Wspaniałe stulecie

Trochę żałuję, że nie wpadłam na pomysł napisania tekstu o Wspaniałym stuleciu wcześniej. Wtedy, gdy temat był jeszcze gorący, widzowie w napięciu wyczekiwali kolejnych odcinków, a wszelkie media… nie dostarczały rzetelnych artykułów na temat tego serialu i fenomenu jego nagłej, nie podpartej żadną kampanią reklamową popularności. Ot, czasami tylko trochę mniej lub bardziej dosłownego nabijania się, że hehe, taka turecka Moda na sukces, bo tak się złożyło, że ta sama pora emisji oraz lektor. I że ogólnie produkcja dobra tylko dla babć.
To ciekawe, bo jakoś te wszystkie panny, które ekscytowały się perypetiami sułtańskiej rodziny na Twitterze i innych platformach społecznościowych, nie wyglądały mi na emerytki.

Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że taką opinię szerzyli głównie ci, którzy nie zadali sobie trudu obejrzenia uważnie nawet jednego odcinka. Po wgryzieniu się w temat mogliby się bardzo zdziwić, jak daleko rzeczywistość odbiega od tej – mocno krzywdzącej zresztą – oceny. Problem polega na tym, że trzeba przede wszystkim chcieć. W dobie seriali pojawiających się najczęściej w systemie sezonowym, po góra kilkanaście odcinków naraz, ponad trzysta epizodów emitowanej w Polsce wersji Stulecia dla niejednego okaże się ilością nie do przerobienia. Choć z drugiej strony długość może tu stać się zaletą. Jest dość czasu, aby dobrze poznać świat przedstawiony i naprawdę zżyć się z bohaterami. Zakładając, że przeciętnemu zjadaczowi seriali „łyknięcie” typowego tytułu w ilości trzynastu odcinków zajmuje góra dwa dni, nie da się chyba mówić o jakimkolwiek głębszym zaangażowaniu.

Zasadnicze pytanie brzmi: jak to się stało, że serial kupiony jako zapchajdziura, pozbawiony jakiejkolwiek promocji, zyskał w Polsce tak wielką popularność?

Na początku z pewnością zaintrygowało opakowanie. Zarówno kraj pochodzenia, jak i tematyka, z perspektywy typowego widza z kraju nad Wisłą pachniały egzotyką. O historii Turcji przeciętny Polak wie mniej więcej tyle, że Sobieski dał tureckim wojskom popalić pod Wiedniem. Może jeszcze, że Turkowie mieli haremy pełne apetycznych odalisek z dalekich krajów. Trudno było oprzeć się pokusie sprawdzenia, czy na ekranie pokazano coś więcej. Owszem. Pokazano. Jak to młodzi mawiają, na bogato. Rozmach, z jakim zrobiono Wspaniałe stulecie, może widza przyzwyczajonego do typowych produkcji telewizyjnych (głównie krajowych) przyprawić o zawrót głowy. Przed zachodnimi konkurentami turecki serial też nie ma się czego wstydzić. W całość wpompowano olbrzymie pieniądze, co widać niemal na każdym kroku. Bogate kostiumy, szczegółowe wystroje wnętrz, realistyczne rekwizyty, gromady statystów, kupa efektów komputerowych? Jest wszystko. Aż człowieka bierze jednocześnie zazdrość i ochota, żeby u nas coś podobnego wyczarować – wszak też ciekawych wątków historycznych mamy co niemiara. Nadzieję na krótką chwilę wzbudziła niedawno zapowiedź przygotowywanej dla TVP Korony królów, ale… Nie ma co się łudzić. Niezależnie od tego, kto rządzi naszym narodowym nadawcą, polska telewizja publiczna od lat ma podejście w rodzaju „jak najmniej zainwestować, jak najwięcej zarobić”. Na odwagę w rodzaju tej, którą wykazała się turecka Show TV przy starcie Stulecia, nie należy liczyć.

Sulejman i synowie

Nagle pojawia się okazja, aby – w dość mocno sfabularyzowanej formie, ale jednak – zobaczyć, jak niemal wszystkie znane nam mity o Imperium Osmańskim padają jeden po drugim. Owiane czarną legendą dzikusy z kraju chałwy i kebaba okazują się potężną, rozwiniętą cywilizacją. Na ekranie swoje odbicie znajduje rozbudowana polityka wojenna, istotne reformy prawa czy administracji, mecenat sprawowany nad artystami i architektami. Ponadto, spoglądając z bardzo prozaicznego punktu widzenia, w serialu można było obserwować kulturę, w której ludzie mają całkiem szeroki dostęp do edukacji i – w przeciwieństwie do lwiej części ówczesnych Europejczyków – myją się o wiele częściej niż raz na pół roku. Jednak przekazy historyczne były pełne luk i niedopowiedzeń na temat pałacowej codzienności. W kulturze muzułmańskiej interesowanie się życiem prywatnym zwykłych ludzi było w złym guście, a co dopiero wtrącanie swojego nosa w domowe sprawy sułtana, padyszacha świata! Uzupełnienie tych białych plam wymagało sporego wyczucia. Scenarzystom go nie brakowało i chociaż zdarzały się mniej lub bardziej nietrafione pomysły (zwłaszcza w sezonie finałowym), to ich domniemania wydawały się bardzo prawdopodobne. Nie przypominam sobie, żeby w pałacu Topkapi wylądowali Wikingowie, ani żadnych sytuacji w ten deseń.

Realizacyjnie Wspaniałe stulecie mogło się pochwalić wszystkim tym, czym powinien cechować się porządny serial. I czego bynajmniej nie miewają szeroko rozumiane telenowele, w których poczet z taką łatwością niektórzy próbowali zaliczyć turecką produkcję. Przede wszystkim aktorzy. Grający w większości na minimum solidnym poziomie, zdecydowanie z daleka od telewizyjnego „drewna” czy latynoskiego, irytującego wręcz przerysowania. Jeśli ktoś lubi powściągliwe metody, typu granie oczami, to trafił idealnie. Bardziej ekspresywne środki wyrazu pozostawiono jedynie bohaterom komediowym, a i to z ostrożnością. W dodatku cała obsada jest świetnie dobrana do swoich ról, wliczając w to niespotykaną staranność przy wyborze młodszych odpowiedników najważniejszych postaci, do scen retrospekcji. Do tego dołożyć trzeba scenariusz, który wyżej opisywane walory historyczne zmyślnie łączył z zasadami konstruowania wciągającej fabuły, nakłaniającej widza do śledzenia akcji mimo sporej liczby odcinków. Jest również muzyka, zdolna zbudować nastrój nawet najbardziej niepozornej sceny. I na koniec, niczym wisienka na torcie, zupełnie filmowe techniki realizacji, pozbawione w dużej mierze typowych serialowych półśrodków. Razić może tylko wykorzystywanie często chwytów, z których zachodnie produkcje korzystają rzadko lub wcale – te wszystkie monologi wewnętrzne, zwidy i inne złe sny, nawiedzające bohaterów podejrzanie często. Ale z drugiej strony, gdy się przywyknie do takiej konwencji, może się okazać, jak wiele z tych scen uzupełnia charakterystyki postaci.

Ktoś w zagranicznej części Internetu porównał kiedyś Stulecie do Gry o tron i choć jest to zestawienie dosyć na wyrost, to nie można odmówić mu pewnej trafności. Nie da się ukryć: fabuła kręci się tutaj wokół miłości i władzy, nierozerwalnie ze sobą splecionych. Ze wszystkimi możliwymi konsekwencjami, wliczając w to regularne zgony mniej lub bardziej istotnych bohaterów. Którym czasem się należało, a czasem nie. Tutaj jak nigdzie indziej pasuje stwierdzenie, że nikt – absolutnie nikt – nie jest święty. Bo każda postać ma swoje za skórą, jednocześnie posiadając swoje racje, a interpretacja czynów bohaterów rzadko może być jednoznaczna.

Hürrem

Co by tu jeszcze zbroić…

A że mimo to twórcy absolutnie unikają pokazywania na ekranie nadmiaru brutalności i erotyki? Może właśnie to wyważenie – nie wiem, czy nie wynikające czasem głównie z uwarunkowań kulturowych – zadecydowało w pewnym stopniu o powodzeniu serialu. Nie tylko ze względu na tak prozaiczną kwestię, jak pora emisji, którą w tym wypadku można było bez wyrzutów sumienia ustalić na godziny popołudniowe. W czasach, kiedy niektóre seriale zdają się wręcz prześcigać w przesycaniu akcji krwią i golizną, a nawet tuszować nimi niedostatki fabuły, próba przedstawienia wcale nie takiej spokojnej historii bez odwoływania się do takich – nie oszukujmy się, nieskomplikowanych – chwytów, okazała się dla wielu miłą, ożywczą odmianą.

Reasumując, Wspaniałe stulecie było po prostu dobre.
Jednak w dzisiejszych czasach, wbrew powiedzeniu, cnota nie obroni się sama. Nawet taka produkcja, łącząca wysoki poziom wykonania z odrobiną świeżości, potrzebuje wsparcia promocyjnego. Jak wspominałam już wcześniej, serial o Sulejmanie w Polsce go nie miał. W ramówce TVP pojawił się po cichu, wypełniając pusty slot czasowy po Modzie na sukces, i zapewne po trosze zbierając część jej widowni. Resztę przyniosły późniejsze powtórki na siostrzanym TVP Historia i poczta pantoflowa. Bodaj po raz pierwszy w moim popkulturowym życiu, działanie tej ostatniej było aż tak odczuwalne. Jedna pani drugiej pani, koleżanka koleżance, jakiś użytkownik Internetu innym internautom. I nie wiadomo, kiedy okazało się, że serial ma widownię całkiem szeroką, zróżnicowaną demograficznie i niemalże wszechobecną. Nie byłam jakoś szczególnie zaskoczona tym faktem, ale ktoś, kto czerpałby wiedzę na ten temat z mass mediów, jak najbardziej miałby do tego prawo.

Rzetelne artykuły mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, w dodatku w lwiej części pojawiły się one dość późno lub/i były dziełem blogerów, na co dzień zajmujących się kulturą i historią Turcji. Gdy media zorientowały się, że na ekranach telewizorów w milionach polskich domów zaczęli królować Sulejman i spółka, początkowo sprawiały wrażenie, jakby ze wszech miar starały się zbagatelizować nowe zjawisko. Wspominane we wstępie notoryczne porównywanie do Mody na sukces było tylko początkiem. Dołożyć trzeba do tego podkreślanie na każdym kroku, że Stulecie to „telenowela”. Nieistotne, że w Turcji rozumienie tej nazwy jest jednak trochę inne i niewiele ma wspólnego ani z tym, co pod tym szyldem przychodzi do nas z Ameryki Łacińskiej, ani z krajowymi „tasiemcami”, dla niepoznaki tak nazywanymi, bo z jakiegoś powodu polscy producenci boją się pojęcia „opera mydlana”. Ważne dla jakże rzetelnych dziennikarzy było zapewne to, że takie podejście dawało idealną podstawę do wysuwania na pierwszy plan opowieści o dłużyznach, odstępstwach od faktów historycznych i zafascynowanych wątkami romantycznymi gospodyniach domowych w średnim wieku, przy jednoczesnym absolutnym ignorowaniu jakichkolwiek zalet, czy prób głębszego wejścia w temat.

Selim i Nurbanu

Cóż. Życie zweryfikowało te, że tak zażartuję, tezy i to bardzo mocno, co najlepiej było widać – oczywiście! – w Internecie. Na portalach społecznościowych ujawnili się fani, którym często nie tylko do emerytury, ale nawet do momentu założenia rodziny było jeszcze daleko. Najżywszą grupą okazała się młodzież szkolna i tu muszę przyznać, że jednak byłam mile rozczarowana. Dzieciaki z gimnazjum, które do tej pory zapewne oglądały głównie mało wyszukane produkcje przeznaczone dla nich, pokroju Violetty, niemal z dnia na dzień zaczęły żyć perypetiami mieszkańców pałacu Topkapi i okolic. Rzecz jasna, głównie zajmując się tym, co robi się w każdym fandomie: komentując kolejne zwroty akcji, kibicując postaciom zaangażowanym w historie miłosne, wzdychając do urodziwych bohaterów płci męskiej i nie szczędząc żartów o ulubionym serialu. Z tym, że wkrótce potem pojawiła się – zresztą chyba nie tylko w tych nastolatkach – potrzeba sprawdzenia, jak to było naprawdę. Ile w ekranowej fabule jest prawdy historycznej. Artykuły na Wikipedii, głównie anglojęzycznej, nie wystarczały, zaś wizyta w księgarni czy bibliotece pozbawiała złudzeń. Pozycji poświęconych Imperium Osmańskiemu było tyle, co kot napłakał.

Dopiero, gdy Stulecie dobijało w Polsce do trzeciego sezonu, rynek księgarski się obudził. Pojawiły się na nim najpierw reedycje wydanych lata temu, i z tego względu trudno dostępnych, opracowań na temat rządów Sulejmana Wspaniałego. Potem również ukazały się zupełnie nowe (albo po raz pierwszy tłumaczone na polski) pozycje o wydarzeniach i kulturze tamtych czasów. Marketingowy potencjał, jaki niósł ze sobą serial, podchwycono też w innych dziedzinach. W sklepach internetowych można było nabyć nie tylko gadżety, ale również biżuterię i galanterię stylizowane na modę z czasów osmańskich lub tureckie jedzenie czy kosmetyki. Biała plama, jaką niewątpliwie była do tej pory wiedza Polaków o Turcji, zaczęła się zapełniać. TVP też zareagowało, choć – jak można się było tego spodziewać – dość specyficznie. Nie, nie zaczęła nagle reklamować tej produkcji, jak na przebój przystało. Zaczęła sprowadzać inne seriale z aktorami znanymi ze Stulecia, a gdy było już pewne, że opowieść o sułtańskim dworze doczeka się kontynuacji, szybciutko załatwiła prawa do emisji.

Mahidevran i Hürrem

A ty? Jesteś Team Mahidevran czy Team Hürrem?

Jednak okazało się, że sukces na miarę Wspaniałego stulecia się nie powtórzył. Ani seriale z udziałem jego obsady, ani wspominany wcześniej, osadzony w późniejszych o prawie sto lat czasach sequel – Wspaniałe stulecie: Sułtanka Kösem – nie zdobyły już takiej popularności. Trudno było ukryć fakt, że nie dorównywały perypetiom Sulejmana pod względem oryginalności, realizacji czy aktorstwa. Zabrakło nie tylko świeżości i precyzji (oraz budżetu), ale również tego czegoś, co znów obudziłoby silnie emocje i sprawiłoby, że widzowie daliby się przykuć do ekranów na kolejne półtora roku. Czy można owo „coś” uznać za kombinację rzędu zalet, z pewnego rodzaju elementem zaskoczenia? Wygląda na to, że tak. Dlatego prawdopodobieństwo, że w najbliższym czasie będziemy świadkami podobnego popkulturowego zjawiska, jest niewielkie. Trochę szkoda, bo jednak wszystko, co działo się wokół obecności Stulecia w Polsce udowodniło, że przyjemne i egzotyczne może się w całkiem naturalny sposób połączyć z pożytecznym.

Dodaj komentarz

avatar