Miasteczko South Park

Miasteczko South Park stanowi niezwykle ważną część mnie – ten kultowy, skandaliczny serial jest ze mną przez ponad połowę mojego życia, w pewien sposób mnie kształtując. Dawno temu, w 1998 roku, kiedy oglądałem pierwsze odcinki, były one zabawne, bo któryś z bohaterów powiedział brzydkie słowo albo pierdnął, z wiekiem jednak zacząłem doceniać jego humor satyryczny, odwagę i bezwzględność. Między innymi dzięki Miasteczku South Park nie mam dzisiaj oporów, żeby mówić otwarcie o różnych rzeczach, nawet jeżeli wiem, że moja wypowiedź może okazać się kontrowersyjna. Nie powinno więc dziwić, że z niecierpliwością wyczekiwałem jubileuszowej, dwudziestej serii.

Matt Stone i Trey Parker, dzięki cyklowi produkcji polegającemu na tworzeniu odcinka w ciągu tygodnia poprzedzającego jego emisję, mogą odnosić się do bieżących spraw, którymi żyją Amerykanie. Odcinek zaczyna się od nawiązania do skandalu, jaki wybuchł w Stanach, kiedy pod koniec sierpnia zawodnik NFL Colin Kaepernick nie wstał podczas odgrywania hymnu, protestując przeciwko konfliktom społecznym, przede wszystkim niesprawiedliwości wobec osób czarnoskórych i „kolorowych”. W ślady Kaepernicka poszli inni sportowcy, w tym również dziewczynki ze Szkoły Podstawowej w South Parku. Senatorzy, przerażeni rosnącą liczbą Amerykanów, którzy nie szanują hymnu, postanawiają zwrócić się do J.J. Abramsa o zrebootowanie i uratowanie go, tak jak uczynił to z Gwiezdnymi wojnami. Dziewczynki z podstawówki prześladowane są przez internetowego trolla – wszyscy zakładają, że jest nim Cartman, ten jednak twierdzi, że się zmienił i to nie on. W międzyczasie Wielki Dupek (pan Garrison) i Kanapka z Gównem (Hillary Clinton) prowadzą wyścig do prezydenckiego fotela, a część Amerykanów zaczyna uzależniać się od tajemniczych nostalgronek (tłumaczenie zaczerpnięte z polskiego Comedy Central), pozwalających pamiętać o dobrych rzeczach.

Prawdę powiedziawszy, jestem odrobinę zaskoczony odcinkiem. Byłem nastawiony na to, że z okazji premiery jubileuszowej serii Parker i Stone walną z grubej rury, serwując odcinek, który jeszcze długo będzie budził kontrowersje – tak jak słynny odcinek 200., gdzie, wbrew zakazom Comedy Central, postanowili mimo wszystko wprowadzić do fabuły Mahometa. Wydaje się jednak, że dwudziesta seria podąży tym samym torem, co dziewiętnasta – Oszałamiająca i odważna położyła podwaliny pod kolejne odcinki, a cała seria koncentrowała się przede wszystkim na przesadnej poprawności politycznej. Nostalgronka robią to samo: zarysowują kilka wątków, które z całą pewnością będą rozwijane w najbliższych tygodniach. Na co, sądząc po pierwszym odcinku, możemy liczyć w dwudziestej serii? Przede wszystkim wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, a do tego prawdopodobnie również wojnę płci i rozwinięcie wątku nostalgronek.

Jak na mój gust, odcinek był bardzo stonowany. Rzecz jasna nie zabrakło szowinistycznych tekstów Cartmana, odniesień do mody na rebooty, nowej wersji Pogromców duchów, Państwa Islamskiego czy wirusa Zika, oberwało się kandydatom na prezydenta USA i samym Amerykanom, ale mimo wszystko Parker i Stone nie zbliżyli się nawet do granicy przekroczenia dobrego smaku. Pytanie brzmi, w jakim kierunku podąży dwudziesta seria. Czy Nostalgronka to tylko cisza przed burzą, a twórcy z czasem będą coraz bardziej przeginać pałę, dochodząc do momentu, kiedy odcinki z Mahometem będą wydawać się mało kontrowersyjne, czy może jednak będzie stawiała bardziej na inteligentną satyrę, a mniej kontrowersji? Ja w najbliższych tygodniach bez wątpienia pozostanę wierny oficjalnej stronie internetowej serialu, na której oglądać można najnowsze odcinki, żeby się przekonać, dokąd to wszystko doprowadzi.

P.S. Wrażenia z odcinka (bo trudno mówić tutaj o recenzji) napisane zostały z okazji startu jubileuszowej 20. serii, ale – w przeciwieństwie do Gry o tron – nie będzie ona recenzowana na bieżąco. Po jej zakończeniu pojawi się właściwa recenzja ją podsumowująca.

Dodaj komentarz

avatar