszystkich płci przekonana, że spożywany alkohol daje im prawo do naprzykrzania się innym. Cały przekrój tego, co w fandomie najgorsze, tutaj także pozostawia swoje bardzo wyraźne, szlamiaste odciski.

Potraktujcie powyższy akapit jako swoisty dopisek do moich zeszłorocznych zachwytów. To, co tam napisałem, wciąż pozostaje jak najbardziej aktualne. Przy odrobinie starań i dobrych chęci ta mekka nerdów oferuje możliwość poznania i spędzenia czasu z niepoliczalną ilością wartościowych pasjonatów. Niezależnie od tego, czy połączy was wspólne przebieranie nogami w kolejkach na prelekcje, przyprawiana piwem integracja na gastronomicznym, czy nocne rozmowy na sleeproomie – znajdziecie kogoś, kto was zrozumie. Chyba że na siłę postaracie się temu przeciwdziałać, na przykład zajmując na trzy dni jedną z kabin w ubikacji. Wielkim plusem społeczności są również oczywiście ci wszyscy ludzie, którzy poświęcili swój czas, by ta wieża Babel nie runęła z łoskotem. Uczynni, ciągle zalatani gżdacze, wybiórczo kompetentni prelegenci i cała masa maniaków, którzy przyjechali tylko po to, aby pokazać innym pozytywne strony fantastycznej gorączki. Uczestnicy mogli ponownie poznać bardziej pragmatyczną twarz historii dzięki obecności drużyn rekonstrukcyjnych, obejrzeć zachwycające kolekcje figurek i zadrżeć na widok Janusza Korwin-Mikke w egzopancerzu, dzięki uprzejmości słusznie osławionej Ligi Superbohaterów. Pawilon 7A kolejny raz po brzegi wypełniły stoiska zapaleńców, którzy swoimi zajawkami zarażali tak skutecznie, że cudem udało się uniknąć euforycznej pandemii.

Bajery

Angi:

Słowa, które za chwilę przeczytacie, powtarzam jak mantrę od sześciu lat, odkąd pierwszy raz pojawiłam się na Pyrkonie:

Nie znoszę większości ludzi. Nie nadaję się na lwa salonowego, nie przepadam za imprezami masowymi, naruszaniem mojej nietykalności osobistej, przekraczaniem mojej strefy komfortu ani tym bardziej, gdy ktoś mnie nachalnie nagabuje, bo nie rozumie słowa nie. Dlatego z całego serca i z resztkami sympatii, jakie pozostały mi do mojego gatunku, serdecznie rzucam krzesłem w autora durnego, obrazoburczego i niesmacznego filmiku Jak poderwać cosplayerkę? Film musiała stworzyć osoba, której najwyraźniej bardzo nie powiodło się życie towarzyskie i uczuciowe, w związku z czym wylewa swoją frustrację tworząc podobne badziewia. Gratuluję, kolego, mama musi być z ciebie bardzo dumna. Nagrodę Buraka Roku możesz odebrać w recepcji.

W kwestii samych cosplayerek i cosplayerów przyznam, że natrafiłam na całkiem sporo bardzo ładnie dopracowanych kostiumów, które przykuły moją uwagę i pozostawiły uśmiech na twarzy. Dobra robota, kochani, naprawdę widać, jak wiele serca włożyliście w swoje dzieła. Uczestnicy oraz wystawcy, których napotkałam na swojej drodze, w większości przypadków zachowywali się nienagannie. Zadowoleni, uśmiechnięci, pełni wręcz dziecięcej radości. Gdyby tylko jeszcze niektórzy zachowali choć podstawową higienę osobistą, nie miałabym zbyt wiele do zażółcenia… Eee, znaczy się, zarzucenia.

cosplay

Kapłani chaosu

Yaiez:

Ilość wariatów zainteresowanych tym wydarzeniem konsekwentnie rośnie z roku na rok, a organizatorzy konsekwentnie są tym rozrostem publiki zaskoczeni, jak drogowcy surową, polską zimą. Nie jestem zwolennikiem wieszania psów na zapracowanych, mądrych głowach ogarniających z niemałym trudem tę hałastrę. Dopięcie wszystkiego na ostatni guzik musi być niewyobrażalnie trudne, a ostatecznie i tak spomiędzy tych zacisków gdzieniegdzie będzie się coś przelewać, to nieuniknione.

Wyżej wspomniane, parchate ciągoty części uczestników nie były ignorowane przez ludzi u władzy. Już przed rozpoczęciem imprezy widziałem wrzucane na wszystkie grupy informacje o tym, gdzie dokładnie kończy się granica zdrowego kontaktu, a gdzie zaczyna się molestowanie. Straszny przypał, że ludziom w ogóle trzeba to wyjaśniać, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Uruchomiono specjalny telefon, na który problemy mogły zgłaszać osoby będące ofiarą lub świadkiem krzywych zachowań, a sam dwukrotnie widziałem ochronę stanowczo pacyfikującą bardziej problematycznych delikwentów. Osobiście byłbym zwolennikiem utworzenia lochu, w którym takie indywidua byłyby wystawione na widok publiczny i obrzucane zgniłymi pomidorami z podręcznie ustawionego zbiornika. Nie zawsze dostaje się to, czego się chce, jakoś przeżyję.

Posypała się trochę logistyka bloku RPG, która ze względu na wspomnianą, przytłaczającą ilość chętnych, skutkowała znacznymi trudnościami w dostaniu się na jakąkolwiek sesję. Zostałem jednak zapewniony, że w przyszłym roku dyżurnych prowadzących będzie znacznie więcej – problem został zauważony i odnotowany. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w przyszłości. Pozytywne wrażenie zrobiło na mnie wzorowe ogarnięcie szaleńczych hord, które w zastraszającym tempie zalały sleeproom. Gżdacze zastosowali spokojny, metodyczny crowd control i jakimś cudem nie dopuścili do zbiorowej paniki, której znamiona chwilami rodziły się pomiędzy setkami entuzjastów spania na zimnym betonie. Jestem jednak pewny, co pyrkonowiczom ciągle się powtarza, że zbiorowe miejsce do spania na dziko jest utworzone jako ostateczność i tylko w ostateczności należy z niego korzystać. W przyszłym roku już na pewno ogarnę sobie jakiś bardziej cywilizowany nocleg, a w efekcie stracę tylko kilka nocnych okrzyków i usypiający aromat tysiąca pierdów.

Poza tymi przykładami wszystko działało sprawnie. Złowrogie, legendarne kolejki przesuwały się nad wyraz żwawo, przy odrobinie starań nie było problemu ze znalezieniem wolnych (i czystych!) toalet, a odszukanie pomocy w przypadku chwilowej niepoczytalności przestrzennej nie przysporzyło mi żadnej trudności. Większość jedzenia poza foodtruckami była równie niejadalna, co horrendalnie droga, ale przy totalnej masówce można to zrozumieć i jedynie zasugerować mocniejszą selekcję partnerów cateringowych. Mój portfel najbardziej dotkliwie odczuł absurdalnie wysokie ceny piwa. Ja rozumiem, alkohole na festiwalach zawsze są droższe, a mieszkańcy niektórych miast równie dużo płacą za browar na mieście. Jeśli jednak mieszkacie gdzieś, gdzie za puszkę Żubra każe się wam płacić 9 złotych, to pakujcie manatki i przeprowadźcie się w jakieś bardziej cywilizowane miejsce, to się nie godzi.

Tak samo jak w zeszłym roku miało to też pozytywny efekt. Młodzi koneserzy napojów wyskokowych nie mieli na tyle mocnych możliwości ekonomicznych, by doprowadzić do pokazu sztuk walki szkoły pijanego mistrza. To pozwala mi wierzyć, że za takimi krokami kryło się całkiem sporo premedytacji, tak samo jak za wszystkimi innymi składnikami tej kuriozalnej, ale ostatecznie bardzo smacznej zupy zwanej Pyrkonem.

Wystawcy

Po wszystkim

Yaiez:

Jak mogliście zauważyć, moim opiniom w tej relacji daleko do pochwalnych peanów. Rok temu było inaczej, ale nie do końca z winy ludzi stojących za Pyrkonem. Zdjąłem różowe okulary, nabrałem dystansu, a początkowy zachwyt nowym, porażającym doświadczeniem przygasł na rzecz niepokojącego pragmatyzmu. Pomimo tego, co możecie przeczytać w niektórych komentarzach, największy festiwal fantastyki w Polsce nie jest tylko i wyłącznie paradą radości, przyjaźni i głaskania się po główkach w atmosferze zgody i rozsądku. Z drugiej strony nie jest też ostatnim kręgiem piekła, w którym perwersja wylewa się na każdym rogu, a kible implodują od nadmiaru roboty. Ludzie uwielbiają popadać w skrajności, a prawda zawsze dynda gdzieś pomiędzy nimi – w tym przypadku, szczęśliwie, bliżej tego pozytywnego bieguna doświadczeń.

Już na początku zdradziłem, że za rok zamierzam ponownie narazić się na kilka rozczarowań elementem ludzkim fandomu, bo na Pyrkon po prostu warto się wybrać. Przez trzy dni natrzepałem prawie pięćdziesiąt kilometrów żwawym spacerem, zobaczyłem setki pięknych, kreatywnych cosplayów, grałem, śmiałem się i uczyłem. Zamiast szukać sobie zajęć, musiałem tylko czasem szukać sobie dogodnego miejsca do odpoczynku, który zawsze odbywał się kosztem magnetycznie nawołujących mnie atrakcji. Nawet gdyby wyłączyć z imprezy całkowicie element ludzki, czego w sumie nie warto robić, można by przeżyć trzy najbardziej intensywne dni w roku, wypełnione radosną gonitwą i trudnym do osiągnięcia na co dzień kontaktem ze swoimi pasjami. To właśnie ze względu na kolejną okazję do tego tak bardzo potrzebnego eskapizmu, z Poznania wyjechałem usatysfakcjonowany, obkupiony i całkowicie przekonany o chęci kontynuowania ziemniaczanej przygody.

Angi:

Swoją przygodę z Pyrkonem zakończyłam w sobotę. Na niedzielę w zaduchu, tłumie i przy niekończących się kolejkach do toalet nie miałam już siły. Wolałam również nie ryzykować kolejnych przypadkowych, mniej lub bardziej nierozsądnych wydatków poczynionych w przypływie całkowitego zaślepienia zakupowym szałem. Czy było mi żal tego jednego opuszczonego dnia? W sumie, nie bardzo. Możliwe, że minął już czas zachwytu nad mekką fanów fantastyki, anime i SF, a i towarzystwo dobieram sobie dużo ostrożniej. Nie bawią mnie już godziny stracone na siedzeniu w ciągnących się kolejkach i gadanie o niczym z obcymi ludźmi. Zamiast prelekcyjnego kota w worku wolę sama zgłębić tematykę i pojechać na zamknięte kursy strzelania z łuku tudzież walk mieczem, a i internet służy też po to, by móc znaleźć i zamówić wszelkie dobra w przystępnych cenach. Piwo, nawet kraftowe, wolę kupić w innym sklepie, a jedzenie, dużo taniej, przygotować sobie w domu. Wszak to, jakie ceny narzucają pyrkonowe jadłodajnie, woła co najmniej o pomstę do nieba.

Wybaczcie moją zgorzkniałość, jak i brak zachwytu nad morzem kolorowych kostiumów i z(n)apaleńców z tabliczkami „Free hugs”. Pyrkon, choć pewnie wspaniały dla nowicjuszy, po kilku latach przestaje już zaskakiwać i robi się nudny. Czy dam mu szansę za rok? O tym jeszcze się przekonamy. Mój entuzjazm mocno ostygł, więc nad przyjściem na festiwal zastanowię się pięć razy.

Dodaj komentarz

avatar