1

Na samym początku warto nadmienić, że Dni Fantastyki we Wrocławiu są największą z imprez poświęconych tematyce fantastyki na Dolnym Śląsku. W tym roku już po raz dwunasty zgromadziły fanów gier, literatury, komiksów, filmów, seriali oraz walki i dobrej zabawy, przyjeżdżających na to wydarzenie z różnych zakątków Polski. Na tej trzydniowej imprezie mile witany jest każdy, niezależnie od osiągniętego stopnia wtajemniczenia i posiadanej wiedzy. Znajdą się tutaj prelekcje zarówno dla początkujących, jak i dla bardziej zaawansowanych fanów, o ile tylko chcą oni pofatygować się do Centrum Kultury Zamek w Leśnicy i spędzić tam fantastyczny koniec tygodnia. Tegoroczna impreza odbywała się w weekend, od 13 do 15 maja, i pomimo rozpoczynania się w piątek trzynastego, była niezwykle pozytywna i udana. Jak to wyglądało okiem kogoś, kto znowu został wolontariuszem, miał więc niewielki wgląd za kulisy całego wydarzenia? Z chęcią podzielę się swoimi wrażeniami.

2

Jak już wspomniałam odrobinę wyżej, Dni Fantastyki odbywają się w Leśnicy, wymaga to więc od uczestników dojazdu z centrum Wrocławia na jego obrzeża. Można posiłkować się wiedzą zapytanych po drodze ludzi lub tą zaciągniętą z informacji turystycznej, można też zajrzeć na stronę wydarzenia i tam znaleźć odpowiednią zakładkę, która zawiera informację o tym, do jakiego środka komunikacji można wsiąść, by bez problemu dotrzeć na miejsce. Mamy więc do wyboru dojazd pociągiem, autobusem i tramwajem – do wyboru, do koloru. Nie trzeba się gubić i błądzić, a po dojechaniu na miejsce mamy do przejścia ledwie kilka kroków, by znaleźć się pod zameczkiem, w którym odbywa się całe wydarzenie. Miejsce samo w sobie jest niezwykle urokliwe i otoczone sporym parkiem, gdzie można się zaszyć, by odpocząć od zgiełku, spacerując czy zwyczajnie siadając gdzieś na zielonej trawce.

3

Kolejki po odbiór akredytacji, gdy się zdarzały, nie były wielkie i szybko obsługiwane, przez co nikt nie musiał niecierpliwić się w ogonku do kas. Możliwe było kupienie wejściówki w preakredytacji internetowej, dzięki czemu bilet kosztował nas nie czterdzieści, a trzydzieści złotych, co jest nie lada oszczędnością. Na wspomnienie zasługuje również fakt, że bilet na Dni Fantastyki nie upoważniał do spania w szkole noclegowej – miejsce w niej było udostępniane po wykupieniu karty noclegowej w cenie dziesięciu złotych. Rozwiązanie o tyle ciekawe, że osoby mieszkające w pobliżu i mogące dojechać do Leśnicy nie musiały płacić ukrytych w wejściówce kosztów noclegu, wciąż mając możliwość uczestniczenia w konwencie. W cenie wejściówki znajdowało się kilka przydatnych drobiazgów: program konwentu w formie książeczkowej, z rozpisanymi punktami programu i ich krótkim opisem, kilkoma opowiadaniami oraz krótką historią zamku, w którym cała impreza miała miejsce, do tego w niektórych programach była jeszcze tabelka z przejrzyście rozpisanym planem prelekcji (znacznie bardziej poręczna od książeczki), dodatkowo na każdego uczestnika czekały identyfikator oraz smycz. Na wielki plusnależy zaliczyć organizatorom to, że na odwrocie identyfikatora znajdowały się ważne telefony – wolontariusze mieli więc numer kontaktowy do swoich przełożonych, goście do opiekunów, a uczestnicy do medyków, na wypadek gdyby stało się coś, co wymagało ich interwencji. Dodatkowym upominkiem był plakat z gry Dark Souls, otrzymywany przy odbiorze wejściówki.

4

Pewnym minusem był fakt, że zarówno wejściówka na szkołę sypialną, jak i na konwent, były w formie bransoletek. Pierwsza z nich był papierowa, na szczęście zrobiona tak, że zerwanie jej może i nie było niemożliwe, ale przynajmniej utrudnione i wymagało działania nieco bardziej celowego niż przypadkowe zahaczenie gdzieś nadgarstkiem. Z wymianą zniszczonej opaski też nie było większych problemów. Bransoletka upoważniająca do wejścia na konwent była zaś gumowa, a zatem niesamowicie trudna do uszkodzenia i możliwa do zdjęcia. To drugie sprawiało, że istniała szansa na zgubienie jej, co niektórym się udało. Znając jednak umiejętności ludzi, trudno oczekiwać, że pośród ponad trzech tysięcy konwentowiczów nie znajdzie się ktoś zdolny do tego, by zawieruszyć swoją wejściówkę. Warto w tym miejscu nadmienić, że wszelkie zgubione rzeczy lądowały szybko w biurze konwentowym, gdzie można było je odebrać.

5

Co zaś się tyczy prelekcji – bez wątpienia każdy znalazłby tu coś dla siebie. W tym roku w wielu panelach brali udział Aneta Jadowska i Andrzej Pilipiuk, mający również na konwencie swoje spotkania autorskie. Udało mi się dotrzeć na piątkowy panel, gdzie Aneta Jadowska wraz z Pawłem Majką mieli dyskutować o wątkach słowiańskich w fantastyce, jednak jako, że ten drugi nie dojechał, panel przekształcił się w luźną rozmowę na temat bóstw słowiańskich, literatury dotyczącej naszej mitologii, dostępności źródeł i wielu ciekawych wątków, które zaowocowały całkiem sporą ilością nowych pozycji na mojej liście do przeczytania w najbliższym czasie. W piątek miało również miejsce spotkanie autorskie z Andrzejem Pilipiukiem, gdzie mogliśmy dowiedzieć się jak wygląda przeciętny dzień z życia autora, nad jakimi książkami teraz pracuje i co ciekawego się w nich wydarzy (niestety, nie obeszło się bez odrobiny spoilerów, co muszę stwierdzić ze smutkiem).

W salach prelekcyjnych nie było tłumów, nie trzeba było stać pod nimi już na kilka godzin przed interesującym nas wykładem. Bez problemu mieścili się wszyscy chętni słuchacze, a gdy jakimś cudem brakło już miejsca na podłodze i pod ścianami, to zawsze w planie znajdowały się inne wydarzenia, w których można było uczestniczyć. Chociażby pokazy odbywające się w amfiteatrze, gdzie swoje umiejętności pokazywali iluzjoniści, gdzie można było uczestniczyć w warsztatach tańców dawnych, szkockich i irlandzkich, a także oglądać konkurs cosplay, na który stawiło się niemal dwudziestu uczestników (liczba z jednej strony nie powala, gdy porówna się ją do skali Pyrkonu, warto jednak zauważyć różnicę w rozmiarach obu konwentów i to, że wiele przebranych osób nie znalazło w sobie chęci lub odwagi, by wystartować w konkursie).

6

Na uczestników czekały też namioty wystawców, gdzie mogli zakupić wszelakie pamiątki, od kubków i poduszek z ciekawymi nadrukami, przez wszelakie gry i wielościenne kostki, po cudne koszulki, ręcznie wykonane bransoletki i portfele ze skóry, a także mydełka, magnesy i pocztówki, na których straszyły nas potworki z Odmętów Absurdu, dzieląc się z nami swoimi mądrościami i przemyśleniami na temat życia. Wystawców było znacznie mniej niż na nie tak odległym w czasie Pyrkonie, ich asortyment również był nieco skromniejszy – jednak, jak wiadomo, dla chcącego nic trudnego, więc zawsze znalazło się coś, na co można było przeznaczyć długo odkładane fundusze i wyciągnięte ze skarpetek oszczędności.
Swój czas można było również spędzić na graniu w przeróżne planszówki, dostępne w games roomie do czasu zamknięcia terenu konwentu. W tym właśnie miejscu trafiamy na największy zgrzyt Dni Fantastyki, jaki odczułam na własnej skórze – brak atrakcji nocnych, czy to w formie otwartego games roomu, gier terenowych czy larpów. Nie mam pojęcia, czym było to w tym roku spowodowane, ze smutkiem jednak stwierdzam, że po godzinie dwudziestej drugiej brak było jakichkolwiek rozrywek – poza tymi, których dostarczało miasto i okoliczne bary, w których można było się napić.

7

Skoro już jesteśmy przy temacie piwa! Ciekawostką dla mnie był fakt, że specjalnie z okazji Dni Fantastyki uwarzone zostało konwentowe piwo Kryształowy Smok, z nutką trawy cytrynowej. Można je było kupić na terenie konwentu i tam też skonsumować. Smakoszem piw nie jestem, nie przeszkadzało mi to jednak w zakupie i zatrzymaniu sobie butelki na pamiątkę. Ogródek piwny był też niesamowitym miejscem spotkań, gdzie można było trafić na gości zaproszonych przez organizatorów, miałam więc okazję zamienić całą masę słów z Pauliną Braiter (tłumaczką książek Kina i Gaimana) i jej mężem, Piotrem Ziemkiewiczem, oraz gośćmi takimi jak Łukasz Wiśniewski i wieloma innymi, którzy nie stronili od przebywania wśród uczestników. Prócz picia można też było również zapełnić brzuchy dobrym jedzeniem – foodtrucki z przeróżnymi burgerami kusiły wyglądem jedzenia, a zapach roznosił się jeszcze kawał dalej i sprawiał, że w sobotę na swoją porcję wołowiny w bułce trzeba było czekać bite czterdzieści minut, co mniej cierpliwi niemal przypłacili śmiercią z głodu.

8

Reasumując. Czy polecam Dni Fantastyki? Oczywiście, że tak – masa ciekawych prelekcji, doprawiona przeróżnymi pokazami na świeżym powietrzu (czy wspominałam o pokazach i warsztatach z fechtunku? To wspominam). Pyrkonowy tłum ludzi nie stanowił tu problemu – koło trzech tysięcy uczestników było liczbą, którą bez problemu pomieścił zameczek i okoliczny park, nie miało się zatem wrażenia zagubienia w tłumie, ciągłego przedzierania przez ogrom osób, które akurat zmierzały w przeciwną stronę. Dni Fantastyki są zdecydowanie wydarzeniem znacznie bardziej kameralnym od poznańskiej Pyry, co idzie im na plus – nie męczą aż tak, wszystkie atrakcje są blisko siebie, uczestnik nie jest zatem zmuszony do przedzierania się i gubienia pomiędzy ogromnymi pawilonami. Piątkowe załamanie pogody również nie miało wielkiego wpływu na całą zabawę, o ile nikt nie musiał w tym czasie przemieścić się do szkoły, która oddalona była o kilka minut drogi.
Czy widzimy się za rok w Leśnicy? Będę na pewno. Tymczasem do zobaczenia na kolejnym konwencie, tym razem będzie to Polcon, który w tym roku również przywędruje do Wrocławia.

Autor: Idris

Dodaj komentarz

avatar