Na samo dno piekła – recenzja filmu Inferno

Inferno

Nakłady powieści Dana Browna sięgają ponad 200 milionów egzemplarzy, opublikowanych w 56 językach, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych i najlepiej znanych współczesnych pisarzy. Do tej pory wydał sześć książek, z których cztery dotyczyły przygód profesora Roberta Langdona – specjalisty w dziedzinie ikonografii i maniaka symboliki. Hollywood sięgnęło po trzy z tych tomów, ekranizując Kod da Vinci, Anioły i Demony, a niedawno wypuszczając na ekrany kin niecierpliwie wyczekiwane Inferno – film nakręcony na podstawie najnowszej powieści autora, wydanej w 2013 roku. Za reżyserię wszystkich trzech filmów odpowiadał Ron Howard (stojący za kamerą takich dzieł jak Piękny umysł czy Wyścig), a w postać profesora wcielił się Tom Hanks, znany chyba wszystkim, zagrał bowiem tytułową rolę w – kultowej już produkcji – Forrest Gump. Fanów aktora i pisarza zapewne zainteresuje fakt, że zapowiada się ekranizację dotychczas pominiętej powieści Browna, w której Robert Langdon również odgrywa niezwykle ważną rolę, a mowa tutaj o książce Zaginiony Symbol, wydanej w 2009 roku.

Inferno

Punktem wyjścia całej fabuły jest proste założenie jednego z bohaterów – genialnego naukowca, Bertranda Zobrista – według którego ludzkość jest zarazą toczącą ziemię. Jego zdaniem największym problemem dzisiejszego świata jest przeludnienie. Aby zobrazować problem, posługuje się przykładem drobnoustrojów umieszczonych w probówce – namnażają się one w wykładniczo aż do chwili, gdy zapełniają całą miarkę i nie ma już dla nich przestrzeni życiowej. Wtedy wymierają. Zgodnie z jego opinią ludzkość dotarła właśnie do momentu, gdy tylko ułamek chwili dzieli nas od katastrofy, której sami będziemy winni – naszemu wyginięciu. Nie powinno dziwić, że autor tych wniosków uznaje wszystkie wielkie epidemie za coś, co przyniosło światu wymierne korzyści, ograniczając naszą populację. Teoria brzmi drastycznie, ocierając się nawet o demagogię szaleńca mającego doskonały plan walki z szybko rozmnażającą się ludzkością, która, zgodnie z jego rachunkami, nie ma szans przetrwać dłużej niż sto lat. Chcąc zwalczyć ogień ogniem, Zobrist stworzył wirusa mającego przetrzebić ludzi. Profesor Langdon stanie zaś przed zadaniem odnalezienia tego chorobotwórczego mikroustroju i uratowaniem świata przed zarazą. Oczywiście odnalezienie wirusa wymagać będzie od niego podążania za kolejnymi wskazówkami, z których każda powiązana jest jakoś z osobą Dantego i jego wizji piekła z dzieła Boska komedia.

Inferno

Cała eskapada zaczyna się we florenckim szpitalu, w którym budzi się nasz profesor – nie pamięta co sprowadziło go do Włoch i co działo się zanim trafił pod opiekę lekarzy, a na domiar złego ktoś próbuje go zabić. Na szczęście w ucieczce przed zamachowcem pomaga mu śliczna pani doktor – Sienna, w którą wciela się Felicity Jones, znana z filmu Teoria wszystkiego. Niemal natychmiast wpadamy więc w sekwencję pościgów, ucieczek, strzelanin i zagadek, przeplatanych apokaliptycznymi wizjami, które z jakiegoś powodu dręczą profesora. Nie zabraknie też wykładów z historii sztuki i symboliki, które Langdon funduje swojej towarzyszce (a zatem i widzowi). Wraz z kamerą zwiedzamy Florencję, Wenecję i Stambuł z ich najbardziej charakterystycznymi miejscami i zabytkami, co rusz obserwując jak akcja filmu obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, by nagle zacząć podążać zupełnie innym torem. Wszystko dzieje się na tyle szybko, że nieścisłości i dziury w fabule mogą nam umknąć, uderzając dopiero po seansie, kiedy emocje ostygną, a my zaczniemy zastanawiać się nad tym, co Howard zaprezentował w swoim filmie. Fabularnych niedoróbek jest tam całkiem sporo, większość zaś powtarzanych jest za książkowym pierwowzorem – agenci WHO ganiający z bronią i strzelający na prawo i lewo, Langdon i Sienna biegający po muzeach i zabytkowych miastach w poszukiwaniu rozwiązań, które w większości mogli sprawdzić w Internecie. Bohaterom w całej tej gonitwie zdawała się przyświecać tylko jedna myśl, którą śmiało można zamknąć w stwierdzeniu „szybko, biegnijmy tam, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!”.

Inferno

Inferno powiela błędy, które znane są już z poprzednich ekranizacji książek Browna i nie chodzi tu tylko o sprzeczną z logiką fabułę (na którą można jeszcze przymknąć oko) poświęcającą rozsądek na ołtarzu przyzwoitej rozrywki. Przede wszystkim film marnuje potencjał dobrych aktorów, którzy mieli okazję zagrać w nim drugoplanowe role – Felicity Jones została sprowadzona do poziomu biegającej za Langdonem kobietki, której przyszło słuchać jego wykładów, zaś cała rzekoma inteligencja tej postaci została przedstawiona za pomocą wycinka z gazety, w której wspomina się o niej jako o genialnym dziecku. Pozostali aktorzy, jak Ben Foster (rola Medivha z Warcraft: Początek), Omar Sy (Nietykalni) czy Irrfan Khan (Slumdog. Milioner z ulicy) również nie mieli w filmie zbyt wiele do grania – ich postacie są płytkie i nijakie, pozbawione jakiejkolwiek motywacji i działające jak bezwolne kukiełki, które w odpowiednim momencie mają się uśmiechnąć, zmienić zdanie lub próbować zabić głównego bohatera. Szczególnie zauważą to ci, którzy przed seansem sięgnęli po powieść – w książce Zobrist jest wizjonerem, człowiekiem chcącym uchronić ludzkość przed katastrofą. Jego motywy są nam lepiej znane i przez to znacznie lepiej nam je zrozumieć, a postać, w którą wcielił się Foster, nie daje nam tego odczuć. Dokładnie to samo można napisać o granej przez Sidse Babett Knudsen doktor Sinskey – twórcy filmu całkowicie pominęli jej prywatną motywację do odnalezienia wirusa.

Inferno

Nie ukrywam, że z kina wyszłam zawiedziona jeszcze jedną rzeczą – odejściem Howarda od książkowego pierwowzoru. Nie chodzi mi przy tym o tak drobne rzeczy jak to, że blondynkę grała brunetka, czy o wycięcie scen, które na kinowym ekranie nie prezentowałyby się tak dobrze, jak na kartach powieści, przedłużając fabułę i niepotrzebnie ją rozwlekając. Chodzi mi o odstępstwo tak dużego kalibru, jak na przykład całkowite odrzucenie zakończenia książki i zastąpienie jej swoją wizją tego, jak cała historia powinna się zamknąć. Wzbudziło to we mnie niesmak i rozgoryczenie, zdecydowanie spodziewałam się w finałowej scenie zobaczyć coś innego. Filmu z pewnością nie polecam tym, którzy – jak ja – oczekują, że koniec okaże się taki, jak zamierzył sobie autor powieści. Hollywood, jak na fabrykę marzeń przystało, miało swoją wizję i ją zrealizowało, wręcz bezczelnie ocierając się o cukierkowe zakończenie, które można by było podsumować frazą „i żyli długo, i szczęśliwie”. Polecam też nad samą produkcją nie zastanawiać się zbyt głęboko, traktując ją jak dobrą rozrywkę z odpowiednią dawką pościgów, strzelanin i tym, co widz lubi najbardziej, czyli teoriami spiskowymi oraz tajemnicami. Wszystko doprawione zostało odwiedzeniem miejsc o bogatej historii i wyjawieniem kilku ich sekretów, co być może zaowocuje w niedalekiej przyszłości tym, że któreś z biur podróży w swojej ofercie zamieści wakacyjną podróż śladami bohaterów Inferno.