Złodziej z Bagdadu

Wśród wielbicieli filmu, hasło „Diuna Jodorowskiego” to synonim filmu tak wielkiego, tak spektakularnego, że nie miał on szans na powstanie. Alejandro Jodorowsky, planując ekranizację Diuny Franka Herberta, postanowił, że musi uczynić z niej swoje magnum opus – do ekipy, mającej zrealizować jego plany, udało mu się wciągnąć m.in. Moebiusa, Salvadora Dali,  Micka Jaggera i zespół Pink Floyd. A to był dopiero początek. Scenariusz był grubości książki telefonicznej, a skończony film trwałby kilkanaście godzin. Na zrealizowanie tej wizji zabrakło jednak pieniędzy – te wyczerpały się jeszcze w fazie pre-produkcji. Dlaczego przytaczam tę historię? Bo jest ona niezwykle podobna do historii innego, równie ambitnego dzieła, które jednak otrzymało szansę, by zaistnieć. I wcale nie skończyło się to dla niego dobrze. Przedstawiam wam Złodzieja z Bagdadu – Diunę Jodorowskiego wśród animacji.

Złodziej z Bagdadu (a w oryginale Thief and the Cobbler, a także The Princess and the Cobbler oraz Arabian Knight, bo przecież jeden tytuł to za mało) to film, którego produkcję rozpoczął w 1964 roku Richard Williams. Początkowo zatytułowany był on The Amazing Nasrudin i miał stanowić ekranizację książek Idriesa Shaha, w których zebrano humorystyczne opowiadania Hodży Nasreddina, legendarnego mędrca z Anatolii. Jednak z powodu licznych konfliktów z rodziną Shah, Williams został wkrótce zmuszony do porzucenia projektu. Wszystkim, co mu pozostało, było kilka mniej istotnych scen oraz projekty postaci – w tym Złodzieja.

W 1973 roku powstał nowy scenariusz z nowym tytułem – Tin Tack. Miało to być dzieło zachwycające wizualnie, uciekające od banalności Disneya zarówno pod względem animacji, jak i struktury. Jedną z inspiracji twórców były nieme filmy – i to właśnie im główny bohater, szewc Ćwiek (Tack), zawdzięcza swój specyficzny wygląd. Pomimo braku funduszy, twórcy wciąż rozwijali swój projekt na boku, starając się zrobić jak najwięcej przy jak najmniejszym nakładzie finansowym. Praca ta płaciła się – fragment animacji przykuł uwagę Stevena Spielberga, który zaprosił Williamsa do współpracy przy Kto wrobił królika Rogera?. Zaowocowało to dwoma Oscarami dla Williamsa oraz zainteresowaniem ze strony studia Warner Bros., które zgodziło się na sfinansowanie produkcji i dystrybucję Złodzieja z Bagdadu.

Wtedy zaczęły się kłopoty. Produkcja przeciągała się, a budżet szybko został przekroczony. W maju 1992 roku Williams zaprezentował swoim przełożonym wczesną wersję filmu, która jednak nie została dobrze przyjęta. Studio straciło wiarę w Williamsa i odebrało mu prawa do kontynuowania projektu. Animacja została jednak dokończona – Warner Bros. zleciło to zadanie Fredowi Calvertowi, który w ciągu 18 miesięcy, najniższym możliwym kosztem, dostarczył im gotowy produkt. Nie jest to już jednak ten sam film, który tworzył Williams – nowy twórca wprowadza wiele zmian, które mają uczynić Złodzieja podobniejszym do filmów Disney’a. Film ukazuje się w 1993 roku, jednak dwa lata później prawa do niego wykupuje Miramax, które również zmienia jego kształt. I o tym właśnie kształcie jest ta recenzja.

Akcja filmu toczy się w Bagdadzie, mieście chronionym przez moc trzech Złotych Kul. Jak mówi legenda, jeśli kiedykolwiek ich zabraknie, Król Jednooki najedzie miasto wraz ze swoją armią ciemności i jedynym, co będzie go wówczas mogło powstrzymać, będzie najzwyklejszy przedmiot w rękach najzwyklejszego człowieka. Tam właśnie poznajemy głównych bohaterów opowieści – Złodzieja oraz szewca Ćwieka, który w skutek nieszczęśliwego wypadku naraża się wezyrowi Zygzakowi i w ten sposób trafia przed oblicze Sułtana oraz jego pięknej córki, księżniczki Yum Yum. Dalsza część historii jest niestety tak prosta, jak można by się spodziewać. Nie pomaga tu fakt, że Warner Bros., a później także Miramax, usunęli część wątków pobocznych, zastępujące je innymi – wcale nie lepszymi.

Równie zły jest sposób podania fabuły. Jak możemy się dowiedzieć z licznych wywiadów z twórcami, oryginalnie Złodziej z Bagdadu miał być „niemym filmem z mnóstwem dźwięku” – choć wszystkie pozostałe postacie mówiły normalnie, dwaj główni bohaterowie mieli nie wypowiadać żadnego słowa, z wyjątkiem jednego „kocham cię”, które Ćwiek szeptał do księżniczki w ostatniej scenie. Emocje nie miały płynąć z narracji, lecz ze strony wizualnej dzieła. W „poprawionych” wersjach postacie te jednak mówią, a z brakiem animacji ruchu ust poradzono sobie, czyniąc z ich wypowiedzi monolog wewnętrzny. Zabieg ten sam w sobie nie jest złym pomysłem, jednak w praktyce wypada nie najlepiej – ponieważ postacie są bardzo ekspresywne w swojej mimice oraz sposobie poruszania się, często czujemy, jakby mówiły coś oczywistego lub wręcz zbędnego. Do tego monologi Złodzieja wręcz wołają o pomstę do nieba. Równie źle wypadają piosenki śpiewane przez postacie – są generyczne, nudne i dodane wyłącznie po to, by skusić sobą dzieci.

Skupmy się może jednak na animacji, w końcu to ona pochłonęła lwią część środków przeznaczonych na produkcję filmu. Ta jest naprawdę przepiękna. Pomijając fragmenty dodane już po tym, jak Richard Williams został odsunięty od projektu, film posiada chyba jedne z najpiękniejszych scen, jakie widziałam. Na niezwykle szczegółowych tłach w dziwnych proporcjach miesza się prostota i zawiłość oraz normalność i dziwność. Niesamowity jest przemarsz wezyra, niesamowity jest pościg Ćwieka za Złodziejem, niesamowita jest ostateczna konfrontacja. Wszystko to ma swój oryginalny styl, w którym jedne elementy zdają się całkowicie nie przystawać do drugich, a pomimo to łączą się w  niepowtarzalną całość.

Ciężko jednak zignorować złe dialogi i po prostu cieszyć się resztą filmu. Zbyt wiele tam dodano i zbyt wiele namieszano. Prawdomównie nigdy nie będziemy w mogli ze stuprocentową pewnością powiedzieć, jak swoje dzieło wyobrażał sobie Williams, ale liczne zachowane storyboardy, niewykorzystane sekwencje animacji oraz wspomnienia animatorów sugerują, iż było to coś całkowicie innego, niż widzimy dzisiaj. Złodziej z Bagdadu to film-sklejka, który w połowie swojej produkcji całkowicie zmienił cel, do jakiego dążył. Williams nie tworzył filmu skierowanego do najmłodszych odbiorców, lecz dla ludzi dojrzałych, którzy będą w stanie zrozumieć kunszt jego surrealistycznych animacji. Kiedy jednak Warner Bros. wzięło sprawę w swoje ręce, zamiast po prostu dokończyć pracę, postanowili zmodyfikować zgromadzony do tej pory materiał i uczynić z niego film niemal disneyowski – a więc to, czego oryginalny twórca najbardziej chciał uniknąć. Momenty, w których film został pocięty nie są nawet zbyt dobrze ukryte. Animacja wyraźnie odstaje jakością, kilka wątków pobocznych po prostu się urywa, a wiele elementów z oryginalnego filmu jest w bajce dla dzieci nie na miejscu – jak choćby uformowany z kobiet tron Jednookiego.

Mimo to decyzje podjęte przez późniejszych producentów są do pewnego stopnia zrozumiałe. Ideałem kina familijnego jest film, który podoba się dzieciom, ale wciąż ma w sobie dość głębi, by zainteresować dorosłych. Ze sporym sukcesem formułę tę zastosował disneyowski Aladyn, a skoro oba filmy dzieliły podobną tematykę, logicznym zdawało się, że fani Aladyna są również potencjalnymi fanami Złodzieja. Warner Bros. i Miramax zwyczajnie chciały skorzystać z okazji. Między tymi dwoma filmami jest jednak więcej podobieństw – jak choćby wiele nawiązań popkulturowych, które zostały dodane do Złodzieja na ostatnich etapach produkcji. Z pewną dozą prawdopodobieństwa można też założyć, iż projekty postaci ze Złodzieja były inspiracją dla rysowników pracujących przy Aladynie, zwłaszcza, że niektórzy z nich, tacy jak Andreas Deja i Eric Goldberg, pracowali przy obu tych projektach.

Po 28 latach produkcji Złodziej z Bagdadu otrzymał tytuł najdłużej tworzonej animacji na świecie.  Pomimo licznych perturbacji ujrzał światło dzienne, jednak w swoim obecnym stanie to zaledwie cień tego, czym miał być. Spomiędzy mierności wyzierają przebłyski geniuszu, ale to za mało, by uratować film, który dziś nie jest tak naprawdę ani tym, czego chciał jego twórca, ani tym, co próbowali osiągnąć wydawcy. To przykład tego, jak prawa rynku zniszczyły wielkiego człowieka i jego wielkie marzenie – Richard Williams do dziś odmawia mówienia o tym, co stało się z jego niedoszłym magnum opus.

Złodziej z Bagdadu to Diuna Jodorowskiego, która zawaliła się pod własnym ciężarem.

P.S. Dla osób zainteresowanych tym, jak mógłby wyglądać film, gdyby dokończył go Williams – Garrett Gilchrist, wraz z innymi wiernymi fanami, postawił sobie za cel odtworzenie go w wersji możliwie najbliższej oryginalnemu zamysłowi. Ich projekt, zatytułowany The Recobbled Cut, można znaleźć tutaj.

Tytuł polski: Złodziej z Bagdadu
Tytuł oryginalny: The Thief and the Cobbler
Reżyser: Richard Williams
Czas trwania: 73 minuty
Wydawca: Miramax Family Films
Data premiery: 18 października 1996

NASZA OCENA
6.5/10

Podsumowanie

Plusy:
+ fascynująca historia powstawania filmu
+ oryginalne fragmenty animacji

Minusy:
– fragmenty dodane później
– banalna, pocięta fabuła
– głosy głównych bohaterów
– nudne piosenki

Sending
User Review
4.5 (2 votes)
NASZA OCENA
6.5/10

Podsumowanie

Plusy:
+ fascynująca historia powstawania filmu
+ oryginalne fragmenty animacji

Minusy:
– fragmenty dodane później
– banalna, pocięta fabuła
– głosy głównych bohaterów
– nudne piosenki

Sending
User Review
4.5 (2 votes)

Dodaj komentarz

avatar