Teraz Komiks

Od 2 marca do 22 lipca w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie możemy odwiedzać wystawę Teraz komiks!, prezentującą eksponaty z prywatnych zbiorów Wojciecha Jamy (jest to zaledwie część jego kolekcji). Celem jest pokazanie szerszej publiczności przekroju przez dorobek polskich twórców komiksowych na tle historii –- zarówno samego medium, jak i zawirowań dziejowych. Ekspozycja może się wydawać niewielka, lecz przestrzeń sal została wykorzystana optymalnie, więc oglądania jest na co najmniej dwie godziny.

Martinez: Nie emocjonuję się szczególnie nobilitacją komiksu przez umieszczenie go w galerii. Postrzegam go bardziej jako medium niż dziedzinę sztuki (zresztą już kiedyś o tym rozmawialiśmy). Oprawianie plansz w ramy i wieszanie na ścianie podkreśla warstwę wizualną, umniejszając elementy tekstowe i sekwencyjne (co nie znaczy, że pogardziłbym jakąś grafiką Andreasa czy Byrne’a we własnym domu). Niemniej jednak, przekraczając próg wystawy, pomyślałem sobie „Wow! Nareszcie”. No i się, chcąc nie chcąc, zachwyciłem.

Justin: Nie oszukujmy się: statystyczny odbiorca kultury komiks kojarzy z obrazkami, to warstwa rysunkowa zapewniła mu stałe miejsce w powszechnej świadomości i umożliwiła rozwój do rangi medium. Pierwsze wrażenie wciąż przypisane jest do wzroku i, jak sam przyznajesz, nie sposób się oprzeć tej zachęcie. I dobrze – tym sposobem komiks nie potrzebuje dodatkowych chwytów marketingowych. Ale i tak nie wydaje mi się, żeby pośród odwiedzających tę czy inną traktującą o komiksie wystawę znalazł się znaczący procent ludzi, którzy przyszli po prostu „pooglądać obrazki”.

Martinez: Największy walor edukacyjny miała dla mnie część pierwsza, obejmująca XIX wiek oraz okres międzywojenny. O Töpfferze czy Buschu zdarzyło mi się czytać, jednak ujrzenie oryginalnych wydań pozwala docenić kunszt i pomysłowość prekursorów gatunku – właściwie w ich opowieściach brakuje jedynie dymków z tekstami oraz onomatopei. Dowiedziałem się też o jednostronicowych francuskich obrazkach z Epinal, tchnących niekłamanym „retrourokiem”. Ciekawe, że już wtedy wizerunki bohaterów takich jak Maks i Moryc (stworzonych przez Wilhelma Buscha) trafiały na różnego rodzaju gadżety i drobiazgi.

Justin: Tak, ten dawny „bibelotaż” jest świetnym dowodem niekwestionowanej popularności historyjek obrazkowych. Oczywiście nie bez powodu dotyczy on w pierwszej kolejności bohaterów, których przygody były adresowane do dzieci (swoją drogą, warto i dziś się z nimi zapoznać, bo bliżej im do makabresek spod znaku Goorey’a czy Burtona niż do dydaktycznych dykteryjek Jachowicza). Mnie wspomniane obrazki z Epinal oczarowały w równym stopniu, zwłaszcza jedna plansza o kadrach nie wyodrębnionych liniami, z dynamiczną narracją. Ale tytułem, z którym chętnie poznałbym się bliżej, jest La Famillie Fenouillard, seria o satyrycznym rodowodzie, tworzona przez francuskiego rysownika Christophe’a pod koniec XIX w.

Wystawa 0

Martinez: Idąc dalej, znów dostałem spory zastrzyk historycznej wiedzy – sporo się naczytałem, bo na notki historyczne trafiałem niemal co krok. Ich lektura zdecydowanie wydłuża czas zwiedzania, ale nie sądzę, by była to wada. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z istnienia jednego z pierwszych rodzimych bohaterów, Bezrobotnego Froncka, który bez wątpienia był w tamtych czasach postacią kultową. Polska bardzo szybko nadrabiała popkulturowe braki, adaptując z zagranicy co się dało – jeden z bohaterów gazetowych pasków miał nawet kilka polskich aliasów, w zależności od gazety publikującej jego przygody. Ciekawe, jakie byłyby nasze komiksy, gdyby nie rok 1939. Zrobiło mi się przykro, gdy zobaczyłem czasopismo Gazetka Miki czy powieść o Błysku Gordonie, których publikacje przerwała wojna. Żal.

Justin: Ów wieloimienny jegomość, czyli Adamson, stworzony przez szwedzkiego rysownika, Oscara Jacobssona, to postać, której dzieje obrazują nurtującą Ciebie (i zapewne każdego komiksofila) kwestię, czyli treści wyłaniającej się z samej sekwencji. Oryginalnie nieme paski, w niektórych spośród polskich gazet, opatrywano pod każdym kadrem „objaśniającym” tekstem. Nie doceniono czytelnika? Czy chciano już wtedy, wykorzystując popularność postaci, sprowokować statystycznego Polaka do wzmożenia wysiłków czytelniczych? Ciekawy jest też fakt, że po śmierci Jacobssona w 1945 r. polscy rysownicy kontynuowali przygody Adamsona jeszcze przez blisko 20 lat.

Wystawa 1

Martinez: Fascynujący jest aspekt wykorzystania komiksu jako narzędzia propagandy, wedle zasady: „obca forma, nasza treść”. Obok Czterech pancernych i psa, Hansa Klossa (co ciekawe, stworzonego pierwotnie na rynek szwedzki) oraz Kapitana Żbika – typowych masowych produkcyjniaków – swoje zasługi w umacnianiu ustroju położył także Koziołek Matołek. Niesamowite wrażenie wywarły na mnie zestawione obok siebie strony z kolejnych wydań albumu, gdzie anonimowy dwupłatowiec zmieniał się w radzieckiego MiG-a.

Justin: Może Kloss trafił do Szwecji tropem podejrzanie mnogich tożsamości Adamsona? Jednak przed nim działalność emigracyjną, i to na terenie Ameryki Północnej w latach 1941-1943, prowadził inny rodzimy bohater, Walenty Pompka. Przedruk jego frontowych zmagań w PRL-u jest wyjątkiem od cytowanej zasady „naszej treści”. Przygody pancernych i psa Szarika są natomiast nieznanym mi przykładem na kształtowanie się „naszej formy” komiksowej – kreska, wyraźnie wywodząca się z socrealistycznej estetyki, prezentuje się tutaj naprawdę interesująco. Ale nie domyśliłbym się rysownika!

Wystawa 2

Martinez: Ach, Szymon Kobyliński! PRL-owski komiks zaczął z wysokiego C, ale potem bywało gorzej (vide „Klossy”). Na szczęście pojawili się rodzimi artyści potrafiący się porozumiewać językiem tego medium. Największą część wystawy zajmują oryginalne plansze Janusza Christy, Tadeusza Baranowskiego oraz Szarloty Pawel. Za Kajkiem i Kokoszem oraz Profesorkiem Nerwosolkiem przepadam, dlatego byłem absolutnie zachwycony, mogąc podziwiać szkice i pokryte tuszem grafiki. Znalazło się też miejsce dla Zbigniewa Lengrena oraz Sławomira Mrożka – mistrzów krótkiej formy prasowej. Papcio Chmiel i odtworzona na podstawie komiksu pracownia profesora T. Alenta (z tabliczką „Dzieci wprowadzać na smyczy”) zajmuje całe pomieszczenie, ale niestety nie można przyjrzeć się modelom bzikolotów z bliska. Szafa wypchana gadżetami z Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem udowadnia, że są oni chyba najpopularniejszymi bohaterami polskiego komiksu. Bardzo zabrakło mi natomiast prac Bogusława Polcha oraz Grzegorza Rosińskiego – zobaczymy co prawda parę egzemplarzy Relaksów czy Yansa, szkiców ani plansz tych autorów jednak nie uświadczymy.

Justin: Zwiedzając tę część ekspozycji, po raz pierwszy doznałem wrażenia dysproporcji, by zaraz otrzeźwić się myślą, że to są przecież prywatne zbiory. I nagle dominacja prac Christy stała się dowodem niesamowitej pasji właściciela; tak naprawdę to prezentowany na tym odcinku materiał sam w sobie stanowi osobną wystawę, na podstawie której można zrekonstruować nie tylko ewolucję artystyczną autora Kajka i Kokosza, ale i proces druku, techniki nakładania koloru, wypełniania dymków… Wspaniała, prowokująca do wielokrotnego przedreptania tam i z powrotem trasa, swoisty hołd dla giganta polskiego komiksu. Co do nieobecnych nazwisk (dokładam do tej listy Jerzego Wróblewskiego), fakt, brakuje ich do pełnego obrazu, ale, powtórzę, pamiętajmy – to prywatna kolekcja. Z kolei witryna poświęcona Profesorowi Filutkowi uświadomiła mi inny aspekt nieobecności, a właściwie obecności naszego krakowskiego dżentelmena na arenie międzynarodowej. Piękne, bodaj niemieckojęzyczne wydanie potwierdza, że i Polacy nie gęsi i swego Adamsona mają.

Wystawa 3

Martinez: Ostatni punkt wystawy to współczesność. Patrząc na plansze najnowsze, uświadomiłem sobie, jak wielkie braki mam do nadrobienia w lekturach. Widać, że przez ostatnie kilkanaście lat wyrosło pokolenie twórców komiksowych całkowicie pozbawionych kompleksów wobec Zachodu czy innych dziedzin sztuki. Wiele kadrów o parę długości wyprzedza amerykańskie, mainstreamowe produkty.

Justin: Nagle okazuje się, że czytając Produkt brało się udział w niezwykle ważnym momencie historycznym dla polskiego komiksu. Że to już tyle lat minęło, a autorzy, debiutujący na łamach pisma, tworzą już osobne pokolenie w stosunku do dzisiejszych, młodych rysowników. Niemal nostalgiczne doznanie. I zarazem impuls do tego, żeby nie przysypiać i śledzić wydarzenia na rodzimym rynku, bo przyszłość rysuje się, nomen omen, volens nolens, jeżeli nie kraplak to różowo.

Wystawa 7

Martinez: Na wystawie mało jest elementów interaktywnych, których można dotknąć, niektóre elementy aranżacji przestrzeni zaś są moim zdaniem nietrafione (jak przedwojenna kawiarnia ze stolikami, przy których nikt nie siadywał). Ale łamignatowy bacik podźwignąłem i zrobiłem sobie zdjęcie z Kapitanem Żbikiem. Dobrze wypadła animacja z Profesorem Filutkiem – może Przekrój pokusiłby się o wyprodukowanie kilkunastu takich filmików? Moim zdaniem zabrakło także opisu ewolucji procesu tworzenia i drukowania komiksów w formie infografiki – myślę że walor edukacyjny byłby tu nie do przecenienia. Młodsi zwiedzający mogą się nudzić, bo nie będzie im się chciało czytać tego wszystkiego (albo nie posiedli jeszcze tej umiejętności).

Justin: Jako że wystawę zwiedzaliśmy w towarzystwie moich dzieci, muszę przyznać, że faktycznie, największą frajdę sprawiło im zasiadnięcie przy milicyjnym biurku i wystukanie paru słów na maszynie do pisania. I obejrzenie filmu nie z Profesorem Filutkiem, a z Wilqiem… Wielkie, kartonowe sylwetki postaci opatrzyły się dzieciakom dość szybko, ale cóż – dla nich była to wycieczka pozbawiona sentymentalnych odcieni.

Wystawa 4

Martinez: Ogółem rzecz biorąc, wystawa Teraz komiks! jest imponującym przedsięwzięciem – robi wrażenie tym większe, że zawiera eksponaty pochodzące z kolekcji jednego pasjonata. Zawiera sporo ciekawostek, interesujących tak dla laików, jak i ekspertów. Jest rzetelnie, ale sucho – większość tekstów to biogramy twórców. Lata 70. i 80. są może trochę nadreprezentowane, ale był to czas albumów wydawanych w nakładach kiilkudziesięciotysięcznych i większość dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków poczuje ukłucie nostalgii, patrząc na plan lekcji z Tytusem czy puzzle z Kajkiem i Kokoszem. Jak ja.

Justin: Zestawiając ilość informacji i materiałów poświęconych dziejom komiksu w Polsce do lat 50. i później, w moim odbiorze porównanie wypada na korzyść wcześniejszego historycznie okresu. Temat ujęty jest w szerszej perspektywie, prezentuje prawdziwe kolekcjonerskie unikaty i ujawnia nieoczywiste w obiegowej dla epoki opinii natężenie zjawiska. Druga część to nieprzeceniona możliwość podróży sentymentalnej, niosącej pociechę, ale i dumę, że nawet jeśli się starzejemy, to dorastaliśmy w doborowym towarzystwie.

Dodaj komentarz

avatar