1

„Po próbach ustanowionych przez Panów Śmierci, ojciec i wuj zostali skazani na śmierć i pogrzebani pod areną. Głowa ojca została oderwana od ciała i umieszczona na drzewie jako ostrzeżenie dla innych”.
Mit związany z Hun-Hunahpu, bogiem ognia mitologii Majów Quich[1]

Zaczynać kolejny tekst dla Nie tylko Gry od cytatu wydaje się rzeczą niebezpieczną. Każdy autor zawsze musi starać się przełamywać granice medium, w ramach którego się porusza, a dzisiejszy świat nie wybacza potknięć. Problem w tym, że cytat otwierający ten materiał nadawał się do tego doskonale. Po pierwsze: nawiązuje do mitologii Majów, z reguły nieznanej szerzej polskiemu odbiorcy, a zarazem pochodzi wprost z Invincible Vol. 1. Po drugie: tak jak wstęp Kurta Busieka otwierający pierwszy tom, zawiera ostrzeżenie. Jeżeli nie wiecie, kim jest Kurt Busiek, spieszę donieść, że to człowiek odpowiedzialny chociażby za genialną serię Marvels.

Niewątpliwie Kurt stał się wiernym fanem i orędownikiem Invincible. Świadczy o tym wspomniany wcześniej wstęp do omawianego komiksu, przed którym ostrzega w sposób bezpośredni, ale zarazem niezwykle zabawny i ciepły, przygotowując nas na to, co znajdziemy w pierwszym tomie. Już sam ten wstęp jest majstersztykiem i pokazem wirtuozerii. Tak jak pierwszy tom Invincible opowiada o początkach przygody, o superbohaterach, rodzinie i wielu innych rzeczach, o których zazwyczaj opowiada życie, tak ten wstęp jest jak pierwszy album – niezwykle zabawny, ale operujący inteligentnym humorem. Kurt nie słuchał ostrzeżeń i zignorował wszystkie znaki. Dziś to ja ostrzegam Was przed Invincible i mam nadzieję, że Wy również zignorujecie niebezpieczeństwo, jakie wiąże się z tą serią. Mam nadzieje, że zostaniecie jej fanami od pierwszego numeru. Tak jak ja i Kurt.

Obaj za wszystko winimy jednego człowieka, autora i twórcę całej serii Invincible. To on stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych scenarzystów w dzisiejszym przemyśle komiksowym. Jeżeli nie chcesz wiedzieć, kto jest za to wszystko odpowiedzialny, śmiało możesz pominąć ten akapit, wiedz jednak, że wiele tracisz. Człowiek ten jest przedstawicielem młodego pokolenia twórców, chętnie łamie reguły i przekracza granice medium. Jest partnerem w Image Comics, ale jako jedyny nie jest współzałożycielem tego wpływowego wydawnictwa. Został już włączony do grona najbardziej utytułowanych twórców komiksu, jego serie doczekały się adaptacji filmowych i odniosły sukces na całym świecie. W Polsce znany jest głównie jako twórca obrazkowych horrorów. Jego komiksy gwarantują finansowy sukces każdemu wydawcy. W Invincible  –  opowieści o superbohaterach pokroju Supermana – zdołał w subtelny sposób znaleźć miejsce zarówno dla kultury wysokiej, jak i chociażby dla mitologii Majów. Sprawił, że Kurt Busiek pracuje dla niego za darmo, nie zważając na wcześniejsze zobowiązania. Człowiek ten stworzył jedną z najważniejszych historii o superbohaterach XXI wieku, która odmieniła oblicze gatunku. A początkiem tej drogi był pierwszy zeszyt Invincible, który w recenzowanym wydaniu pozwala dodatkowo zobaczyć, jak wyglądała ta podróż od kuchni. Same dodatki o pracy nad początkami tytułu zajmują 25 stron. Człowiek ten ma na tyle silną pozycję jako twórca, że w sierpniu 2016 roku zapowiedział, iż zakończy serię na 144. numerze w 2017 roku. Osoba, która ponosi winę za to wszystko, to Robert Kirkman.

Invincible zakończy się w tym roku. W Polsce jak do tej pory ukazują się dwie spośród trzech najważniejszych serii Kirkmana: Żywe trupy i Outcast: Opętanie.. Już teraz chcę Was zaprosić do wspólnej podróży razem z głównym bohaterem, tytułowym Invincible’em, i mogę Wam obiecać, że to dopiero początek. Invincible Vol. 1 różni się chociażby od pierwszego tomu Outcast: Opętanie chociażby tym, że jest od niego o niebo lepszy, a trzeba pamiętać, że tamten zachwycił krytyków. Invincible Vol. 1 udowadnia, że Kirkman jest nie tylko autorem komiksów grozy, a polski odbiorca powinien poznać najnowszy głos w dyskusji nad gatunkiem superbohaterskim w komiksie. Na pewno jest nim ten właśnie komiks.

2

Nigdy nie ukrywałem, że jestem fanem brytyjskiej fali i twórczości Alana Moore’a. Niedawno, na ostatnim Międzynarodowym Festiwalu Komiksów i Gier w Łodzi, miał premierę Miracleman, stanowiący jeden z najważniejszych tytułów ruchu rewizjonistycznego superbohaterów. Ten tytuł, obok Strażników, był przełomowy dla gatunku w latach 80. ubiegłego wieku i ugruntował pozycję Alana Moore’a jako jednego z najbardziej wpływowych scenarzystów komiksowych XX wieku. Dziś mamy do czynienia z kolejnym etapem dyskursu na temat przyszłości gatunku. Nie da się ukryć, że Invincible Kirkmana może mieć w przyszłości taki sam ogromny wpływ na kształt medium komiksowego, jak prace Moore’a. Będzie mieć też zupełnie inny wydźwięk.

Postmodernistyczna wizja komiksu brytyjskiej fali była przesycona brutalnym realizmem. Ruch rewizjonistyczny lat 80. starał się odpowiedzieć na pytanie o to, jacy byliby superbohaterowie, gdyby byli naprawdę realni. Dzisiejsza wizja i głos w tej dyskusji, który należy do Kirkmana, stara się znaleźć odpowiedź na pytanie o to, jacy byliby superbohaterowie, gdyby byli realnymi ludźmi. Bez dwóch zdań Invincible jest dużo cieplejszą i optymistyczną opowieścią. Tam, gdzie Moore doszukiwał się całkowitego rozkładu i degradacji jakichkolwiek pozytywnych relacji, Kirkman znajduje coś zupełnie odmiennego. Nie mamy do czynienia z bohaterami, którzy są całkowicie wyobcowani ze swojego człowieczeństwa. Zamiast tego mamy obraz superbohaterskiej rodziny, która ma realne problemy dnia codziennego i prawdziwe dramaty obyczajowe związane ze zderzeniem dwóch światów. Tego fantastycznego, jakim jest ratowanie Ziemi przed najeźdźcami z innego wymiaru, i tego banalnego, jak pogodzenie się z tym, że gdy jesteś żoną i matką superbohaterów, obiad prawdopodobnie będziesz jeść sama. Wszystkie te elementy są obecne w Invincible vol. 1 , ale nie jest on przesiąknięty tym ponurym pesymizmem, którym charakteryzowały się dzieła Moore’a. Zamiast tego mamy subtelne emocje, niepotrzebujące przerysowania, żeby chwytać za serce.

Opowieść snuta przez Kirkmana to niezwykła historia zarówno o początkach, jak i o kroczeniu śladem tych, którzy byli tu przed nami. Invincible, główny bohater serii nie jest pierwszym człowiekiem w trykotach, który kroczy wśród zwykłych śmiertelników. Kirkman oddaje w ten sposób hołd całemu dorobkowi medium, które było przed jego twórczością. W jego opowieści widzimy, że wszystkie elementy, które ukształtowały ten gatunek komiksu, mają tu swoje miejsce. Oddaje się im hołd chociażby w postaci Omnii-mana. Można to zauważyć w pietyzmie, z jakim podchodzi do każdej postaci. Widzimy to w radości, jakiej doświadcza Invincible, gdy dowiaduje się, że wreszcie nadszedł jego czas, gdy wybiera i projektuje swój kostium, gdy dla siebie imienia. Te i wiele innych archetypów, które charakteryzują każdą serię o superbohaterach, znalazły się w Invincible . W pierwszym tomie znajdziemy też dużo więcej, bo oprócz dobrej zabawy, jest tam również i intelektualna rozrywka, i wirtuozeria w posługiwaniu się formą. Komiks daje niezwykłe możliwości, a umiejętne ich zastosowanie zawsze zasługuje na uznanie, nawet jeśli nie zawsze się to udaje w stu procentach. Invincible Vol. 1 miejscami ma doskonałą narrację obrazem z pominięciem tekstu w celu przekazania treści. Nie zawsze ten zabieg się udaje, ale pamiętajmy, że każdy artysta na początku swojej drogi wypróbowuje swoje narzędzia.

3

Tak odmienny stosunek do gatunku superbohaterskiego może wynikać z prostego faktu: Kirkman lubi superbohaterów. Bawi go sięganie do korzeni i czerpanie z nich pełnymi garściami. Mamy więc herosa, który jest praktycznie niezwyciężony, ale jednocześnie ma swoje problemy i marzenia, które go nie przerastają. Mamy bohatera, który nadal chodzi do szkoły i ma dorywczą pracę, ale gdy sytuacja stawia go przed wyborem „praca lub wyższe dobro”, nikt nie ma do niego pretensji, że wybrał właściwie. To miła odmiana, zobaczyć na kartach komiksu, jak bohater i jego działania są akceptowane przez jego najbliższe otoczenie i rodzinę. Dodatkowo historia nie traci na tym nic ze swojego uroku ani z głębi. Jedynym elementem, który nie pozwala mi się w pełni cieszyć odbiorem Invincible jest oprawa graficzna. Dla mnie jest ona nad wyraz minimalistyczna. Wręcz można powiedzieć, że oszczędne kreski i sposób rysowania postaci jest ubogi. Czasem zamiast oczu widzimy tylko dwa punkty. Nie jest to na pewno rysunek w stylu Aleksa Rossa, który aż krzyczy patosem i efektownością. Mimo wszystko z materiałów dodatkowych możemy dowiedzieć się, ile pracy rysownik wraz z autorem włożyli w ten tom, żeby nadać mu pożądany kształt. Za samo to Kirkmanowi należą się brawa, bo niewielu twórcom udało się wypracować tak doskonały balans pomiędzy realnością a elementami fantastycznymi, a użycie takiej oprawy graficznej ma uwypuklać ten element historii. Nie da się ukryć, że będę obserwował z zaciekawieniem rodząca się przyjaźń pomiędzy aktorami tego spektaklu. Niewątpliwie już teraz kibicuję związkowi Samanthy Eve Wilkins i Marka Graysona.

P.S.To, że w miesięcznej serii retrospekcja, która trwała cztery miesiące, naprawdę miała w realnym życiu trwać cztery miesiące, uważam za plus. Nawet jeśli czwarty numer serii, który kończy wydanie zbiorcze Invincible Vol. 1, wyszedł w formie zeszytowej z opóźnieniem. Również dlatego jestem fanem. Mówiłem, że komiks jest ambitny i subtelny, prawda?

4

[1]Jest to również, drogi czytelniku, bezpośrednie nawiązanie do tekstu Invinvcible vol. 1. Przytoczony mit znajduje się na stronie 87. W czasach postmodernizmu tekst może być zarówno jednym, jaki i drugim – komiksem, jak i mitem. Oczywiście Jacques Derrida stwierdziłby, że ten fakt nie ma najmniejszego znaczenia.

Dodaj komentarz

avatar