Bardzo ładna kalka – wrażenia po pierwszych dwóch odcinkach serialu Korona królów

Korona królów

Kiedy tylko zimą 2017 roku TVP ogłosiło plany realizacji Korony królów, wszelkim doniesieniom na temat tej produkcji towarzyszył niemały szum. Niby brzmiało to bardzo kusząco: nasz nadawca publiczny wreszcie zorientował się, że można uszczknąć coś z tortu o nazwie „moda na seriale historyczne zaczęta przez Wspaniałe stulecie”. Niestety, rozgłos – zwłaszcza ten internetowy – nie wynikał wcale z tego faktu. Z jednej strony pojawiały się jak najbardziej słuszne obawy. Przede wszystkim wątpliwości, czy znana ze swojego skąpstwa telewizja publiczna będzie w stanie zainwestować w serial pieniądze na tyle konkretne, żeby całość nie wyglądała jak skrzyżowanie teatru telewizji z jasełkami. Dział marketingu TVP trochę dał ciała w tym miejscu, sugerując mniej lub bardziej wyraźnie nawiązania do Gry o tron, co w oczywisty sposób wpłynęło na apetyt potencjalnej widowni. Niepokoiła również informacja o tym, że scenarzystką Korony ma być Ilona Łepkowska. Wprawdzie nie można odmówić jej wielkiego wkładu w historię polskich seriali wyprodukowanych po 1989 roku, jako że stworzyła kilka naprawdę solidnych tytułów, ale… Trudno mieć zaufanie do kogoś, kto obecnie pisze potworka znanego jako Barwy szczęścia, operę mydlaną notorycznie urągającą rozumowi i godności człowieka.

Jednak z drugiej strony mnóstwo zarzutów, delikatnie mówiąc, nie należało do najbardziej merytorycznych. Pal sześć wydawanie wyroków o niskim poziomie serialu na podstawie zdjęć promocyjnych czy trailera, bo do takiej postawy chyba wszyscy przywykliśmy – jakkolwiek bezsensowna by nie była. Budzącą najgorętsze dyskusje rzeczą związaną z Koroną okazała się być… telewizja, która ten serial produkuje. I to niekoniecznie ze względu na wspominaną już tendencję publicznego nadawcy do oszczędzania na filmowych budżetach.

Jednak pesymistyczne wizje, w których Korona królów jawiła się jako zupełnie niestrawna produkcja, okazały się mocno przesadzone. Oczywiście nie należy oczekiwać od tego serialu nie wiadomo jakich wyżyn artyzmu, finezji czy oryginalności. Nieważne, co mówiliby na ten temat twórcy: od samego początku było wiadomo, że Korona ma być miłą dla oka kostiumową rozrywką z drobnym rysem historyczno-edukacyjnym w tle. I w zasadzie w pierwszych dwóch odcinkach właśnie to dostaliśmy.

Korona królów

Twórcy Korony nie przecierają żadnych nowych szlaków. Raczej idealnie wpasowują się w koleinę pozostawioną przez tureckich kolegów po fachu. Bo nie da się nie zauważyć jak bardzo serial w wielu aspektach przypomina Wspaniałe stulecie, zarówno wizualnie, jak i fabularnie. Są barwne stroje – może nie do końca zgodne z epoką, ale świetnie wyglądające – oraz równie kolorowe dekoracje. Jest też zbiór odpowiednich bohaterów. Dostojna królowa-matka, łącząca myślenie o dobru państwa z zaborczą miłością do syna – następcy tronu; młody i przystojny monarcha pełen wątpliwości; wprowadzona do monarszej rodziny dziewczyna, buntująca się przeciwko małżeństwu z rozsądku i nie rozumiejąca świata dworskich intryg; służba zasadniczo dzieląca się na cwanych mącicieli i rubasznych wesołków. Zaś to wszystko na ładnych, podkolorowanych, nieco odrealnionych zdjęciach. Analogie są momentami aż nadto wyraźne – zwłaszcza dla kogoś, kto Stulecie w miarę uważnie oglądał. Ale nie należy mieć tego twórcom Korony za złe. Dotarliśmy do tego etapu w popkulturze, że stworzenie czegoś bez jakichkolwiek podobieństw do już istniejących produkcji jest niemal niemożliwe, a poza tym jeśli już „zgapiać”, to od najlepszych. A jakby nie patrzeć, przygody Sulejmana i jego dworu były międzynarodowym przebojem (o tym fenomenie pisałam jakiś czas temu w felietonie Sułtan pod polską strzechą).

Oczywiście Korona nie jest kopią tureckiej superprodukcji w skali jeden do jednego i przy „kalkowaniu” zdarzyły się odstępstwa. Raczej wynikające z różnic kulturowych niż z interpretacji. Stosunki pomiędzy członkami rodziny królewskiej póki co wyglądają na nieco bardziej emocjonalne niż te, które widzieliśmy u krewnych sułtana – zresztą wszędzie tam, gdzie dworska hierarchia nie ma zbyt dużego znaczenia, dostajemy „cieplejsze” relacje między bohaterami. Czyżby słowiańska krew dała o sobie znać? Możliwe: podczas oglądania nie mogłam się pozbyć wrażenia, że oto jest dziecko Wspaniałego stulecia z naszym Ogniem i mieczem. Jeśli dodać do tego fakt, iż co bardziej dialogowe sceny zdają się być dalekim echem Królowej Bony, okaże się, że mamy tu mieszankę… co najmniej intrygującą.

Pod żadnym pozorem nie jest idealnie. Z racji, że Korona królów tak bardzo czerpie ze Wspaniałego stulecia i jego dorobku, brakuje mi w niej póki co jakiegoś indywidualnego rysu oraz tym samym klimatu, który bezwzględnie przyciągałby do ekranu. Dość wyraźnym znakiem tej tendencji jest muzyka. Ścieżka dźwiękowa w większości składa się z utworów, o których zapomina się zaraz po tym, jak z ekranu znikną napisy końcowe, a co ciekawsze kompozycje – wykorzystane w czołówce i zakończeniu – wpadają w ucho, bo… przypominają oprawę muzyczną Stulecia. Oprócz tego od razu widać, że mimo całkiem dobrej strony wizualnej serial nie ma aż tak potężnego budżetu, jak którykolwiek z jego zagranicznych „odpowiedników”. Choć dwa pierwsze odcinki ogląda się bez bólu głowy, może wadzić zbyt szybko pędząca akcja, sprawiająca wrażenie trochę „poszarpanej”. Rozumiem, że twórcy chcieli od razu przejść do tego, co najciekawsze (czyli walki o wpływy), ale trochę przesadzili z tempem. W pierwszym odcinku mamy chrzest Aldony i jej ślub z Kazimierzem, w drugim od razu przeskakujemy o kilka lat do przodu, kiedy są już rodzicami dwóch dość podrośniętych córek. A obok tego szybkie zawiązanie kilku innych wątków, których związek z tym głównym nie zostaje do końca objaśniony. Liczę, że to kwestia typowej dla chyba wszystkich seriali bolączki, jaką są pierwsze odcinki w całości podporządkowane ustanawianiu świata przedstawionego. Innym problemem Korony mogą stać się niekonsekwencje wobec realiów historycznych. Już w pierwszym odcinku bije po oczach fakt, że wprawdzie królowa Jadwiga modli się po łacinie, ale zarówno chrzest Aldony, jak i jej ślub, odprawione zostają po polsku. Podobne, choć mniejsze zgrzyty można wyczuć jeszcze w kilku innych scenach. Jakkolwiek zawsze można to wszystko wytłumaczyć licencją poetycką oraz czynieniem produkcji bardziej zrozumiałą dla współczesnego odbiorcy. Zresztą, czy ktokolwiek obiecywał, że Korona będzie filmowym podręcznikiem historii?

Korona królów

Z aktorstwem bywa różnie. Mamy z jednej strony dobrą Halinę Łabonarską jako królową Jadwigę, z drugiej – grającego bardzo nierówno Wiesława Wójcika (zwanego przez internautów zmartwychwstałym Bohdanem Smoleniem albo Papciem Chmielem) w roli Władysława Łokietka. Mateusz Król zapowiada się na całkiem niezłego Kazimierza Wielkiego, podczas gdy Marta Bryła jako Aldona czasem razi dość nieoszlifowaną grą aktorską. Wprawdzie można to podciągnąć pod rzeczy wynikające z przedstawienia postaci Giedyminówny jako mocno nieprzystosowanej do polskich realiów, ale ja tego nie kupuję. Nie zawodzi stara gwardia w osobach takich aktorów jak Tomasz Sapryk czy Sławomir Orzechowski. O młodszej generacji póki co trudno cokolwiek powiedzieć. Oczywiście bardzo cieszy fakt, że lwią część obsady stanowią nowe twarze, ale czy zaprezentują się one z najlepszej możliwej strony? Czas pokaże.

Korona królów nie zapowiada się na serial wybitny, ale również nie zanosi się na to, że będzie tak zła, jak niektórzy internauci czy krytycy straszą. Oczywiście nieprzekonanych, którzy zawzięcie przyjmują pozycję bojową wobec publicznej telewizji i uparcie twierdzą, że nawet najgorszy odcinkowiec made in USA będzie lepszy od krajowej produkcji, nikt nie przekona. Ale ci, dla których serial nie musi mieć tak zwanego miliona monet w budżecie ani łamać wszelkich konwencji na każdym kroku, mogą sięgnąć po tę całkiem przyjemną gumę do żucia dla oczu. Niezależnie od wieku. A gdyby jednak okazało się, że to produkcja bardziej dla naszych babć i mam… to chyba lepiej, żeby oglądały posiadające pewne ambicje przygody urodziwego księcia, niż obrażające inteligencję „tasiemce” pokroju M jak miłość.

SZCZEGÓŁY:

Tytuł: Korona królów
Produkcja: Telewizja Polska (emitowany przez TVP 1)
Typ: Serial
Gatunek: Historyczny, kostiumowy
Data premiery: 01.01.2018
Reżyseria: Wojciech Pacyna, Jacek Sołtysiak
Obsada: Halina Łabonarska, Mateusz Król, Marta Bryła, Wiesław Wójcik, Wojciech Żołądkowicz, Paulina Lasota i inni.

Dagmara „Daguchna” Niemiec

Dagmara „Daguchna” Niemiec

Absolwentka filologii polskiej na UWr, co tłumaczy, dlaczego z czystej przekory mówi bardzo potocznie i klnie jak szewc. Aktualnie uczy się w Akademii Filmu i Telewizji, jak zostać reżyserem. Miłośniczka filmu, animacji, dobrej książki, muzyki lat 80. i dubbingu. Niegdyś harda fanka polskiego kabaretu, co skończyło się 100-stronicową pracą magisterską. Bywalczyni teatrów ze stołecznym Narodowym na czele. Autorka bloga Ostatnia z zielonych (http://daguchnatoja.blog.onet.pl).

Dodaj komentarz

3 komentarzy do "Bardzo ładna kalka – wrażenia po pierwszych dwóch odcinkach serialu Korona królów"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
kobiecomania
Gość

Czyli tak szczerze mówiąc nie przekonał mnie ten serial do siebie 😉 Ale świetnie zostało to opisane 😉

Szaman
Gość

Miała być gra o tron, a jest turecka opera mydlana xD