cthulhuc

Każdemu, kto jest choć w stopniu minimalnym zaznajomiony z biografią Howarda Phillipsa Lovecrafta, wiadomym jest fakt jego szybkiego wtajemniczenia w sztukę składania liter. W edukacji małego Howarda niebagatelną rolę odegrały Opowieści z zaczarowanego lasu Nathaniela Hawthorne’a, wybór 12 mitów greckich w wersji zbeletryzowanej dla małoletniego czytelnika. Do dziś zresztą tytuł ten zachowuje niezachwianą pozycję nie tylko na rynku anglojęzycznym jeśli chodzi o przysłowiowy „pierwszy kontakt” z kulturą antyczną. Wprawdzie Lovecraft nie dożył czasów, w których mógłby skonfrontować baśniową, narracyjną strukturę mitów z analizą na poziomie Gravesa, Kerenyiego czy Calasso, ale bez wątpienia intuicyjnie, z dziecięcą chłonnością przyjął występujące weń polimorficzne bestiarium, fascynujące i przerażające w swych przeciwnych naturze połączeniach. Nam zaś dane jest żyć w czasach, gdy „kosmicyzm” HPLa nie tylko doczekał się niezależnej od autora mitologicznej systematyki, ale stał się znaczącym, zmitologizowanym filarem popkultury.

Jednak również jako popkulturowa scheda twórczość Lovecrafta nie stanowi materiału, z którym można by oswajać odbiorcę poniżej „-nastu” lat. Czy o Cthulhu, Shoggothach i Shub Niggurath (że o Hasturze, z wiadomych każdemu szanującemu się kultyście względów, nie wspomnę, he he) można mówić w złagodzonej wersji, jak o Heraklesie, Tezeuszu czy Odysie? Czy są to treści, które nie powinny ukazywać się w niewtajemniczonych kręgach inaczej jak z adnotacją „Parental Advisory Blasphemous Content”? Fandomowe trybuty, pastisze, parodie to jedno, ale czy Cthulhu jest do twarzy z mackami przygładzonymi na potrzeby kontaktu z dziećmi, które niekoniecznie mają osiągnąć status neofity?

LITERY SĄ W PORZĄDKU…

cthulhu

Pierwszy krok na tym polu poczynił amerykański duet autorów – Jason Ciaramella (tekst) i Greg Murphy (ilustracje) – publikując w 2014 r., dzięki crowdfundingowej akcji na Kickstarterze, bestsellerową książeczkę C is for Cthulhu. Polskie wydanie ukazało się w 2017 r. nakładem Merlin Publishing jako trzeci tytuł z serii ABC Mitów Świata, po wcześniejszych A jak Asgard i B jak Bies. C jak Cthulhu od obcojęzycznych wydań różni się tym, co odpowiedzialna za adaptację Natalia Hluzow ujęła słowami „zdecydowaliśmy się więc na delikatne rozbudowanie opisów miejsc, stworów, przedmiotów i postaci”. Jest to zabieg, który pozwolił zachować jednorodność z pozostałymi pozycjami serii, gdzie ilustracjom towarzyszą wierszowane teksty i nie delikatnie, ale zdecydowanie wykracza poza minimalistyczną koncepcję Ciaramelli, która sprowadza się do przyporządkowania kolejnym literom z alfabetu odpowiedniej nazwy związanej z mitologią Lovecrafta i skomentowania jej dosłownie jednym zdaniem. Ma to swoje plusy i minusy.

Plusem jest właśnie to, że spolszczony produkt oferuje więcej niż wyjściowa postać nienarracyjnego picturebooka. Minusem jest za to nierówny poziom rymowanek, często operujących gramatycznymi lub naciąganymi, niedokładnymi rymami i kulejących rytmicznie. Na ile zdążyłem się zorientować, to na tle wierszyków z wcześniejszych części serii, te z C jak Cthulhu wypadają najsłabiej. A przecież autorka jest ta sama. Owszem, są i udatniejsze przykłady, ale nawet uwzględniając poziom potencjalnego odbiorcy, to w dużej mierze brakuje im lekkości i nie doszukiwałbym się pośród nich wersów, dzięki którym Lovecraft zyskałby sobie pośród najmłodszych ową wizytówkową zwięzłość, jaką poczciwy miś zawdzięcza Brzechwowskiej prezentacji „Proszę państwa, oto miś”. Wiem, że tu mamy do czynienia z materią trudniejszą, bo totalnie abstrakcyjną w zestawieniu z misiem i jego zoologiczną kompanią, w dodatku obciążoną popularyzującym założeniem serii, ale cóż – i tak „upupiamy”, więc może absurdalne rozwiązania, więcej zabawy słownej polepszyłoby efekt?

shog

Niezależnie od języka wydania ilustracje Grega Murphy’ego sprawiają, że książeczkę chce się oglądać nie tylko z milusińskimi. Pastelowe, nasycone, pozbawione czarnego konturu, o śmiałych zestawieniach kolorów, gdy chodzi o zilustrowanie owych „niewysłowionych kształtów”, a przy tym zachowujące zawsze gdzieś w obrębie odpowiednią ilość cienia (zwłaszcza w rysunkach przedstawiających „naszą” rzeczywistość) dają odpowiedni nastrój i wrażenie przestrzeni, a przy tym ich traumotwórczy poziom nie wykracza poza ten, jaki oferuje dzieciom, dajmy na to, Pora na przygodę. Cthulhu jest wręcz tuliśny, co zresztą autorzy po sukcesie książeczki wykorzystali skwapliwie, tworząc stosowną maskotkę. Wcześniej zaś zadbali jeszcze o kolorowankę, która również jest dostępna na polskim rynku. I choć sam nie miałem okazji jej przetestować (a i moje dzieci już dawno zainicjowały etap autorskiej ekspresji rysunkowej), to uważam ten pomysł za intrygujący – jakich barw może przydać dziecko lovecraftiańskiemu panteonowi?

W połowie 2017 r. Ciaramella i Murphy opublikowali „A Lovecraftian Bedtime Book”, zatytułowaną Sweet Dreams Cthulhu, w której to Wielki Przedwieczny boryka się z typowymi dla dzieci lękami związanymi ze snem i zaśnięciem. Czy książeczka spełnia pożądane przez rodziców funkcje terapeutyczne? I czy sam Cthulhu dobrze sprawdza się w swej zdemitologizowanej, komercyjnej postaci dziecięcego towarzysza, przytulanki, maskotki? Cóż – kto dysponuje materiałem badawczym, niech dzieli się obserwacjami. A ci, którzy już zaliczyli pierwszą fazę badań, niech przejdą do kolejnej, do której materiałów tym razem dostarczył rodzimy duet: Maciej Jasiński i Jacek Frąś.

…I CYFRY TEŻ.

jwc

Po przejrzeniu picturebooka dla młodszych, dostajemy do rąk gamebooka dla nieco bardziej wyrośniętych, czyli „paragrafówkę” pod nieprzypadkowym tytułem Jak wytresować Cthulhu. Do tej pory nakładem wydawnictwa TADAM ukazały się dwie części: odpowiednio Magia dla początkujących (2016 r.) i Coś na dachu (2017 r.). To już pełnoprawne opowieści; ich bohaterką jest Kasia, która spędzając czas z ukochanym dziadkiem, poznaje wielopokoleniową rodzinną tajemnicę i skutecznie, prawem fartownego debiutanta, rozszyfrowuje formułę przyzywającą z innego świata samego Cthulhu. Nie wywołuje przy tym jednak apokalipsy, a zyskuje nietypowego przyjaciela. I to ona głównie na kartach obu tomów będzie musiała ochronić go przed niebezpieczeństwami. Bo Cthulhu wszak dysponuje mocą, która od wieków kusi ludzi o niecnych zamiarach.

Co do fabuły nie można mieć zastrzeżeń, jeśli pamiętamy, że modelowy wiek odbiorcy to 10-12 lat. Jest dreszczyk, nie ma przegadania, Maciej Jasiński zadbał o to, by przygody Kasi i Cthulhu zachowały schematy akcji oraz motywy charakterystyczne dla Lovecrafta (rodzinny sekret, atmosfera starego domostwa, nocne podchody), zaś paragrafowa formuła wyboru jednej z możliwości rozwoju sytuacji dodatkowo dynamizuje historię. Szkoda tylko, że momentów, w których akcji oferuje się takie rozgałęzienie, jest niewiele. Łatwo je policzyć, gdyż zawsze towarzyszy im ilustracja. I mimo że w obu wypadkach jest to 14 całostronicowych obrazków, to pod względem zagęszczenia pól decyzyjnych Coś na dachu prezentuje się korzystniej niż Magia… Sekwencje tworzą tam dłuższe ciągi czy właściwie – pętelki, bo (z nielicznymi wyjątkami) po wybraniu opcji nieodpowiedniej dla ciągłości akcji, wracamy do punktu wyjścia, co nawet po kilku próbach stawia ostatecznie czytelnika w pozycji wymuszonego wyboru. To też nie spełnia poczynionej na okładce obietnicy, iż książkę „można czytać wielokrotnie i za każdym razem uczestniczyć w nieco innej przygodzie”. Owa inność to zazwyczaj tylko odrost na pniu głównej historii, bardziej ślepa uliczka niż skrzyżowanie, mniej lub bardziej interesujący jeden spośród ponumerowanych akapitów, na które podzielony jest cały tekst.To, że pod spodem każdego z nich znajduje się przekierowanie do kolejnego numerku powoduje, że jest sporo zabawy z kartkowaniem, co potrafi dobrze wzmóc napięcie. Autor w tym celu starannie i z wyczuciem poszatkował tekst. Choć chciałoby się, żeby mieścił on w sobie więcej tych prawdziwie alternatywnych rozwinięć.

jwc2

Towarzyszące mu we wspomnianych momentach „rozwidlenia” ilustracje świetnie pasują do całości. Frąś umie w czytelniku podtrzymać wrażenie, że jesteśmy w kręgu tajemnicy i adekwatnej do młodego czytelnika grozy. Za jej wywołanie na pewno nie jest współodpowiedzialny Cthulhu, który został pozbawiony swej humanoidalnej sylwetki i przypomina rezerwowego, zielonego duszka z Pacmanowej obławy osadzonego na wielomackowym statywie. Słowem – nieinwazyjny. Za to cienie, wydłużenia, wykrzywienia, jakie pojawiają się w przedstawionych wnętrzach i plenerach mają w sobie coś z niezawodnej, ekspresjonistycznej estetyki.

W mojej ocenie serii podzielam zarzut, z jakim zetknąłem się w internetowych opiniach: że właściwie zamiast Cthulhu mógłby wystąpić dowolny fantastyczny stwór, bo jego charakter staje w zupełnej opozycji do oryginału.To bardziej chwyt marketingowy, gdzie znany gwiazdor firmuje pokrewną mu fabułę. Ale cóż – niech i Cthulhu zyska na ten niewiele znaczący w obliczu eonów moment mentalność potrzebującego akceptacji nastolatka. Jego prawdziwej, uśpionej, nieobjawionej, posągowej natury i tak nic nie wzruszy.

ALE CO NA TO GWIAZDY?

hpl1

Trudno zaadaptować to, co jest wyróżnikiem stylu i „kosmicyzmu” Lovecrafta do możliwości młodego odbiorcy, jeżeli oceniać to ze stanowiska lovecraftiańskiego purysty. Podane przykłady z pewnością spełniają funkcję popularyzatorską podobną tej, jaką realizują parodie – mogą śmieszyć, ale dopiero znajomość pierwowzoru odsłania pełnię kontekstu. Czy Lovecraft dzięki takim manewrom faktycznie „zbłądzi pod strzechy” tych, którzy nieświadomi ogromu przedwiecznej grozy sięgnęli po jedną z wielu dostępnych kolorowych książeczek mającą uprzyjemnić naukę alfabetu? Czy owo jego pozorne uporządkowanie może osłabić czające się w chaosie niewyartykułowania formuły, spośród których „Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn” jest tylko niegroźnym oznajmieniem? Czy dobrnięcie do szczęśliwego finału śladem rozrzuconych przewrotnie cyferek zmieni niepojęte tempo upływania eonów?

Nie znamy porządku gwiazd. Podobnie jak i Lovecraft, który niczego nie żałował tak jak tego, że nie miał „na tyle sprawnego umysłu, by zostać astronomem”. Ale sugestywność jego pokrywającej te rozczarowania wizji potrafi narzucić się w stopniu zastanawiająco zbieżnym z doznaniem, jakiego potrafi dostarczyć spojrzenie w nocny firmament. Zatem śmiało, nie bójmy się spoglądać z dziećmi w gwiazdy. To stymulujący atawizm.

Dodaj komentarz

avatar